Translate

czwartek, 31 grudnia 2015

(Temat 36) Poznaliśmy rywali na "EURO 2016"!

Stało się. Od dawna wyczekiwana ceremonia w paryskim "Palais des Congrès" przeszła już do historii. Drużyny narodowe z 24 państw naszego kontynentu rozdzielono i wszystko jest jasne...no...w zasadzie niewiele wiadomo (z tym trzeba czekać do lipca). Karuzela spekulacji i ocen rozkręciła się na dobre. Jedni się cieszą, drudzy nieco mniej, zaś zgodnie wszyscy - mają czas. Przed nimi półrocze na wybór personaliów, uporządkowanie spraw organizacyjnych, zgrywanie piłkarzy czy szlify taktyczne. Na szczęście podstawowe fakty właśnie ujrzały światło dzienne i już wiadomo jak dokładnie wygląda rozpiska fazy grupowej. Wiedzą to także nasi piłkarze wraz ze sztabem szkoleniowym, dziennikarze i wreszcie my - zwykli polscy kibice. Słowa kluczowe to: Niemcy, Ukraina oraz Irlandia Północna. Tak oto prezentują się pierwsze przeszkody naszych "Orłów", na ich - miejmy nadzieję - długiej i pięknej przygodzie, zwanej "Mistrzostwa Europy Francja 2016"!
Nie da się ukryć radości. Na mistrzostwach łatwych rywali nie ma i nikt przed nami "kładł się" nie będzie, ale niewątpliwie mogliśmy trafić znacznie gorzej. Pozytywnych konsekwencji losowania jest zresztą więcej, co ten post postara się udowodnić. Futbolowe środowisko jest wyjątkowo spójne i panuje przekonanie o sporym szczęściu naszego zespołu. Dawkowane jest ono co prawda dozą powściągliwości i czujności przed "spoczywaniem na laurach", lecz to efekt przykrych doświadczeń z ostatnich występów "Biało-czerwonych" na dużych turniejach. Ich historie były łudząco podobne do siebie i z grubsza przebiegały dla nas tak: POZNANIE PRZECIWNIKÓW -> EUFORIA -> WYJŚCIE Z GRUPY TO NIBY RZECZ OCZYWISTA -> "ZIMNY PRYSZNIC" JUŻ W PIERWSZYM MECZU -> POWRÓT DO OJCZYZNY W AURZE DUŻEGO ZAWODU. Czemu tym razem miałoby być inaczej? Przesłanki ku temu są. Pominę teraz osobę trenera, która wydaję się być odpowiednią na swym stanowisku. Świetny psycholog, człowiek z zasadami i hołdujący ciężkiej pracy. Nie będę również długo rozprawiał nad siłą obecnej kadry, gdyż nie lubię się powtarzać. A tak silnej reprezentacji nie mieliśmy od bardzo dawna - być może nawet od czasów Piechniczka. Choć pomny tego, że należy być "sfokusowanym" głównie na sobie (poprawianie swych niedoskonałości, dobór odpowiedniego treningu etc.), to podkreślam rolę rangi naszych przeciwników. To z kim gramy ma ogromne znaczenie. Nie ma co udawać, że np. San Marino jest sportowo równe Hiszpanii, bo to wizja na wskroś utopijna. I właśnie w tym aspekcie, w mojej skromnej opinii, obecna sytuacja jest dla korzystna.
Powróćmy raz jeszcze do widowiska w Paryżu. O 18:00 na główną scenę wychodzą mistrzowie ceremonii: Francuz Bixente Lizarazu oraz Holender Ruud Gullit. Ci niegdyś rewelacyjni zawodnicy (m.in. uświadczyli złota na "EURO"), teraz elegancko prezentowali się w swoich "garniakach". Bixente wydawał się być trochę "sztywny", w odróżnieniu od promieniującego uśmiechem Ruuda - takie moje spostrzeżenie. Atmosfera zrobiła się gorąca, gdy z trybun zbiegły piszczące panie, przywdziane w róż i wykonujące kankana. Francuzi nie byliby sobą, gdyby zaniechali wątku erotycznego :) Później było już nudno i po krótkim wstępie artystyczny nastąpiła część zasadnicza. Za główne "sierotki" robili tym razem Francuz David Trezeguet i Grek Angelos Charisteas (obaj strzelali bramki w finale mistrzostw). Najbardziej prestiżową rolę pełnił David, który odpowiadał za dobieranie kulek z dwóch najsilniejszych koszyków. Nie można tu pominąć Gianniego Infantino, który już tradycyjnie pilnował prawidłowości losowania. Niewątpliwie łysawy "Sekretarz Generalny UEFA" po raz kolejny pokazał profesjonalizm oraz poczucie humoru, rzucając żartami dla rozładowania napięcia i uniknięcia monotonności. O 18:43 w rękach Angelosa Charisteasa pojawiła się karteczka z napisem "POLAND". Było wówczas wiadomo, iż zagramy w "Grupie C" z Niemcami i Irlandczykami (z Północy). Słynny Grek okazał się być dla nas niczym "Anioł Stróż", co dziwić nie powinno patrząc na jego oryginalne imię... Na sam koniec pozostało rozdzielenie reprezentacji z "Koszyka 2". W nim znajdowała się chociażby Italia, na którą trafić nie chciał raczej nikt. Pierwsza kulka...Szwajcaria! Drugie podejście i...Rosja! Przy "wschodnich braciach" westchnąłem mocno. Rywalizacja Polaków, Rosjan i Niemców byłaby niezwykle atrakcyjna, zważywszy na zaszłości historyczne (zresztą Rosję na tle pozostałych ekip z "zestawienia nr 2" oceniam dość nisko). Co gorsza, następna była nasza grupa a Włochy nadal w grze... Na zegarze 18:51, Trezeguet wyciąga kulkę, otwiera ją i...Ukraina! Mamy szczęście, to bodaj najsłabszy rywal na jaki mogliśmy trafić! Chyba podobnego zdania Adam Nawałka, który wręcz tryskał radością. Uśmiech nie schodził mu z buzi tak w komentarzach z dziennikarzami, jak i przy pozowaniu do zdjęć z przedstawicielami innych drużyn. Nieco zaskoczył Zbigniew Boniek, który chyba kurtuazyjnie stwierdził, iż "Biało-czerwoni" nie są faworytami do awansu. Prezes rodzimego związku pokazał się z bardzo zachowawczej strony. "Zibi", co tak defensywnie?
Faworytem grupy nie jesteśmy i tylko najwięksi optymiści mogą twierdzić inaczej. Specjalnie nie zaryzykuję, gdy postawię tezę, iż największe szanse na to mają Niemcy. Zespół "Die Mannschaft" to aktualni mistrzowie świata i główni kandydaci do sięgnięcia po najcenniejsze laury na przyszłorocznym czempionacie. O tym nie mają wątpliwości eksperci i bukmacherzy - u tych drugich przy stawianiu pieniędzy na naszych zachodnich sąsiadów nie da się stosunkowo wiele zarobić. Reasumując, Niemcy to potęga i powinienem płakać, że na nich trafiamy... Jest jednak nieco inaczej. Zgoda, gra z nimi to zapewne katusze a ewentualne zwycięstwo graniczyłoby z cudem, lecz pewne atuty są po naszej stronie. Z pewnością w ostatnich latach często z nimi gramy, na czele z ostatnimi eliminacjami. Tak więc, nasi piłkarze wiedzą jak to się "je". Nie tylko pokonaliśmy ich pierwszy raz w historii, ale także okazaliśmy się lepsi w dwumeczu (2:0 i 1:3, jednak zdobyliśmy więcej bramek na wyjeździe). Przewaga psychologiczna jest po naszej strony, to oni "muszą", a my tylko "możemy". Innym powszechnie znanym faktem dotyczącym Niemców, a co w naszej perspektywie daje nadzieję, jest tzw. "kompleks drugiego meczu". Hegemonii futbolu od dawna są uważani za "zespół turniejowy". "Rozkręcają się" z meczu na mecz i potrafią rozłożyć siły na całą imprezę, przez co zachodzą w niej bardzo daleko. Historia jednak pokazuje, że często dostają "zadyszki" w swym drugim spotkaniu . Powątpiewacie? Macie tu pięć przykładów z ostatnich dwóch dekad:
Jak widać, nawet oni mają swoją "piętę achillesową". Nasze "Orły" powinny spróbować to wykorzystać. Mam nadzieję, że coś pozostało z naszej wiktorii sprzed roku i na tym swoistym "paliwie" będą "jechać". Jeśli marzymy o pierwszej pozycji w grupie, to musimy uporać się z Ukrainą i Irlandią Północną. Ci rywale są jak najbardziej w zasięgu Polaków, chociaż mamy niekorzystny z nimi bilans potyczek - także "in minus" przebiegały ostatnie lata. Z Ukrainą dwukrotnie przegraliśmy w eliminacjach "Mistrzostw Świata 2014", zaś drugą ekipę nie najmilej wspomina Artur Boruc. To właśnie z "północnymi" Irlandczykami Arturowi przytrafił się słynny kiks, kiedy nie trafił w podawaną od "Żewłaka" piłkę. Mieliśmy ogromnego farta w losowaniu (ostatnie lata to urodzaj w tej materii), bo oba zespoły w swoich koszykach należały do tych "małych". Jeśli z nimi nie wygramy, to z kim? Czas wreszcie odnieść zwycięstwo meczowe na "EURO"! Ukraina dysponująca kilkoma fajnymi piłkarzami jest nieobliczalna i może sprawić spore kłopoty. Znawcy tematu twierdzą, iż obecny zespół naszych wschodnich sąsiadów jest słabszy od tego, z którym rywalizowaliśmy 2-3 lata temu. My z kolei jesteśmy na "topie". Są również głosy, że im bliżej swojej bramki, tym gorzej Ukraińcy wyglądają. Akurat z tą optyką polemizowałbym. Dobrze, w ataku mają mocne "strzelby", ale formacja obronna to nie "sito" (wg mnie w tym aspekcie górują nad Polską). Zbyt wielu bramek nie tracą, co zresztą w wywiadzie podkreślił Joachim Löw. Nie wiadomo jak zareagują na problemy wewnętrzne - kłopoty osobiste ich selekcjonera oraz napięta sytuacja polityczna w kraju. Czasem to mobilizuje, ale też potrafi daną drużynę "rozłożyć na łopatki". A co z Irlandią Północną? Podopieczni Michaela O'Neilla są do bólu przewidywalni. To typowy wyspiarski futbol, czyli ambicja, siła oraz "długa piła do przodu". Spokojnie więc, znany z głębokiej analizy Nawałka na pewno w 100% rozpracuje tego rywala i dobierze odpowiednią taktykę. Zresztą często gramy z tego typu zespołami i raczej ten sposób gry nam pasuje. Szczególną troską nasi obrońcy winni obdarzyć ich wysokiego napastnika (193 cm), do którego będą wrzucane piłki. O jego jakości świadczy siedem bramek z eliminacji. Mam obawy przed brutalną grą. Trzeba tu jakoś zabezpieczyć Lewandowskiego, żeby go nie "skasowali" (byłby to wielki dramat). Oby wydelegowano odpowiedni skład sędziowski, wrażliwy na nadmierną ostrość - multum kartek winien "utemperować" taką "gangsterkę". Na pewno mamy argumenty do zajęcia drugiej pozycji w tej grupie. Nie odbieram jednak "Biało-czerwonym" szans na więcej...ale tu potrzebna jest praca i szczęście.
Chciałbym teraz nakreślić kilka istotnych wątków, które będą mieć w mojej ocenie przełożenie na osiągnięty we Francji wynik. Być może wybór niektórych jest zbyt daleko idący, żeby nie powiedzieć naciągany i napompowany. Niemniej, podstawowa rzetelność nakazuje nie lekceważyć nawet tych małych rzeczy, a które w ostateczności mogą decydować o sukcesie bądź klęsce. Wymieniłbym 5 takich zagadnień:
1) stadiony. Miejsce rozgrywania meczów ma pewne znaczenie. Geograficznie najlepiej nie jest. Dwa mecze na południowym wybrzeżu, aby w międzyczasie wybrać się do centralno-północnej części kraju. Przypominam, że Francja ma dość dużą powierzchnię (m.in. większą od Polski). Mowa o dystansach rzędu kilkuset kilometrów (w linii prostej) między poszczególnymi miastami. Z pomocą przychodzi jednak nowoczesna infrastruktura, która bardzo niweluje niedogodności związane z dalekimi podróżami. Alternatywą dla samolotu jest autokar lub słynny pociąg "TGV". Odległości jak widać problemem nie będą. Ja dostrzegam nawet pewnych pozytywów odnośnie obiektów, na których przyjdzie "Orłom" toczyć swe boje. Jak ktoś spojrzy na rozpiskę mistrzostw, to zobaczy iż dziewicze spotkanie z Irlandczykami odbędzie się w Nicei. Ten malowniczy śródziemnomorski kurort dysponuje dość skromnym - na tle pozostałych - stadionem (pod względem pojemności jest najmniejszy). Tą "kameralność" traktuję jako...wartość dodaną. To miejsce w sam raz wpisuje się pod naszego boiskowego oponenta. Irlandia Północna to najprawdopodobniej "czerwona latarnia" grupy i myślę, że to idealny zespół na pierwszy mecz w turnieju. Ponadto, "mały" stadion pomoże nam "łagodnie" wejść w imprezę - taka aklimatyzacja. Dwa kolejne obiekty to już "inna para kaloszy". W tym przypadku to ogromne areny, w najbardziej zurbanizowanych miejscach Francji i z bogatą kulturą piłkarską. Chyba lepszego miejsca na mecz Polska-Niemcy nie można było sobie wymarzyć. "Stade de France" - jeden z największych w Europie (ponad 81 tys. krzesełek!). W ulokowanym w Saint-Denis (aglomeracja Paryża) stadionie odbędzie się m.in "mecz otwarcia" oraz finał "EURO 2016" - podobnie jak w "Mistrzostwach Świata 1998". To jeden z moich ulubionych obiektów, którego trybuny są zbudowane dość pionowo, dające wspaniały efekt "kibicowskiej ściany". Pozostała jeszcze Marsylia i jego przepiękny "Stade Vélodrome" (zachwyt budzi jego pofałdowane zadaszenie). Decydujący bój w grupie będzie miał wspaniałą otoczkę. Mieszanka wspaniałych widoków Lazurowego Wybrzeża z wielką historią futbolu ("dom" Olympique Marsylia, bodaj najwybitniejszego klubu "znad Sekwany"). Na stadiony polscy kibice narzekać nie powinni, choć mogłyby być położone bliżej siebie :)
2) bazy przygotowawcze. Myślę, że to właściwy krok Nawałki. Po raz pierwszy od dawna, "Biało-czerwoni" będą do imprezy mistrzowskiej przygotowywać się w Polsce. Do tej pory modne były wyjazdy poza granice naszego kraju i jakoś specjalnie nie przekładało się to na sam turniej. Ja wiem, że pobyt w Polsce nie musi automatycznie oznaczać sukcesu, lecz ta zmiana - niekoniecznie kurtuazyjna - to pozytywny symptom szukania innych rozwiązań (a raczej powrót "starych czasów"). Nie tylko damy zarobić tutejszym hotelom i rodzimym sklepikarzom (trzeba budować polskie "PKB"), ale też podtrzymują dobrą atmosferę wokół naszej drużyny narodowej. Kibice znów pokochali swoją reprezentację i dobrze, że trener postanowił nie odrywać od nich swych podopiecznych. Taktyka "zamkniętej twierdzy" ostatnio nie przynosiła oczekiwanych rezultatów i zmiana w tej kwestii po prostu cieszy. Dobrze, że polscy gracze będą mięć fizyczny kontakt z fanami, a co za tym idzie, z ich marzeniami i oczekiwaniami. Pojawi się presja? Owszem, ale to nieodzowny element sportowego rzemiosła. Należy sobie z tym radzić, tak zresztą jak radzą sobie piłkarze innych drużyn. Zresztą, wraz z oczekiwaniami nasze społeczeństwo nie będzie dla swych pupili szczędzić swego wsparcia. Aaa...zapomniałbym o rzeczy najistotniejszej. Sztab szkoleniowy wybrał dwa ośrodki: Jurata nad Bałtykiem i Arłamów w Bieszczadach. Teraz kilka zdań o bazie polskiej ekipy w samej Francji. Wybór padł na ośrodek położony nad Oceanem Atlantyckim w zachodniej części kraju (ok. 40 km od Nantes). Geograficznie to "strzał w nogę" (będziemy nadrabiać w kilometrach), lecz jako miejsce wypadowe - "strzał w 10-tkę". Będący poza piłkarską gorączką zaciszny azyl, z uspokajającym widokiem na plaże i wszechogarniającą wodę. Idealne otoczenia dla "podładowanie akumulatorów".
3) przedturniejowe sparingi. Znowu należą się pochwały. Uzgodniono cztery sparingi i wszystkie na polskiej ziemi. Nie obyło się bez pewnych zawirowań z wczesnowiosennymi meczami towarzyskimi. Wakat Irlandii Północnej to naturalny efekt ich wylosowania w grupie, zaś Chorwacja się nie popisała - mecz odwołano ponoć przez sprawy finansowe (tamtejszy związek miał mieć zbyt wygórowane oczekiwania). Teraz jednak wszystko jest już jasne. W marcu zagramy ze Serbią (Poznań) oraz Finlandią (Kraków), a w "czerwcowych ostatkach" zmierzymy się z Holandią (Warszawa) oraz Litwą (Gdańsk). Plany, aby pożegnać się z polską publiką na "Stadionie Narodowym" zbombardował szczyt "NATO", który w tym czasie zorganizuje miasto stołeczne. Przy odrobinie szczęścia na naszym największym obiekcie podejmiemy wielkiego nieobecnego francuskiej imprezy - Holandię. Będzie to bardzo prestiżowy pojedynek i fajnie, że uda nam się tuż przed mistrzostwami sprawdzić na tle drużyny pokroju "Oranje". Nie mniej żaden z naszych rywali do "EURO 2016" nie awansował, co świadczy o przeciętnej jakości naszych sparingpartnerów. Przez to jednak może łatwiej będzie odnieść zwycięstwa, a one wzmacniają drużynę.
4) drabinka turniejowa. Jeśli patrzeć na potencjał zespołów "Grupy C" to Polska powinna zająć lokatę nr 2. Taki rozwój wypadków, gdzie uznajemy wyższość Niemiec wcale nie jest dla nas niekorzystny. W zasadzie nieistotna jest kolejność dwóch pierwszych miejsc! Z Niemcami możemy zagrać "bez stresu" i sprawdzić swoją wartość na tle utytułowanego przeciwnika. Dlaczego tak uważam? Mój pogląd determinuje drabinka turniejowa. Okazuje się, że w przypadku zajęcia lokaty za naszymi zachodnimi sąsiadami zagramy z drugą drużyną "Grupy A". W niej powinna wygrać Francja (inne rozwiązanie byłoby dużą niespodzianką), a za jej plecami bój będą toczyć Szwajcaria, Rumunia i Albania. Każdy z tej trójki jest jak najbardziej do ogrania przez wybrańców Nawałki! Wówczas awansowalibyśmy do najlepszej ósemki w Europie, ale tu już rywal byłby mocniejszy - najprawdopodobniej Hiszpania bądź Chorwacja. Co gdybyśmy jednak okazali się najlepsi w swej grupie? Wtedy w 1/8 zagramy z którymś z zespołów zajmujących lokatę nr 3 (z grup: "A", "B" bądź "C"). Gdybyśmy przeszli tą przeszkodę, zagralibyśmy (to czyste prognozy) pewnie z Belgią, Włochami, Hiszpanią albo Chorwacją. I tu ważna kwestia. Niemcom bardzo ciężko idzie na dużych imprezach z Italią i mogą kombinować, aby ich ominąć (nie śmiejcie się, w tej dziedzinie robili to już nieraz, że przypomnę kontrowersje z 1978 roku i ich "drukowany" remis 0:0 z Tunezją). Nie zdziwiłoby mnie, gdyby "kontrolowanie" przegrali grupę na rzecz Polaków.
5) sezon. A teraz clou udanego występu "Biało-czerwonych" we Francji. To właśnie w sezonie ligowym wykuwa się formę sportową. Natrafiłem ostatnio na dwie przeciwstawne koncepcje tego, co jest najlepsze: bicie się do samego końca o zwycięstwo w lidze i pucharach przez zespoły z Polakami w składzie czy raczej "rozsądna" ilość odbytych meczów. Oba pomysły mają swoje i wady i zalety. Trzeba wychodzić na murawę i grać, ale powinno się również uchronić "materiał" przed "zużyciem". Myślę, że należy zachować równowagę. Istotna jest tu także specyfika konkretnej ligi. Są bowiem ligi (angielska i hiszpańska), które mocno eksploatują piłkarzy. Dlatego też martwię się o Grzegorza Krychowiaka. Chłopak w ostatnich miesiącach zaliczał ogrom występów i może to negatywnie rzutować na jego przyszłą dyspozycję. Nieco inna jest sytuacja niemieckiej "Bundesligi". Zresztą taki Robert Lewandowski woli grać możliwie dużo i długo (cel: triumf w "Lidze Mistrzów"), gdyż ma to mu pozwolić utrzymać formę do czerwca i dalej - podobno łatwiej formę podtrzymać, aniżeli ją odbudowywać. Nasi kadrowicze przeważnie grają w klubach, które są obecnie poza europejskimi rozgrywkami i swoją uwagę oraz siły mogą skupiać głównie na rozgrywkach ligowych (np. Arkadiusz Milik). Priorytetem jest więc nie unikanie przemęczenia, lecz regularne występowanie -  i to w wyjściowym składzie.
Na "polskiej" grupie sprawa się nie kończy. Już na starcie uwaga - powyżej tego akapitu zamieszczam grafikę, która uwzględnia wszystkie grupy mistrzostw. Tyle odnośnie ogłoszeń. Pytanie: o czym najczęściej się mówi po tego typu losowaniu? Zapewne o tzw. "grupie śmierci". Na ten wpadający w ucho termin, w tym roku trudno się zdecydować, gdyż tym mianem można obdarzyć 2-3 zestawienia. Niemniej, "Grupa E" chyba jest temu najbliżej. To doborowe towarzystwo, które posiada szczelną defensywę i każdy strzelony gol może być "na wagę złota". Na Italię nikt nie chciał trafić, ale i oni są raczej daleko od euforii. Nie tak dawno dostali przecież manto (1:3) od Belgii, "czarnego konia" turnieju, z którym ponownie muszą się skonfrontować. Mam słabość do Szwecji - pamiętam ich "srogie lekcje" dla naszych graczy - lecz aktualnie to bardzo przeciętny zespół. Mają jednak pewien silny argument, który nazywa się Ibrahimović. Facet młody nie jest, ale nawet dziś potrafi w pojedynkę przesądzić o wyniku swojej reprezentacji. A Irlandii nie wolno skreślać, wszakże potrafili zastopować Niemców (1:1 i 1:0). Warto bacznie obserwować przebieg rywalizacji w tej grupie, bo szykuje się tu duża "piłkarska uczta". Grupy "D" i "B" do nudnych nie należą. Niby Hiszpania i Chorwacja winny między sobą zdecydować o końcowym triumfie, ale Czechy i Turcy nie są bez szans (zazwyczaj na "EURO" fajnie się prezentują). Niezła gratka będzie na obiekcie w Lens, na którym dojdzie do pojedynku Anglia-Walia. Takie "bratobójcze" starcie w ramach Zjednoczonego Królestwa. Ja zwracam uwagę na Słowację, która już niejednemu potrafiła uprzykrzyć życie. Resztę grup klasyfikuję jako umiarkowano-słabe. Wyróżniłbym zwłaszcza "Grupę F". Z marketingowego  i sportowego punktu widzenia wygląda ona nazbyt "cienko". Węgry i Portugalia to bodaj "najmniejsze" ekipy ze swoich koszyków. Austria jest solidna, ale jeszcze nic nie dokonała. Islandia to zaś sensacja, której kibicuję. Zachwycam się nad tym 320-tysięcznym narodem, zamieszkałym w chłodnym i wietrznym kraju, który bezlitośnie ogrywa Holandię (2:0 i 1:0). Na koniec zostawiłem sobie gospodarzy i ich "Grupę A". Słowo "ich" jest jak najbardziej na miejscu - pierwsze miejsce wydaje się być dla nich wręcz zarezerwowane. Dalszą kolejność nie sposób przewidzieć, choć drugą siłą wydaje się być Szwajcaria. Albania to totalny nowicjusz "na salonach" i ich sensacyjny triumf w eliminacjach nad Portugalią (1:0 na wyjeździe) pokazuje, że nie wolno ich lekceważyć. Tak wielkich emocji związanych z "Mistrzostwami Europy" jeszcze nie było - turniej z 24 reprezentacjami brzmi nader atrakcyjnie.
Właśnie warto pochylić się nad samą ideą rozszerzenia grona finalistów, gdyż niesie ona ze sobą pewne konsekwencje. Pole jednej z nich można umownie określić jako atrakcyjność sportowo-finansowa. Chyba wielu nie zdziwię mówiąc, iż często czynnikiem mobilizującym jest coś tak "prymitywnego" jak pieniądze. Tu było podobnie. Zasada jest prosta: im więcej drużyn - tym dłuższa kolejka chętnych do zakupu praw telewizyjnych, reklamodawców i zainteresowanych kibiców. Wszystko to przekłada się na wymierne korzyści finansowe, z czego "lwia część" przypada europejskiej federacji piłkarskiej ("UEFA"). Intencje już wskazane. Czas podumać nad skutkami tych działań, a zwłaszcza nad dylematem - są one dla piłki ożywcze czy raczej objawem jej rozkładu? Poglądy bywają różne. Dla jednych kasa kala czystość sportu, drudzy zaś w profesjonalizacji upatrują maksymalizację efektywności sportu wyczynowego i w przekraczaniu kolejnych granic ludzkiego organizmu. Spór z puli "nierozstrzygalnych". Jak widać mam ambiwalentne podejście do całego rabanu. Niemniej, przy panującej w świecie ideologii kapitalizmu, na dziś trudno o inne rozwiązanie. Wymieniłbym jedno zagrożenie: obniżenie rangi turnieju. Nie ma co "chować głowy w piasek" - na zwiększeniu ilości ekip ucierpi prestiż "EURO". Głównie mam na uwadze eliminacje, które mogą być po macoszemu traktowane przez czołowe reprezentacje. Mówiąc kolokwialnie, część meczów mogą "olać", ponieważ brak awansu raczej im nie grozi. Skoro tak łatwo dostać się na "Mistrzostwa Europy", to z automatu wzbudzają one mniejszy niż kiedyś zachwyt. Wchodzi przecież pół kontynentu! Niezwykle wymowna jest zamieszczona poniżej mapka (zielony - kraje z reprezentacją na przyszłorocznych mistrzostwach, ciemnoszary - reszta). Zgoła odmienne podejście do tego wszystkiego mają "małe" federacje. Dla nich to szansa na piękną przygodę i tamtejsi fani raczej nie będą psioczyć na wprowadzoną reformę. "Każdy kij ma dwa końce".
Jest jeszcze jeden aspekt, który ulega istotnej modyfikacji. Turniej 24-zespołowy wymusza zmianę systemu rozgrywania turnieju finałowego. Od 1980 roku, kiedy to wprowadzono fazę grupową, wszystko przebiegało dość klarownie. Tworzono 4-zespołowe grupy i ażeby przejść dalej należało zająć w nich jedno z dwóch pierwszych miejsc. Następnie następowała faza pucharowa, w której w zasadzie nie ma remisów (ewentualnie dogrywka czy wreszcie seria rzutów karnych) - przegrywający mecz wraca do domu. I jeszcze jedna kwestia. W pierwszych meczach fazy pucharowej zwycięzcy grup toczyli boje z zespołami, który zajęły drugie lokaty. Łatwizna, prawda? We Francji nie będzie już tak "miło". Przy 24 ekipach dotychczasowe reguły trafiają do lamusa. No bo tak: z 24 do fazy pucharowej weszłoby 12, po pierwszej serii meczów zostaje 6 a po następnej tylko 3. Co można zrobić z trzema drużynami? Finał "każdy z każdy"? Bezsens. Dlatego zwiększono liczbę uczestników fazy pucharowej do 16 i wtedy mamy klasyczną 1/8 finału. W związku z tym, cztery zespoły (z sześciu) mające najlepszy bilans (największe znaczenie mają zgromadzone punkty) z trzecich lokat w grupie otrzymuje promocję do następnego etapu. Taka koncepcja nie jest jakimś novum. Taki przebieg miały w latach 1986-94 "Mistrzostwa Świata". Również w 1982 roku powitano 24 drużyny, ale tam zrezygnowano ze "wspierania trójek" i wybrano koncepcję drugiej fazy grupowej (cztery 3-zespołowe grupy). Przyjrzałem się sytuacji wspomnianym imprezom, aby oszacować ilość punktów potrzebną do awansu z pozycji nr 3 (obrazek poniżej). Po raz kolejny okazuje się jak cenną nauka jest matematyka. Teoretycznie jest możliwe, że do pozostania w turnieju pozwoli 1 "punkcik", jednak w skrajnych przypadkach nawet 6 punktów jest niewystarczające! Spory rozrzut :) Życie pokazuje, iż rozwiązanie znajduje się gdzieś po środku. Dotychczas nie zdarzyło się bowiem, aby 4 punkty nie przyniosły tego celu (a nawet mniej). Przypominam o obecnych zasadach punktacji: zwycięstwo -> 3 pkt, remis -> 1 pkt i klęska -> 0 pkt. Fakt istotny, gdyż jeszcze w 1990 roku wygrany mecz wynagradzano tylko 2 punktami. Ja przyjąłem jednolitą metodologię i wszędzie stosuję współczesną punktację. Kończąc, najlepiej w pierwszym spotkaniu ograć Irlandię Północną, bo o punkty z kolejnymi rywalami zapewne będzie ciężej. Czołem! :-D

piątek, 11 grudnia 2015

(Temat 35) Reprezentacja Polski - "mega pack"

Kłaniam się po dłuższym rozbracie z pisaniem. Natchnieniem, aby jeszcze w tym roku skreślić kilka słów, była postawa naszych reprezentantów. Stworzyli oni wspaniałe widowiska, które czuję do dziś ("stado" endorfin wciąż grasują w moich żyłach). Tak dobrze nie było od daaawna. A przyszłość mieni się w jeszcze jaśniejszych kolorach. Spokojnie jednak. Przebyte zawody i wciąż rosnący licznik lat karzą mi tonować swe zapędy. Nie mniej trzeba pozytywnie o "Orłach" mówić, bo doprawdy zasłużyli na to. Rozwinęli pięknie skrzydła i...szykują się do lotu, pięknego lotu po francuskiej krainie! Poniosło mnie haha :) Wracając na ziemię, postanowiłem przeanalizować ostatnie miesięce w wykonaniu kadry Adama Nawałki, przekazać garść statystyk i w futurystycznych oparach debatować o nadchodzącym europejskim czempionacie. Postaram się mieć chłodną głowę i w miarę mych intelektualnych możliwości rzeczowo przedstawić sytuację i potencjał "Biało-czerwonych". Kilka laudacji nad polskimi piłkarzami mam jednak z tyłu głowy. Aż chce się zaintonować rozsławioną przez Kamila Grosickiego pieśń "Pijem, bawim się"!
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
STATYSTYKI  ZESPOŁOWE
Post podzielę na kilka rozdziałów, które tylko do pewnego poziomu są ze sobą spójne. W końcu nadrzędną koncepcją jest "mega pack", a więc dużo tematów być musi. Zacznę od...statystyk. W końcu to mój "konik". Gdy spojrzycie na tabele i zawarte w nich dane, to wasze usta wręcz automatycznie rozdziawią się w kształt banana - z wygięciem "końcówek" ku górze :) Cieszą wyniki naszej kadry także dlatego, że dają nam eksponowane lokaty w prestiżowych rankingach. Na europejskim podwórku robimy furorę ("Poland rulez!"). Pewnie młodsi kibice nie mają świadomości, iż jeszcze jeszcze paręnaście lat temu nasza strzelecka indolencja aż trąciła wstydem na cały kontynent. Przełom 1999 i 2000 roku był wręcz koszmarny (schyłek kadencji Wójcika i początek Engela) - przyniósł 6 meczów bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej (niemal 700 minut bez strzelonego gola!). Ba, gdyby nie gol Hajty przeciwko Hiszpanii (1:2), to byłoby jeszcze mizerniej: 9 meczów i ok. 950 minut "na zero"! Gwoli sprawiedliwości, przyszło nam wtedy stawiać czoła klasowym drużynom (np. Anglia, Francja i Szwecja). Niemniej, bezbramkowych remisów z Finlandią i Węgrami nie sposób wybronić. Przykłady "słabości" naszych napastników macie przedstawione w tabelce poniżej.
Po co w zasadzie przypominam o tych "wyczynach"? Ano dlatego, aby uświadomić was o wybornej dyspozycji naszej ofensywy w ostatnich miesiącach! Kontrast pomiędzy legendarnym już rokiem 2015, a zdarzającą się w przeszłości piłkarską niemocą jest aż nadto widoczny. Przejdę teraz do konkretów. W ostatnich 12 miesiącach nasz zespół zdobył aż 25 bramek. Bywało w historii co prawda więcej (grubo ponad 30), ale nie często się zdarzało (jeśli w ogóle) abyśmy byli najskuteczniejszym zespołem w Europie! Tak, to nie żart. Każdy inny zespół ze "Starego Kontynentu" pod tym względem nam ustępuje. Pięknie to brzmi. Częstotliwość trafień zresztą budzi porównywalny respekt - 2,8 gola na mecz. Nasi piłkarze nie oszczędzali golkiperów przeciwnych drużyn, które "cieniasami" nie są. No dobrze, Gibraltaru (8:1) nie ma co przeceniać, lecz pozostały zestaw ekip to już było spore wyzwanie. Taka Irlandia (dwa razy), Szkocja i Islandia to wszakże przedstawiciele "wyspiarskiego" stylu gry, którego wizytówką jest twarda gra i solidna gra w defensywie. Grecja to w ogóle słynie z "zasieków" obronnych. Niemcy to...Niemcy (dalszy komentarz jest zbędny). Zostają jeszcze Czechy i Gruzja. Nasi południowi sąsiedzi są dla nas niewygodni i z dwie poprzednie potyczki nie przyniosły nam nawet gola. Petr Čech to marka sama w sobie i pokonanie go nie jest najłatwiejszym zadaniem. Wreszcie Gruzja. Choć przyjaźń polsko-gruzińska kwitnie, to podopieczni Nawałki okazali się mało "przyjacielscy". Cztery gole (w dwumeczu aż 8!) to naprawdę godny podkreślenia fakt. Gruzini to nie są "chłopcy do bicia". Nie wierzycie? Niech przemówią fakty. W zakończonych eliminacjach Gruzja w 8 meczach (Niemcy, Irlandia, Szkocja i Gibraltar) puściła łącznie...8 bramek! W rankingu najskuteczniejszych drużyn Polacy wyprzedzili m.in. Belgów, Szwajcarów czy świetnie dysponowanych Anglików. Takie potęgi jak Holandia, Włochy, Portugalia czy Hiszpania plasowani są daleko w tyle. Belgia mogła być "numerem jeden", ale z powodu zagrożenia atakiem terrorystycznym ich towarzyski mecz z Hiszpanią został odwołany. Zestawienie raczej nie ulegnie znaczącym modyfikacjom, bo są małe szanse na grudniowe sparingi.
Jeszcze co nieco o innej radosnej wieści. Otóż okazuje się, iż polskie stadiony są nie tylko piękne, nowoczesne i pełne kibiców, ale do tego stanowią piłkarskie twierdzy! Zwłaszcza mowa o "Stadionie Narodowym". Wyobraźcie sobie, że nasze "Orły" nie zaznali goryczy porażki w ostatnich 10 meczach na własnym terenie. Tylko rewelacyjna Belgia wypada pod tym względem lepiej (11 meczów). W Europie podobnym wyczynem co my, mogą pochwalić się tylko zespoły Islandii i Rumunii. Jak widać zespół "znad Karpat" będzie trudnym przeciwnikiem w eliminacjach "Mistrzostw Świata 2018" - ale to odrębny temat. Serię nieprzegranych spotkań u siebie możemy wydłużyć już w marcu, kiedy kadra zagra towarzysko dwa mecze. Tak trzymać chłopaki!!!
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
"MISTRZOWSKI"  SKŁAD
Teraz czas skupić się na zasobach osobowych naszej kadry. Na pół roku przed imprezą docelową przedstawię pierwszy skład, który najprawdopodobniej Nawałka wystawi w meczu "otwarcia". Przy doborze nazwisk bazowałem przede wszystkich na dotychczasowych decyzjach selekcjonera oraz postawą samych reprezentantów. No dobra, trudno będzie uniknąć "skazy" mojego subiektywizmu - ale czy to wada? Do rzeczy. Proszę zerknąć poniżej na grafikę, gdzie macie pokazany proponowany, wyjściowy zespół na "EURO 2016". Moim skromnym zdaniem - na dzień dzisiejszy - wygląda on następująco:
Oparłem się na klasycznym ustawieniu "4-4-2", który jest faworyzowany przez Nawałkę. Miejcie tu jednak baczność nad ogólną umownością rozstawiania zawodników. Często przecież gracze wymieniają się pozycjami. Dla przykładu jeden z pomocników może skupić się głównie na wspomaganiu formacji obronnych (wtedy można mówić o "4-1-3-2") czy jeden z napastników trochę się cofnąć ("4-4-1-1"). Zresztą pozycja danego zawodnika to niekiedy fikcja, gdy spojrzy się np. na Lewandowskiego, który wraca się i "de facto" staje się rozgrywającym. Dzisiejsza piłka czerpie wiele z wizji tzw. "futbolu totalnego" (w nieco mniejszej skali) i od napastników wymaga się pomocy w defensywie, a od bocznych obrońców rajdów w "16-stkę" przeciwników. Dość o tych technicznych dywagacjach, bo przynudzam :) Chciałem tylko uświadomić was, iż wiele zależy od przyjętej strategii i tego z kim przyjdzie rywalizować. Można domniemywać, że na silnego rywala zagramy zachowawczo, z dwoma defensywnymi pomocnikami. Wówczas obok Krychowiaka widzę...Jodłowca, którego nazwiska na "wirtualnym boisku" nie umieściłem. Zawodnicy mają swoje uwarunkowania. Posiadają atuty, ale i ograniczenia. Jeden jest utalentowanym "destruktorem" i nie straszny mu twardy bój, drugi zaś dobrze czuje się w ataku pozycyjnym a jeszcze inny ma świetne warunki fizyczne, które są mile widziane przy stałych fragmentach gry. I tu właśnie jest pole do popisu dla selekcjonera, aby to wszystko umiejętnie poskładać. Musi on dokonać bilansu "za" i "przeciw" każdego z graczy - a przede wszystkim - ich przydatności dla zespołu. Właśnie termin "zespół" jest tu kluczowy. Nierzadko byliśmy przecież świadkami kiedy świetni piłkarzy nie dostali powołań do swych drużyn narodowych. Życie jest bardzo złożone i nie zawsze wystarcza sam talent oraz jakość czysto piłkarska. Choć jakiś zawodnik wyróżnia się w klubie, to może wybitnie nie pasować do koncepcji reprezentacyjnego trenera i jest przez niego pomijany czy odsuwany na plan dalszy (m.in. Wichniarek za kadencji Engela). Nie zapominajmy również o cechach charakterologicznych piłkarza, które mogą zanieczyszczać atmosferę w zespole (m.in. Anelka w "Reprezentacji Francji") i najlepiej takiego "delikwenta" już w "przedbiegach" skreślić. Na drugim biegunie warto pochylić się nad obecnością w składzie piłkarza, który tworzy pozytywny mir. Dlatego ja widzę miejsce na mistrzostwach dla Sebastiana Mili. Jego konsolidacyjny styl bycia i doświadczenie mogą okazać się zbawienne dla kolegów z drużyny, zwłaszcza w chwilach trudnych. Jeśli będzie w odpowiedniej formie za pół roku, to już w ogóle nie ma sprawy - należy się mu powołanie za umiejętność świetnego "dotknięcia" piłki. Jednak o mojej wizji ostatecznego wyglądu kadry na "EURO 2016" nieco później.
Teraz kilkanaście zdań reasumujący mój wywód, bo jak zwykle napocząłem kilka ciągów myśli (ach te dygresje...) i pasuje to wszystko dokończyć. Wszakże "nie ważne jak mężczyzna zaczyna, lecz jak kończy" :D A więc...przedstawiona przeze mnie "jedenastka" odzwierciedla względnie najsilniejszy zespół jaki Polska obecnie może wystawić. Rzecz jasna, dotychczasowi wybrańcy Nawałki zostali uprzywilejowani. Przed osobą trenera ogromna zagwozdka na kogo finalnie postawić. Jak na razie ma czas na takie poważne wybory i wiele ułatwiły niedawno zakończone eliminacje ("wytypowały" one z 70% nazwisk). Decyzje osobowe to jedno, bo pozostaje cała reszta: podtrzymanie formy w okresie posezonowym, maksymalne zgranie zespołu, ostatnie szlify taktyczne etc. To nie temat na dziś, ale chce podkreślić że Nawałka jak na razie obrał dobrą ścieżkę, a jego drużyna spisuje się znakomicie. Przychylność opinii publicznej i kredyt zaufania ma. Jak było mówione wcześniej, wygląd wyjściowej "jedenastki" jest "płynny" - założenia taktyczne, kartki, kontuzje czy ranga przeciwnika może wprowadzić zmiany. Wreszcie o samej metodologii przy wyborze bądź rezygnacji z usług jakiegoś piłkarza. W centrum troski każdego trenera znajduje się drużyna. Jej dobro jest najważniejsze. Każdy piłkarz winien się mu podporządkować i nawet jeśli ma za sobą silne argumenty sportowe, to przy negatywnym wpływie jego osoby na kolegów daje prosty wynik: brak powołania. Nie da się nie powiedzieć, że jednak trzon drużyny jest powszechnie znany. Nasza nacja wydała na świat kilku wybitnych graczy, którzy spokojnie mogli by znaleźć miejsce w "Reprezentacjach" o bardziej ugruntowanych markach. Poniżej wymieniam zawodników, którzy w moim mniemaniu powinni francuski bilet otrzymać. Zachęcam do autoanalizy.
"Króciutko" skomentuję mój "występek". Obecność takich nazwisk jak Lewandowski, Krychowiak, Milik, Glik, Fabiański, Grosicki, Piszczek czy Rybus w zasadzie nie trzeba tłumaczyć. Gdy dopisze im zdrowie, są "pewniakami" do gry w wyjściowym składzie, a nie tylko do wyjazdu na turniej. Milę umieściłem z przyczyn już wcześniej opisanych, a ponadto lubię tego faceta. Jeszcze większą sympatią darzę Błaszczykowskiego. Kubę cenię nie tylko za postawę na murawie - w moich oczach jeszcze lepiej wypada jako człowiek. Chciałbym bardzo, aby był podstawowym wyborem pana Adama. Wiem jednak, że przez kłopoty zdrowotne pozycja Kuby w kadrze znacząco się obniżyła. Wydaje się również, iż najlepsze lata ma za sobą. Niemniej jestem jego fanem i liczę, że po raz kolejny pokaże swój charakter. Niektórych może zaskoczyć powołanie dla Jodłowca, lecz jak mówię - Tomka uważam po Krychowiaku za najlepszego defensywnego pomocnika w Polsce i jego predyspozycje przydadzą się, gdy zagramy z mocnym przeciwnikiem. Głównym zmiennikiem Piszczka jest Olkowski, którego Nawałka testował także w drugiej linii. Nieco inaczej jest z Rybusem, który z pomocnika stał się obrońcą. Dlatego też umieściłem na jego flance (lewa) aż dwóch innych piłkarzy (JędrzejczykWawrzyniak). Z Wawrzyniaka polscy kibice mają "bekę", lecz jak widać nie jest taki słaby, skoro rozegrał w narodowych barwach niemal 50 spotkań. No, zagadką jest jego obecna forma... To samo tyczy się Jędrzejczyka. Do czasu kontuzji był objawieniem kadry, a teraz jest trochę taka "mizeria". Jego atutem jest czas i uniwersalność (może grać na prawej obronie, a nawet na pozycji stopera). Mączyński to ulubieniec Nawałki i jak pokazał czas - jeśli selekcjoner do kogoś się przekona, to stawia na niego często i "w ciemno". Na szczęście tacy piłkarze odwdzięczają mu się z nawiązką. Zamiast niego mógłby zagrać Zieliński. Nie ukrywam, że nigdy nie byłem specjalnym piewcą talentu aktualnego gracza Empoli. Po meczu z Czechami (3:1) jednak jego "akcje" poszły w górę (ma świetne "czucie" piłki). Ponadto jest bardzo młody i ewentualny wyjazd nad Sekwanę może zaowocować w przyszłości.
No właśnie - młodość! Zieliński nie jest jakimś "rodzynkiem" w moim zestawieniu. Reprezentacyjna piłka nie kończy się przecież na "EURO 2016". Trzeba dbać o płynną wymianę pokoleniową i ogrywać "młodziaków". Spore szanse na powołanie ma Kapustka. Chłopak pochodzący z okolic Tarnowa (taki mój "lokalny nacjonalizm" :P) na dniach skończy dopiero 19 lat. Mimo tak młodego wieku gra bez kompleksu w narodowej koszulce. Statystyki imponują: 3 mecze, 2 gole i 2 asysty! Gracz Cracovii już teraz jest na celowniku europejskich potęg. Żeby nie było tak słodko, to we wspomnianych meczach zaliczył trochę strat. Zrezygnowałem z trzeciego młodego pomocnika i mowa tu o Linettym. Przyznam, że jego gra mnie nie przekonuje, choć lubię tego piłkarza. Nie do końca udaje mu się przenieść dyspozycję z klubu na kadrę. Również wśród pominiętych, acz w orbicie zainteresowania, znalazł się Peszko. Sławek błysnął w meczu z Irlandią (1:1), ale to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Nie można mu za to odmówić "serducha" do gry i za to kibice na pewno go szanują. Myślę, że z trójki Mila-Linetty-Peszko jeden pojedzie na turniej (ja wybieram tego pierwszego). Wreszcie ostatni z "młodych" - Stępiński. To moja propozycja-niespodzianka. 20-latek Ruchu Chorzów w "Ekstraklasie" prezentuje się wybornie, gdzie jest najskuteczniejszym polskim graczem (ogólnie w tej kategorii plasuje się na 3 miejscu). Chłopak ma talent i warto go zabrać do Francji. Wytypowałem łącznie czterech napastników. Stawkę uzupełnia Teodorczyk. Według ekspertów to on jest na tej pozycji "numer 3" naszej kadry. Długo leczył uraz (złamana noga), ale powoli wraca do dobrej dyspozycji. Potencjał ma spory o czym świadczy klub, w którym występuje - Dynamo Kijów. Najprawdopodobniej Sobiech zostanie "w domu". Jego mecze w kadrze są...nijakie. Ostatnio jego forma zwyżkuje, ale to trochę za mało. Zostali jeszcze stoperzy i bramkarze. Na teraz na środku defensywy, obok Glika, pewne miejsce ma Pazdan. Popularna "Pirania" nie jest może graczem z "najwyższej światowej półki", jednak przekonuje do siebie swoją solidnością, odwagą i zadziornością. Korzysta też z "posuchy", z jaką od dawna mamy do czynienia z defensorami. Wspomniana dwójka ma tylko jednego nominalnego zmiennika - Szukałę. Długo był pierwszym wyborem Nawałki, jednak zmienił klub (opuścił ligę rumuńską, żeby wybrać atrakcyjną finansowo ofertę arabskich szejków) i jego forma pikuje. Teraz "odbudowuje się" w Turcji (niedawno doznał kontuzji). Na koniec golkiperzy, czyli nasze "towary eksportowe". Hierarchia jest pozornie znana: prym wiedzie Fabiański, za jego plecami Szczęsny, dalej Boruc i Tytoń. Szczęsny chyba na własną prośbę i krnąbrność ma kłopoty z regularną grą, a Artur dopiero co wyleczył uraz. W tej sytuacji notowania Tytonia rosną, który pokazuje się z nie najgorszej strony w "Bundeslidze". Jego walorem jest "EURO 2012", na którym godnie zastąpił w bramce Szczęsnego (m.in. obronił "karniaka"). Mimo to, ja biorę na mistrzostwa Boruca (może z sympatii?). Uff...doszliśmy do "finału". Zdaję sobie sprawę, że kompletowanie zespołu na pół roku przed imprezą docelową jest zadaniem karkołomnym, jeśli nie bezsensownym. Widać, porwała mnie fala optymizmu, jaką wywołali "Biało-czerwoni". Życie jest najlepszym weryfikatorem. Zobaczymy komu przytrafią się kontuzje lub nie trafi z dyspozycją. Pragnąłbym, ażeby o przepustkach nie decydowały urazy, lecz sportowa rywalizacja wewnątrz drużyny.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
RANKINGI
Nie tak dawno temu natrafiłem na bardzo interesującą informację w jednym z polskich portali sportowych. Odnosiła się ona do artykułu brytyjskiego "The Telegraph", który zdecydował się prześwietlić wszystkie te drużyny, które awansowały na "EURO 2016". W wyniku tych działań powstał ranking. Zestawienie ma prozaiczny charakter: uporządkowanie zespołów od najsilniejszego po najsłabszy. Dla mnie najistotniejszym akcentem jest lokata "Biało-czerwonych". Doceniono nas. Miejsce "10" jest bardzo dobre. Po czasie naszła mnie myśl, czy to aby nie mrzonka. Mimo wątpliwości moje stanowisko jest podobne. Podopieczni Nawałki są gdzieś pośrodku wszystkich finalistów, a przy "dobrych wiatrach" czołowa "ósemka" wydaje się być na osiągalna. Twórca rankingu tak uargumentował lokatę Polski: „Polska ma teraz w osobie Roberta Lewandowskiego chyba najlepszego piłkarza Europy i jeśli utrzyma on taką formę w przyszłym roku, to będzie możliwy ćwierćfinał lub nawet wyższy pułap turnieju”. Wspomniano również o trzech innych "filarach" naszej drużyny: Miliku, Grosickim i Krychowiaku. A jak ma się sprawa z innymi uczestnikami przyszłorocznych mistrzostw? Jak dla mnie kilka nieporozumień jest. Sam "szczyt" i "dół" klasyfikacji nie budzą większych zastrzeżeń. Wysokie "akcje" Portugalii, Walii i Irlandii Północnej tworzą jednak dysonans poznawczy. "Ronaldo & Spółka" nie ma aż tak wielkiej "siły rażenia", Walia ogólnie wydaje się być przeceniana (zdobywa mało goli, nawet z "przeciętniakami"), a faworyzowanie Północnych Irlandczyków wywołuje "niestrawności". Rzekomo są mocniejsi od Ukrainy, Rumunii i Słowacji? Nonsens. Przeto w grupie eliminacyjnej znaleźli się za Rumunią, której nawet gola nie wbili. Zresztą pierwsza weryfikacja mojej opinii przyjdzie w marcu, kiedy to sprawdzi ich "Reprezentacja Polski". Na innym biegunie są: Szwajcaria, Anglia oraz (wspomniane wcześniej) Słowacja i Ukraina. Tak nisko Szwajcaria? To powinna być pierwsza "12-stka"! O miejscu Anglii (nieco zaniżonym wg mnie) specjalnie się nie dziwię. "Synowie Albionu" przyzwyczaili do klęsk na wielkich imprezach i w ich kraju wolą "dmuchać na zimne". Eliminacje przeszli "jak burza": 10 spotkań i tyleż samo triumfów. No dobra, wcześniej bywało podobnie (imponująca dyspozycja przed turniejem i powrót z niego do domu "na tarczy"), ale tym razem może być inaczej. Słowacja i Ukraina to przecież "zespoły ze środka". Nasi południowi sąsiedzi grać w futbol potrafią, o czym Polacy w ostatnich latach mieli okazje się przekonać. Na "Mistrzostwach Świata 2010" nawet wyszli z grupy, a nie tak dawno ograli samą Hiszpanię. Ukraina to duża solidność. Tak niskie sklasyfikowanie drużyny Konoplaki i Jarmołenki to pomyłka.
Wszystko to zainspirowało mnie do dalszego poszukiwania podobnych koncepcji. Ku mojej radości znalazłem coś podobnego w wykonaniu "Eurosportu" (znów w brytyjskim wydaniu). Nie ma sensu znów odnosić się szerzej do zawartych w nim konkluzji, acz o jednym fakcie muszę powiedzieć - Polska znalazła się na..."7"! Ci to już "pojechali", ale...nie ma nic przeciwko, a..."apetyt rośnie w miarę jedzenia" :) Fajnie brzmi uzasadnienie tak prominentnej lokaty naszych "Orłów", które można sprowadzić do tezy: jeśli Lewandowski jest formie, a Polska ma "swój dzień" to może pokonać każdego! Chyba wiele dodać się nie da :) Jeszcze pokrótce dwa "niusy". Aura znakomitej gry w ostatnim czasie Lewandowskiego i jego kolegów udziela się także portugalskim dziennikarzom, dla których Polska jest w gronie faworytów całej imprezy. Z kolei jeden z kibiców opublikował komentarz (być może na oficjalnej stronie "UEFA"), który nazwał naszą drużynę narodową "czarnym koniem" turnieju ("black horse"). Żyjemy w "pięknych czasach" :D
Teraz już krótko (oby). Spodobała mi się ta zabawa w rankingi i konsekwencje tego macie poniżej. Już uprzedzam, że nie dokonałem swojego prywatnego zestawienia, lecz oparłem się na danych zewnętrznych. I tak oto powstały dodatkowe cztery klasyfikacje. Moimi polami badawczymi były: "FIFA", "UEFA", "Piłkarski Ranking Elo" oraz branża bukmacherska. Pierwsze dwa rankingi może nie są przesadnie miarodajne (zwłaszcza ten dotyczący światowej federacji) i dlatego okryję je "zasłoną milczenia". Inaczej sprawa ma się z pozostałymi. Taki "Ranking Elo" to swoista "perełka", która przy ukazywaniu sportowego potencjału korzysta z naukowej wiedzy (przykład praktycznego zastosowania matematyki). Jest on wykorzystywany do opracowywania rankingów szachowych - dobra rekomendacja. Obdarzam go nieporównywalnie większą estymą, aniżeli kontrowersyjny "Ranking FIFA". Na koniec (a jak!) zostaje "forsa". Jak słusznie zauważa znany red. Rafał Ziemkiewicz - jeśli chodzi o pieniądze to ludzie mniej kierują się emocjami, a bardziej racjonalnością. O tak, tu kończą się żarty. Postanowiłem więc przyjrzeć się odpowiednim kursom w renomowanych zakładach sportowych. Owocnej lektury.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
LOSOWANIE  PRÓBNE
Przed nami jeszcze ostatni rozdział dzisiejszego posta. Najbliższy sobotni wieczór zarezerwowała sobie uroczystość losowania grup "Mistrzostw Europy 2016". W międzyczasie obudziło się we mnie dziecko. Postanowiłem wcielić się w rolę popularnej "sierotki" i sam rozlosować grupy turnieju finałowego. O tym przedsięwzięciu nieco później, a teraz kilka moich dygresji, dotyczących nadchodzącego paryskiego widowiska. Wpierw musicie wiedzieć, że lubię dobieranie tychże kulek. Ma ono w sobie dreszczyk emocji - dodam- pozytywnych. Taka "słodka nerwówka", na którą de facto nikt nie ma wpływu, uzależnione od czystego przypadku a finalny wynik jednoznaczny nie jest. No bo tak: trafiamy na "słabiaków" i od razu widzimy się w fazie pucharowej, a w przypadku "mocarzy" zdarza nam się ulec aurze rozmarzenia o sprawieniu wielkiej sensacji. Trochę podobnie sądzi obecny prezes "PZPN", Zbigniew Boniek. Nie tak dawno oznajmił, iż losowanie traktuje jako zabawę. "Zibi" uważa - z czym ciężko polemizować - iż ocenianie potencjału przyszłych rywali jest w dużym zakresie względne. Podstawowi gracze doznają urazów, wkrada się do drużyny niepewność, spada skuteczność etc. i taki zespół mimo początkowych wysokich "notowań" zawodzi w bezpośredniej rywalizacji. Rzeczywiście, można podejść do zagadnienia rozrywkowo, zazwyczaj jednak na tak wczesnym etapie, kibice wolą oszczędzić swych pupili od konfrontacji z hegemonami. W ostatnich latach "fart" był po naszej stronie i aż zaciskam zęby, gdy pomyślę sobie o analogicznej sytuacji sprzed lat czterech. Wówczas chyba nie dało się lepiej wylosować (przypominam: Rosja, Grecja i Czechy). I co? Nico. Nie pomógł nawet przywilej bycia gospodarzem imprezy i optymizm w narodzie. Co prawda, fragmentami "Biało-czerwoni" pokazywali swój spory potencjał, jednak fragmenty i skąpa ich wymierność były niewystarczające. Niech to będzie dobrą lekcją - nie możemy oglądać się na rywali, lecz liczyć wyłącznie na siebie. "Gęstniejąca atmosfera" udziela się w futbolowym środowisku. Za typowanie biorą się kibice, piłkarze czy różnej maści eksperci. À propos tych ostatnich to dobrze przytoczyć niedawną debatę grupy zasłużonych polskich komentatorów sportowych. W jednym miejscu zebrały się takie tuzy jak: Szpakowski, Borek, Smokowski i Pol (w roli prowadzącego). Miłym akcentem ich rozmowy były typy na tzw. "grupę marzeń". "Nestor" polskiego dziennikarstwa marzyłby o Portugalii, Szwajcarii i Islandii. Młodszy "narybek" również podziela opinię, iż Portugalia jest najlepszym rywalem, ale dalej mają nieco inną koncepcję. Obaj chcą Ukrainę, lecz przy trzecim przeciwnikiem bardzo się rozjeżdżają. Smokowski widzi tu Irlandię twierdząc, iż ostatnio polskim piłkarzom udanie się nimi gra i warto dać szanse, żeby tę serię przedłużyć. Ja mam odmienną opinię i obawiam się graczy z "Zielonej Wyspy". Są oni bardzo ciężcy do ogrania i ewentualny sukces mógłby oznaczać twardy bój - z podkreśleniem słowa "twardy". Dla Borka optymalna jest "toporna" Albania. Rzeczywiście, zestaw pochodzącego z Dębicy komentatora wydaje się być jednym z najłatwiejszych. Wreszcie, gdy w pogoni za wiedzą o zbliżającym się losowaniu wertowałem zasoby internetowe, natrafiłem na fajną "stronkę". Znajdował się tam automatyczny system losowania i każdy mógł wziąć udział w tej osobliwej zabawie. Postanowiłem spróbować raz...i o mało z fotela nie spadłem :) Francja, Włochy oraz Turcja i Polacy mogli się przekonać jak to jest być w "grupie śmierci". Z kolei na innej witrynie znalazłem już gotowe wyniki "próbnego" losowania. Jak najbardziej "strawnie" wyglądała grupa z Hiszpanią, Austrią i Albanią. Dość tej "paplaniny". Czas przejść do sedna. Poniżej zamieszczam (w formie graficznej) wszystkie grupy, które powstały w wyniku mojego osobistego (ręcznego) losowania.
Nie ma sensu przesadnie rozwodzić się nad tym, ale tak z teoretycznej perspektywy przedstawię pokrótce kilka podstawowych wniosków. Sama procedura doboru drużyn była zbliżona do tego, które będzie obowiązywać przy rzeczywistym losowaniu (tak gwoli formalności). Moja ręka chyba jest szczęśliwa, bo 2 miejsce w grupie jak najbardziej byłoby realne. Ewentualny triumf to już spore wyzwanie. Decydujący bój toczylibyśmy z Francją, czyli gospodarzem. Zapowiadałoby się prestiżowo, bo potyczka z "Trójkolorowymi" odbyłaby się już w ramach tzw. "meczu otwarcia". Wszystkie oczy piłkarskiego świata zwrócone wtedy na nasz zespół, co wytwarzałoby dodatkową presję. Niemniej pozytywny rezultat dałby naszym "kopa" na dalsze mecze. Jeszcze trochę o innych rozstawieniach. Za "grupę śmierci" można uważać "Grupę E" bądź "Grupę D". Miano najsłabszej i najmniej atrakcyjnej przypada "Grupie B". Zestaw Portugalia-Austria-Rumunia-Islandia z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby brak podaży na bramki. Obok jest "Grupa C", która stanowi najbardziej wyrównaną. "Grupa F" zaś można nazwać "grupą przyjaźni". Rywalizacja toczyłaby się "dwutorowo" (dwa zespoły bardzo mocne + dwa zespoły bardzo przeciętne).
Starczy na dzisiaj. Szerzej o ceremonii losowania przyszłorocznych mistrzostw będzie możliwość poopowiadania w następnym artykule. Pamiętajcie: już 12 grudnia o godz. 18:00 rozpocznie się "zabawa z kulkami". Każdy amator tego typu widowiska nie może tej daty pominąć. Słowa uznania za wytrwałość przy lekturze tegoż posta i liczę na dalsze odwiedzanie niniejszej strony. Czołem! :-D

sobota, 11 lipca 2015

(Temat 34) O pewnym pustym miejscu w gablocie

Brazylia gigantem piłki jest i basta! Tego obrazu nie zacierają nawet ostatnie lata, które trudno uznać dla nich za udane. Ewidentnie piłkarze "Canarinhos" od dłuższego już czasu zbierają ostre cięgi. Niewyobrażalna klęska z Niemcami (1:7) na "swoich" Mistrzostwach Świata, urasta wręcz do rangi symbolu ich rozkładu. Upokorzenie, hańba i niedowierzanie. Niemniej jednak to właśnie Brazylijczycy są numerem jeden na świecie. Tą szacowną pozycję przyznaje im historia. Sukces gonił sukces, z czego najcenniejszymi są liczne (5) mistrzostwa globu (najwięcej w dziejach). Raczej nikt nie dorównuje im kroku, nawet Niemcy. Fani "samby na boisku" mogą spać spokojnie - mistrzowie powrócą na szczyt. To nie "pragnieniowe gadanie", a teza oparta na faktografii. Wszakże w przeszłości przytrafiały się im podobne kryzysy (słabe lata 70-te czy pomimo świetnej generacji piłkarzy niezadowalające lata 80-te), lecz udawało im się je przezwyciężać. Nic nie stoi na przeszkodzie aby teraz też tak było. To zbyt wielki kraj, zbyt zaawansowany piłkarsko, ze zbyt dużą liczbą graczy i ogromną miłością do futbolu, ażeby długo był poza głównym nurtem. Ach...chyba po raz kolejny zdarza mi się odchodzić od centrum wybranej tematyki - dzisiaj o diagnozie i leczeniu brazylijskiej piłki w zasadzie nie będzie. Tak więc biję się w pierś i wchodzę na właściwą ścieżkę. Tym razem refleksji zostanie poddana piłkarska niemoc. Nie ogólna i nie byle jaka, gdyż brazylijska. Pomimo licznych osiągnięć "Canarinhos" nie posiadają w swej kolekcji pewnej istotnej zdobyczy...
Jak się okazuje, prawdziwą "piętą achillesową" Brazylijczyków są Igrzyska Olimpijskie. Wielokrotni mistrzowie świata, posiadacze 8 pucharów Copa América czy zwycięzcy 4 edycji Pucharu Konfederacji nie zaznali nigdy radości z olimpijskiego złota. "Suche dane" są dla latynoskich piłkarzy bezlitosne. Jak dotąd odbyło się aż 25 piłkarskich turniejów olimpijskich i żaden z nich nie zakończył dla Brazylijczyków pełną satysfakcją. Gdy spojrzeć na sprawę przez pryzmat czasu, to aż włos się jeży na głowie. W tym roku mija bowiem 115 lat od debiutu futbolu na największej sportowej imprezie świata! Doszło?! No ja myślę :) Spokojnie jednak - informacje te muszą być okraszone odpowiednim komentarzem, który nieco usprawiedliwia rodaków Pelégo. Po pierwsze, od 1930 roku olimpijski prestiż piłki nożnej znacząco się obniżył. Od tamtego czasu prym wiodą już Mistrzostwa Świata, które organizuje FIFA. Trzeba zdawać sobie sprawę, że piłka wówczas żwawo się rozwijała i generowała coraz większą uwagę w społeczeństwach wielu państw. W parze z modą szły pieniądze i piłkarstwo stało się zawodem. Najlepsi zawodnicy byli finansowani. Mniejsza czy o to właściwe czy nie, ale to godziło z ideą olimpizmu (ówczesna rywalizacja sportowa miała być "czysta" i nie opierać się na "forsie") i tacy piłkarze mieli zakaz gry podczas Igrzysk Olimpijskich. O Więcej o amatorach będzie później. Drugą kwestią jest procedura uczestnictwa w zawodach. Eliminacje (w "klasycznym" tego słowa znaczeniu) wprowadzono po raz pierwszy dopiero na Igrzyskach Olimpijskich 1956 w australijskim Melbourne. Sytuację wcześniejszą trudno komentować, lecz można wnioskować, iż decydujące było samo wyrażenie woli udziału. Chyba Brazylijczycy długo traktowali Turnieje Olimpijskie "z przymrużeniem oka", ponieważ ich dziewiczy występ miał miejsce późno, bo w 1952 roku. Wreszcie trzeci i chyba najważniejszy aspekt, a mianowicie amatorski charakter turnieju. W wyniku przyjęcia takiej a nie innej koncepcji, wielu genialnych zawodników nigdy nie dostąpiło zaszczytu zagrania na "olimpiadzie". Wśród nich byli tacy brazylijscy giganci jak np. Pelé, Carlos Alberto, Zico, Sócrates... Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż gdyby Brazylia mogła wystawić swe "najcięższe działa" to swych rywali obróciłaby w pył. Przez szereg lat występowało też pewne negatywne zjawisko, które ograniczało szanse piłkarzy "Canarinhos". Europejskie państwa komunistyczne wystawiały zespoły złożone z graczy, którzy de facto byli zawodowcami. Dlatego właśnie reprezentacje z tej części świata swego czasu hurtowo sięgały po olimpijskie laury (dobrym przykładem są tu "Biało-czerwoni", którzy zwyciężyli w 1972 roku). W związku z tym można śmiało postawić tezę o występowaniu nierówności szans, co chyba z olimpijskim etosem nie ma wiele wspólnego - jednak MKOl jakoś tego widział. Tej problematyki nie ma sensu bliżej podejmować, bo nie ma na to po prostu czasu. Być może zostanie ona wykorzystana w odrębnym artykule.
Na przyzwoite lokaty brazylijscy kibice czekali długo, bo aż do lat 80-tych. Wówczas dwa razy z rzędu ich pupile doszli do finału. W 1984 roku mieli niebywałą wręcz szansę, gdyż część państw "demokracji ludowej" w ogóle zbojkotowała Igrzyska Olimpijskie. Jakby nie było, wśród nich znajdowali się kandydaci do wygranej. W 1988 roku było bardzo blisko, a morale wysokie. W końcu wygrane z Argentyną i - co nie zdarza się często - po konkursie rzutów karnych z Niemcami, dawało podstawy do optymizmu. No cóż, na ZSRR brakło już argumentów. Tamta kadra "Canarinhos" z perspektywy czasu robi niemałe wrażenie. Wszakże Cláudio Taffarel, Bebeto i legendarny Romário to mistrzowie świata z 1994 roku! Zresztą wspomniany Romário został z 7 bramkami królem strzelców olimpijskiej imprezy. Prawdziwa rewolucja miała miejsce w 1992 roku. Ostatecznie zrezygnowano z amatorstwa i od tej pory Turniej Olimpijski należał już do młodzieży (zawodnicy, którzy nie ukończyli 23 roku życia). Niewątpliwie ten zabieg był korzystny dla piłkarskich potęg. Kiedy zaś w następnej edycji zawodów pozwolono grać starszym piłkarzom (maksymalnie 3 na każdą reprezentację) - dla Brazylii było to jak "podanie ręki". Do USA wybrali się z takimi brylantami jak Dida, Flávio Conceição, Roberto Carlos i wielki Ronaldo. Za "starszaków" robili za to Bebeto i Rivaldo. Cel mieli tylko jeden - wygrać. Szło im "tak sobie", ale w 1/2 się znaleźli. Tam zastopowali ich Nigeryjczycy, z którymi w dramatycznych okolicznościach ulegli 3:4 (mimo, iż do 78 minuty meczu prowadzili 3:1!). O ich mocy przekonała się za to Portugalia, którą w meczu o brązowe krążki rozgromili 5:0. Następne dwa podejścia to wyraźna "wtopa". Najpierw w 2000 roku swą przygodę zakończyli na ćwierćfinale, a w 2004 roku mecze mogli oglądać co najwyżej w roli widza, bo nie przebrnęli nawet olimpijskich eliminacji. Po wiktorię na chińskich Igrzyskach Olimpijskich "Canarinhos" miał poprowadzić sam Ronaldinho. W pierwszych pięciu meczach prezentowali się znakomicie: same zwycięstwa, mnóstwo zdobytych bramek i "na czysto" w obronie. Nic to jednak, gdyż polegli w prestiżowym boju z Argentyną (0:3). Lionel Messi, Sergio Agüero, Ángel Di María, Juan Román Riquelme i pozostali gracze "Albicelestes" byli zbyt mocni. Brąz co najwyżej otarł im łzy. Wreszcie ostatnie olimpijskie zawody z 2012 roku. Chyba najlepszy turniej w ich wykonaniu w historii mimo, iż do tej pory europejska ziemia była dla nich nieprzyjazna. Przyszło im się "bić" o najwyższe laury z Meksykiem. Nawet nie minęło 30 sekund i cała Brazylia przeżywała koszmar. "Katem" był Oribe Peralta. Kiedy ten sam zawodnik podwyższył w 75 minucie spotkania na 2:0 było wiadomo, że znowu się nie uda. Nawet 20-letni wówczas Neymar nie pomógł.
Jak nie idzie to nie idzie. Mądrość ta objawia się również w poczynaniach piłkarek. Otóż, od prawie 20 lat panie również mają możliwość stawania w olimpijskie szranki. Co prawda, ich sukces nie raduje aż tak jak w przypadku "menów" (taki mały szowinizm :P), ale zawsze to duma i okazja do ulgi. No cóż...nie w przypadku Brazylii! Nawet udało im się zajść 2-krotnie do wielkiego finału, ale zawsze kończyło się na 2 miejscu. W obu przypadkach ulegały Amerykankom. W sumie stoczyły 4 batalie z USA i za każdym razem było "w plecy". A jakie prognozy na przyszłość? Słodko-gorzkie. Za rok obie płcie na pewno zaprezentują się na Igrzyskach Olimpijskich, gdyż ich organizatorem będzie Rio de Janeiro. Niby sytuacja "handikapowa", lecz stwarzająca dodatkową presję. Czasem ona nosi - czasem ciąży. Ostatni okres nie wlewa w zielono-niebiesko-żółte umysły za dużo wiary. Pomijając infamię Mistrzostw Świata 2014, "Canarinhos" zawiedli na tegorocznej Copa América. Ćwierćfinał to stanowczo za mało. Do tego nie sprostali Paragwajowi. Drużyna to solidna, lecz w półfinale została zmieciona przez Argentynę 6:1! Dobrze nie jest. W niedawno zakończony Mistrzostwach Świata U-20 młodzi brazylijscy zawodnicy osiągnęli znakomite 2 miejsce, lecz tamtejsze oczekiwania są jeszcze większe. Na koniec o paniach. W mistrzostwach globu odpadły już na etapie 1/8. Co gorsza, to nie Amerykanki, Niemki czy Japonki pokazały im miejsce w szeregu, lecz Australijki. Jedno jest pewne - za rok czekają nas wszystkich wielkie emocje. Pora na mnie. Trzymajcie się ciepło, uważajcie na kąpieliskach i przestrzegajcie zasady "jadę - nie piję". No cóż, piłkarski blog również może prowadzić misję społeczną :D Czołem! :)

sobota, 4 lipca 2015

(Temat 33) Morten Olsen - trener XXI wieku

W ostatnim okresie w piłce działo się bardzo wiele. Ewentualne głosy zdziwienia (oby nie oburzenia) ukierunkowane na temat dzisiejszego posta nie będą mojej osoby dziwić. "Perfidnie" szerokim łukiem omija on aktualne wydarzenia. Nie mniej jednak na swej atrakcyjności bynajmniej nie traci, chociaż jego materia raczej z rzadka jest opisywana. Chodzi z grubsza o instytucję trenera, a mówiąc ściślej - selekcjonera reprezentacji narodowej. Nie będzie wywodu o trudach tej pracy i predyspozycjach do jej wykonywania. Również nie należy się spodziewać rozprawy o ewolucji czy nowinkach w taktyce. Tym razem analiza dotyczyć będzie przede wszystkim pewnego wycinka tego zagadnienia. Wszystko wyjaśnią dalsze akapity.
Nazwisko Mortena Olsena wśród zagorzałych piłkarskich fanów jest doskonale znane. U osób "mniej uświadomionych" pewnie wiele ono nie mówi, tak więc nadarza się świetna okazja, aby poszerzyć swe horyzonty myślowe. Pan Olsen w świecie wielkiej piłki to człowiek nietuzinkowy. Jego niezwykłość nie dotyka jednak sfery zawodniczej, chociaż wstydzić się tu nie musi. Już jego staż reprezentacyjny budzi szacunek. Dla Reprezentacji Danii grał przez 19 lat i dla której wyszedł na murawę w ponad 100 spotkaniach (do dzisiaj tylko 8 piłkarzy mogą się poszczycić takim wyczynem). We wrześniu 1970 roku rozpoczął swoją przygodę poprzez występ w meczu drużyny młodzieżowej (2:2 z Polską). W późniejszym czasie wywalczył awans na Igrzyska Olimpijskie, zagrał na dwóch Mistrzostwach Europy (zdobył brązowy medal) i wraz z zespołem zaznał udziału w Mistrzostwach Świata. Jego ostatni mecz dla Danii to wielka klasa. W wieku prawie 40 lat zdobył bramkę w towarzyskim spotkaniu z Brazylią, a zespół którego był kapitanem wygrał 4:0. Ponadto w 1983 roku jako gracz klubowy sięgnął po Puchar Europy (dzisiaj to Liga Europy). Imponująca kariera, aczkolwiek "na emeryturze" nie próżnował.
Czas po zawieszeniu korków na kołku jest tu sednem. Olsen postanowił pozostać w piłce (dość częste postępowanie u postpiłkarzy) i spełniać się jako szkoleniowiec. Na początek pracował w rodzimej lidze (dwa mistrzostwa), następnie został zatrudniony w Niemczech (utrzymał klub przed spadkiem) i wreszcie obrał kierunek na Holandię, w której jego podopieczni ugrali mistrzostwo i krajowy puchar. W lipcu 2000 roku otrzymał zaś posadę trenera Danii, która wcześniej została "zraniona" na Mistrzostwach Europy 2000 (w grupie z Holandią, Francją i Czechami nie ugrali nawet punktu oraz nie ustrzelili bramki). Właśnie to stanowisko przynosi bohaterowi tego artykułu sławę i podziw. Dlaczego? Trener Olsen nieprzerwanie do dnia dzisiejszego pełni swoją funkcję! Jakby nie było, w lipcu tego roku będzie obchodził rocznicę swej pracy, a mowa o 15-leciu. Naprawdę ta liczba działa na wyobraźnię. W rankingu długości pracy w roli reprezentacyjnego selekcjonera jest obecnie zdecydowanym liderem (skala globalna). Aby przybliżyć wielkość tego wyczynu można spróbować porównać to z działaniami "PZPN". W "erze Olsena" Polska miała aż ośmiu trenerów! W jakiejś mierze swoją "długowieczność" zawdzięcza długoterminowej polityce tamtejszego związku. To zdroworozsądkowe podejście wydaje się być trafniejsze, aniżeli dokonywanie częstych zmian trenerów. Zresztą to świadczy o profesjonaliźmie, a nie emocjonalnym podejściu do problemu - Skandynawowie znani są z "chłodnego charakteru", który i tu się przejawia.
Morten Olsen cieszy się dużym zaufaniem, które jednak chodzi w parze z zadowalającą grą drużyny. W sumie brał udział w 8 eliminacjach (licząc obecne) i jak do tej pory ma 50% skuteczności (z dużym prawdopodobieństwem Dania zakwalifikuje się na Mistrzostwa Europy 2016). Uzyskał 2 razy awans na globalne mistrzostwa (raz wyszedł z grupy) i tyle samo razy pojechał na mistrzostwa "Starego Kontynentu" (raz wyszedł z grupy). Może te osiągnięcia "nie powalają na kolana", ale zachowajmy proporcje. Trzeba pamiętać, że Dania liczy niewiele ponad 5 i pół miliona mieszkańców - jest to mały kraj. Do tego mają przeciętną ligę, która wydaje się być słabsza niż jeszcze 15-20 lat temu. Po prostu Olsen efektywnie wykorzystuje prawie zasoby swojej ekipy, które przekładają się na co najmniej solidne rezultaty. Dla "Biało-czerwonych" jest to zresztą rywal niewygodny. W tym tysiącleciu Polacy grali z nimi wyłącznie towarzyskie spotkania, których bilans z perspektywy "piłkarzy znad Wisły" jest mało radosny. Polacy tylko raz wygrali (w ostatnim pojedynku), raz zremisowali i aż 4 razy polegli (w tym zawstydzająco 1:5). Praca Olsena nacechowana jest jakością i głównie stąd nazbierały się te imponujące 15 lat.
To może wydać się nieprawdopodobne, ale Olsen nie znajduje się nawet na podium, pośród najdłużej dowodzących trenerów reprezentacyjnych. Kiedyś Josef Herberger trenował Niemcy przez prawie 27 lat! Jeśli chodzi o ilość prowadzonych spotkań to ten niemiecki szkoleniowiec również jest rekordzistą (ponad 160!). Oczywiście chodzi o selekcjonerów, którzy daną reprezentacje prowadzili nieprzerwanie. Pan Olsen w najbliższej przyszłości może jednak pobić osiągnięcie Herbergera, do którego brakuje mu ledwo 5-10 meczów (na razie ma ich 157). Rekord jest niemal faktem, gdyż ma pracować do zakończenia przyszłorocznych mistrzostw. Będzie to piękny prezent dla niego. Dziękuję za czas tu spędzony. Do zobaczenia. Czołem! :-)

niedziela, 31 maja 2015

(Temat 32) España 2015

Kolejny wspaniały sezon ligi hiszpańskiej przeszedł już do historii. Były emocjonujące mecze, padało wiele bramek a na stadionach żywiołowo dopingowali kibice. Na ustach cisną się same "ochy" i "achy". Nie pierwszy raz najwyższe laury były wewnętrzną sprawą dwóch klubów, czyli FC Barcelony i Realu Madryt. Pewnie wielu ten duopol mierzi czy wręcz irytuje, ale nie da się ukryć, że przynosi on wielki "plus". Rzecz w tym, iż taki stan obie drużyny mocno "nakręca" i pozwala to wykrzesać z nich wszystko co najlepsze. Ostatni okres z pewnością dla Realu nie należy do udanych. Ba, patrząc na ambicje włodarzy madryckiej drużyny można tu mówić nawet o upokorzeniu. Na mistrzostwo Hiszpanii czekają już trzy lata i co najmniej przez następne 12 miesięcy jeszcze sobie muszą poczekać. Z krajowego pucharu "wylecieli" już na etapie 1/8 i co gorsza - okazali się słabsi od lokalnego Atlético Madryt. Z tym samym przeciwnikiem polegli zresztą w "Superpucharze", który rozpoczynał sezon. Wreszcie "Królewscy" nie powtórzyli ubiegłorocznego sukcesu i nie weszli do finału prestiżowej "Ligi Mistrzów". Tego wszystkiego było stanowczo zbyt wiele i Carlo Ancelotti musiał stracić stanowisko trenera. Apetyty były jednak ogromne, czego dowodem była ofensywa transferowa. Takie nazwiska jak Tono Kroos, James Rodríguez, Keylor Navas czy Gareth Bale (przyszedł w 2013 roku) robią ogromne wrażenie i stanowią rzeczywiste wzmocnienie. Jak widać było to za mało na Barcelonę. No i właśnie, to "Barça" jest ogromnym zwycięzcą ostatnich miesięcy. Oprócz zdobytego nie tak dawno 23 tytułu mistrzowskiego, mają okazję "na dniach" sięgnąć po dwa inne puchary. Najpierw na rozbudzenie emocji zagrają w finale "Pucharu Króla" (i to na własnym obiekcie!), aby później stoczyć decydujący bój o triumf w "Lidze Mistrzów". Dla fanów "Dumy Katalonii" najbliższe tygodnie mogą być ogromnie radosne.
Wracając na niwę "Primera División" warto zastanowić się co zaważyło o klęsce Realu. W sumie zabrakło im tylko dwa punkty do wielkiego katalońskiego rywala. Rzucają się w oczy 3 aspekty mogące wyjaśnić ich niepowodzenie. Po pierwsze, na przestrzeni wszystkich kolejek prezentowali bardzo nierówną dyspozycję. Imponującą serię kolejnych zwycięstw mieszali z serią spotkań nieudanych. Barcelona za to była niezwykle powtarzalna i w zasadzie nie gubili punktów w dwóch meczach z rzędu. Największa zadyszka Realu miała miejsce od lutego do połowy marca, gdzie w 7 spotkaniach ugrali ledwie 10 puntów. Kłopoty rozpoczęły się po rozegraniu meczu z Sevillą FC (pojedynek przełożony z grudnia). Po drugie, mają stosunkowo spore "dziury" w formacjach defensywnych. Łącznie 38 puszczonych bramek to mimo wszystko zbyt dużo (średnio bramka na mecz). Tradycyjnie już byli słabsi w tej materii od Barcelony (prawie dwa razy szczelniejsza obrona - 21) oraz trzech innych zespołów. Przykro to powiedzieć, ale Iker Casillas chyba najlepsze lata ma już za sobą i jego czas w Realu raczej zmierza ku końcowi. Jest wspaniałym bramkarzem, ale ostatnio nad wyraz często zdarzają mu się "kiksy" i nie najlepsze decyzje (tak w klubie, jak i w reprezentacji). Oczywiście ilość traconych bramek nie tylko obciążą jego osobę, ale w znacznym % i owszem. No i wreszcie po trzecie - kompleks Atlético. O tak, w ostatnim czasie wyjątkowo nie radzili sobie w starciach z "klubem zza miedzy". Piłkarze Diego Simeone musieli znaleźć "złoty środek" na "Los Blancos", bo na ostatnie 8 spotkań wygrali aż cztery i tylko w jednym zostali pokonani! Chyba klęska z nimi w finale "Ligi Mistrzów" (2014 rok) podziałała niezwykle mobilizująco. No cóż, swoją postawą w dużej mierze przyczynili się do "ubogich zbiorów" Realu z ostatnich 12 miesięcy.
Kto wie czy rywalizację klubową nie zakrył pojedynek "na gole" piłkarzy. Mowa o - nie może być inaczej - wyścigu Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego. Ta para elektryzuje świat piłki już kawał czasu i...bardzo dobrze! Przed ich erą w piłce panowała doktryna o pilnowaniu własnej bramki. Futbol stawał się coraz bardziej siłowy i ogromne znaczenie miała motoryka. Nie ma co twierdzić, że obecnie jest jakoś inaczej - bo nie jest. Ale wspomniana dwójka swoim talentem udowadnia, że piłka może być i efektywna i efektowna, co tylko może cieszyć kibica. W tym sezonie ich personalna rywalizacja odbywała się w rekordowej aurze. Wyczyn sprzed roku powtórzył Ronaldo, który został królem strzelców całych rozgrywek. Zdarzyło mu się to już 3 raz w karierze - czym zrównał się z Messim - ale co najważniejsze, ustrzelił rekordową dla siebie liczbę bramek (aż 48!). Jest to drugi wynik w historii "Primera División" po...Messim (50 bramek). Pierwsza część sezonu była niezwykle udana dla Portugalczyka i mówiło się wtedy, że może nawet przekroczyć granicę 60 goli. Czas pokazał, że nie jest to takie łatwe. Na pewno na jego tegoroczny strzelecki rezultat wpłynęła duża liczba egzekwowanych rzutów karnych i gdyby zachował w nich 100 % skuteczność to doścignąłby historyczny wyczyn Argentyńczyka. Ponadto należy zdawać sobie sprawę, że "pod Ronaldo" gra cały zespół i sam zawodnik często zachowuje się samolubnie pod bramką przeciwnika. Oczywiście popularnemu "CR7" nie należy zbytnio ujmować jego piłkarskiej klasy, bo naprawdę prezentował wyborną formę.
Messi nie jest aż tak pazerny na bramki i często asystuje kolegom. Lionel w tym sezonie ligowym uzbierał 43 bramki, dzięki czemu jest na pierwszym miejscu wszech czasów pod względem łącznej liczby zdobytych goli (284 trafień). Z pewnością jest to jego najlepszy sezon od dłuższego czasu. Wpływ na to miała dyscyplina żywieniowa (zrzucił zbędną tkankę tłuszczową) i znakomita atmosfera w zespole. Nie da się ukryć, że w tym aspekcie Katalończycy górują nad kastylijską drużyną. Filozofią "Barçy" zawsze była gra drużynowa i ambicje piłkarzy miały się temu podporządkować (idea, aby w 2009 roku Zlatan Ibrahimović przyszedł do zespołu była idiotyczna). Były obawy jak będzie wyglądać relacja Messiego z Neymarem, a później z Luisem Suárezem. Te rozterki okazały się jednak "małą histerią", bo wspomniani piłkarze znakomicie się zrozumieli i potrafią uzupełniać się na boisku. Ta fantastyczna południowoamerykańska trójka w samych tylko hiszpańskich rozgrywkach ustrzeliła 81 bramek (na 110 bramek FC Barcelony). Także pod względem liczby asyst prezentowała się imponująco. Gracze ci stanowili czołówkę najlepiej podających w zespole i uczynili to 39-krotnie (ok. 50% całej drużyny). Widać, że każdy zna swoje miejsce w ekipie i widać tu mądrość samych zawodników. Neymar i Suárez jak wchodzili do zespołu to posłusznie podporządkowali się klubowym liderom i strzelanie goli nie było ich priorytetem. Obecnie wszystkich trzej łączy stosunki przyjacielskie, grają zespołowo a po meczach robią sobie wspólne "fotki". To czyni zespół silnym.
W "Lidze Mistrzów" obaj zawodnicy tworzą historię. Mają po 77 trafień i ex aequo prowadzą w klasyfikacji wszech czasów. W tegorocznej edycji obaj zgromadzili po 10 goli i okupują pierwsze miejsce, aczkolwiek przed Messim jeszcze wielki finał i może poprawić swoje indywidualne strzeleckie osiągnięcia. Ronaldo ma już 30 "wiosen na karku" i powoli jego forma będzie spadać. Swoich piłkarskich wyczynów na iberyjskiej ziemi może nawet nie powiększyć - pojawiły się bowiem informacje, że może opuścić klub z "Santiago Bernabéu". Najprawdopodobniej jednak przez najbliższe sezony będzie przywdziewał biały trykot Realu. Przed Messim natomiast jeszcze kilka lat gry na wysokim poziomie. Jeśli będzie się "dobrze prowadził" i omijać go będą kontuzję to może jeszcze pobić wiele piłkarskich rekordów (czy poprawiać rekordy należące do siebie). Starczy na dzisiaj. Najbliższe tygodnie to "spijanie samej piłkarskiej śmietanki", tak więc na brak emocji żaden fan piłki narzekał z pewnością nie będzie. Nie ma co dłużej się nad tym rozwodzić, bo może to posłużyć za treść następnych postów (artykułów). Nie przedłużając - dzięki za wytrwałość, bezczelnie proszę o więcej i miłego dnia/wieczoru. Czołem! :-)