Translate

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

(zapis 43) Radość vs Pokora


Lepiej być chyba nie mogło. W niedawny piątek (5 sierpnia) w szwajcarskiej miejscowości Nyon odbyło się losowanie decydujących rund w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy. Polskich kibiców interesowało zwłaszcza pierwsze z nich. Wszystko za sprawą Legii Warszawa, która jako ostatnia z naszych klubów ostała się na "placu boju". Jak napisałem na samym początku, dobierane kulki były dla nas nadzwyczaj szczęśliwe. Drużyna Dundalk FC brzmi jak prezent podany na złotej tacy w anturażu wszechobecnych fanfar.
Staram się jednak mocno stąpać po ziemi. Sport uczy pokory, zwłaszcza nasi piłkarze, którzy w ostatnich latach nie rozpieszczali nas specjalnie. Rodzime drużyny przez ostatnie 19 edycji bezskutecznie próbowały wedrzeć się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W tym czasie swoich przedstawicieli na tym etapie posiadały takie futbolowe "potęgi" jak Białoruś, Słowenia, Finlandia, Słowenia, Bułgaria, Węgry czy Kazachstan. Niemal dwadzieścia lat hańby. Słowa te nie są przesadzone, bo dostawały się kluby których budżet jest mniejszy od Legii czy Lecha bądź porównywalny. Jak widać pieniądze nie grają - nieco ironizuję. Czego więc zabrakło? W mojej opinii dwóch rzeczy: szczęścia i charakteru. Trzeba uczciwie przyznać, że nasze kluby trafiały na wielkie tuzy piłkarskiego świata. Aż trzykrotnie na naszej przeszkodzie stanęła FC Barcelona, a raz Real Madryt. To był wyrok. Bywało też łatwiej, ale faworytami w starciu z Panathinaikosem (dwa razy), Szachtarem Donieck, Anderlechtem czy Fiorentiną (lata 90-te to apogeum ligi włoskiej) raczej nie byliśmy. Niemniej dzięki tzw. "Reformie Platiniego" obowiązującej od sezonu 2009/10 o awans było prościej. Do słynnego Francuza można mieć wiele zastrzeżeń (buta, korupcja), ale za to rozwiązanie systemowe winniśmy go "całować po rękach". Aczkolwiek i tego nie wykorzystaliśmy, przynajmniej do tej pory... I tak płynnie przechodzę do drugiego aspektu niemocy, czyli braku charakteru. Ciężko inaczej wytłumaczyć klęski Wisły Kraków z Panathinaikosem i APOELEM. Gdy rozbiliśmy (3:1) u siebie Greków, wydawało się że rewanż będzie tylko formalnością. Do połowy był bezbramkowy remis z mądrą grą klubu z dawnej stolicy Polski. Jednak Olisadebe dał nadzieje gospodarzom i szybko zrobiło się 0:2. Piękna bramka Radka Sobolewskiego w ostatnim kwadransie wydawała się "podcinać skrzydła" naszym rywalom. Błąd! Pokazali "ikrę", której nam zabrakło. W ostatnich minutach trafili trzecią bramkę, a w dogrywce zdobyli jeszcze jedną. No i Cypryjczycy, z którymi wygraliśmy pierwszy mecz 1:0, acz gra była nazbyt przeciętna. Rewanż był wielkim zawodem i znów zabrakło kilku minut, choć mentalnie byliśmy znacznie słabsi od swych przeciwników. Wreszcie Legia i ich dwumecz z rumuńską Steauą Bukareszt. Co ze świetnego remisu na wyjeździe (1:1), skoro pogrzebaliśmy swoje szanse w pierwszych minutach drugiego spotkania, w którym przegrywaliśmy już 0:2. Pora z tym skończyć!
Do Dundalk należy podejść z szacunkiem, ale bez bojaźni. Powiedzieć, że są oni w naszym zasięgu, to nie powiedzieć nic. Za Legią przemawia chyba wszystko: piłkarska jakość, wartość zawodników, wielkość budżetu, pucharowe doświadczenie oraz siła ligi. Zacisnąć zęby i zap... po murawie i powinno być dobrze. Nie robić wielkich błędów taktycznych i omijać takich sytuacji jak czerwone kartki, rzuty karne i kontuzje. Mam nadzieję, że w stołecznym zespole skończyła się "amatorka" i nie będziemy mieć do czynienia z "Aferą Bereś 2". Mam duże zastrzeżenia do Legii, bo jej forma daleko odbiega od ideału. Gdyby nie skuteczność Nikolicia i bramkarski kunszt Malarza byłoby niewesoło. Ani z Mistrzem Bośnii i Hercegowiny, ani Mistrzem Słowacji szło "Wojskowym" ciężko. Forma zespołu nie była najwyższa. Grali nudną piłkę i z trudem zdobywali bramki. Kucharczyk czasem denerwował swoimi boiskowymi decyzjami, a stoperzy nie stanowili "muru" (Pazdana tłumaczy trud EURO 2016). Pewnie nie pomogło zamieszanie z posadą trenera (Czerczesow) i ubytki kadrowe (Duda, Jędrzejczyk). Co gorsza, w lidze w lidze ich postawa wygląda blado: 5 kolejek i tylko jedno zwycięstwo oraz cztery strzelone gole. Na szczęście nawet to może wystarczyć na Irlandczyków, aczkolwiek dwumecz nie wygra się sam. Decydujący może się okazać pierwszy mecz. Jeśli uzyskamy tam przynajmniej remis, najlepiej bramkowy, to faza grupowa Ligi Mistrzów będzie tuż-tuż. Teoretyzując, gdybyśmy w tym spotkaniu polegli i nie strzelili nawet jednej bramki, sytuacja byłaby dramatyczna. Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na bramkostrzelnego napastnika - Davida McMillan, oraz kapitana zespołu - Stephena O'Donnell. Rywale chyba lepiej czują się w ataku, gdyż w ostatnich sezonach ligowych mieli średnią wyraźnie ponad 2,0 (potrafili też wygrać 3:0 z białoruskim BATE Borysów). Przede wszystkim odpowiednia motywacja, spokój i koncentracja na boisku, 100 % swoich umiejętności i walka. Przekonamy się jak będzie już niebawem.
Nie będę udawał - nie jest przesadnym fanem "Legionistów". W mojej osobistej hierarchi nie są na żadnym z czołowych lokat, jednak będę im gorąco kibicował. Tak zresztą czynię podczas rywalizacji polskich klubów na arenie międzynarodowej. Wtedy nie liczą się dla mnie barwy klubowe, a tylko biało-czerwone. Koniunkturalizm? Nie mnie to oceniać i z grubsza mnie to nie obchodzi. Oj będą emocje! Ostatnio nasi futboliści mają "hossę" i to dobry prognostyk. Ponadto Irlandczycy dobrze się nam kojarzą - tak w relacjach międzyludzkich, jak i czysto piłkarskim (pamiętne zwycięstwo 2:1 Reprezentacji Polski w kwalifikacjach Mistrzostw Europy 2016). I jeszcze dające do myślenia daty. Ostatni mecz polskiego klubu w fazie zasadniczej Ligi Mistrzów odbył się 4 grudnia 1996 roku (Atlético Madryt - Widzew Łódź, 1:0). Zaś 23 sierpnia 1995 roku Legia Warszawa zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów jako pierwszy polski zespół. Dokładnie 21 lat później zagra na własnym obiekcie rewanż z Dundalk, w roku stulecia istnienia klubu... Historia często się powtarza. Powiem wprost - jeżeli ponownie nie zakwalifikujemy się to będzie to wielka porażka i ogromne rozczarowanie. Tyle na dzisiaj. Dziękuję i obyśmy świętowali za osiem dni byli w wyśmietych nastrojach. Czołem! :-D

czwartek, 28 lipca 2016

(zapis 42) Ksywki znad murawy


Pomysł zajęcia się przydomkami świata futbolu tlił się u mnie od dawna. Pierwotnie chciałem się ograniczyć tylko do ptasich nazw. Dojrzałem jednak do szerszego przedstawienia tego zagadnienia. Jak się okazało przy wertowaniu danych - piłkarskie ksywki to niezwykle bogaty i wdzięczny temat. Czasem aż dziw bierze jak można nazywać piłkarską drużynę. Na brak inwencji w tej materii nie powinno się narzekać. Postanowiłem sporządzić zestawienie tych najoryginalniejszych. Posiadanie "genu sportowej rywalizacji" doprowadziło do przydzielenia im miejsc. Tradycyjnie zapraszam już do miłej lektury i owocnej zabawy!
Kilka moich przemyśleń zanim przejdę do clou. Osób przystępujących do pisania prac dyplomowych zachęcam skierować wzrok ku boiskowym pseudonimom. Pole do popisu jest tu ogromne. Dobrze byłoby kompleksowo zająć się ich etymologią (pochodzeniem nazwy), zakresem przedmiotowym (czyt. tego czego przydomki dotyczą) i samymi twórcami. Jako, że naukowcem nazwać się nie mogę, to i podszedłem do zadania powierzchownie. Może jestem trochę leniwy :) Bardzo popularne jest nadawania zwierzęcych przezwisk. Nic tak nie podnosi morale jak nawiązywanie do drapieżników. Nie zaskakuje więc wysyp "Lwów", "Tygrysów", "Rekinów", "Lisów", "Orłów" itd. Niezwykle cenione jest ptactwo. W Europie (najbardziej środkowo-wschodnia) orle ksywki są powszechne. W sumie to nie dziwi, gdy uzmysłowi się jak wielką estymą ten majestatyczny ptak jest darzony (często umieszcza się go na godłach państwowych). Specyfika miejsca zamieszkania też ma swoje znaczenie. Jeśli dany klub znajduje się nad morzem, w mieście portowym to z łatwością powstają "Mewy" i "Delfiny". Zauważalną praktyką reprezentacji małych krajów wyspiarskich jest posiłkowanie się nazwami ryb. Poza fauną jest jeszcze flora. Roślinne imiona nie należą do rzadkich. Przodują chyba kwiaty, lecz napotkać można również na drzewa, owoce tudzież warzywa. Popularne są także kolory. Mianowanie poszczególnych ekip wynika wprost z barw ich strojów czy herbów. Do tego dochodzi ich zależność z terminologią zwierzęcą czy roślinną. Dla przykładu: zespół grający w żółtych koszulkach staje się "Kanarkami". Kolejnym widocznym motywem jest sfera mitów i bytów abstrakcyjnych. W tym zakresie pojawiają się stworzenia wynikająca z legend (smoki, latające konie) czy produktów kultury masowej (smerfy). Nie przedłużając, tylko wymienię inne obszary "żerowania". Są nimi: zawody i klasy społeczne, przedmioty, zjawiska atmosferyczne, emocje, osoba sponsora oraz inne. Osobliwym przypadkiem na jaki trafiłem jest...wypowiedź trenera sprzed wieku czy pseudonim wynikający z roślinności jaka rosła na polu, zanim zamieniono je na boisko piłkarskie. I nieco o źródłach powstawania. Są nimi kibice danego zespołu bądź fani rywali (przynajmniej w ujęciu wtórnym). Żadna ksywka nie utrzyma się w obiegu, jeżeli nie zostanie przyswojona przez szerokie masy. Zakończę na takiej oto oczywistości.

Lokata nr 50    Bobry
FC Paços de Ferreira ..... klub z Portugalii
Są to fajne gryzonie: robią tamy i tną zębami drzewa niczym piła. Niemniej z piłką nożną nic nie mają wspólnego. Wpada w ucho

Lokata nr 49    Dęby
Real Oviedo ..... klub z Hiszpanii
Niby dęby kojarzą się dobrze (siła, wielkość), jednak z drzewami jest pewien kłopot. Zawsze można zażartować, iż piłkarze grają jakby mieli drewniane nogi

Lokata nr 48    Bandyci
NK Domžale ..... klub z Słowenii
Bez komentarza :)

Lokata nr 47    Pekin
IFK Norrköping ..... klub z Szwecji
To fajna historia. Wiele już lat temu pewien uznany szwedzki podróżnik miał w szkole w Norrköping wykład ze swojej wyprawy po Chinach. Mówił wówczas o dwóch chińskich stolicach - Pekinie (na północy) i Nankinie (na południu). Miejscowi przełożyli to własną sytuację. Otóż, Norrköping ("Północne Miasteczko") leży kilka kilometrów od Söderköping ("Południowe Miasteczko")

Lokata nr 46    Kardynałowie
Independiente Santa Fe ..... klub z Kolumbii
Osobliwy pseudonim, acz logiczny jeżeli pozna się kilka informacji. Klub od swego zarania bardzo utożsamiał się z religią katolicką. Nazwa "Santa Fe" z języka hiszpańskiego oznacza dosłownie "Świętą Wiarę", a dawny herb klubu posiadał krzyż

Lokata nr 45    Chłopcy Chłopcy
RPA ..... reprezentacja kraju
Jeden z bardziej znanych przydomków futbolowego środowiska, którego rozpoznawalność jeszcze bardziej wzrosła dzięki organizacji Mistrzostw Świata 2010

Lokata nr 44    Nuklearni
NK Krško ..... klub z Słowenii
W mieście ulokowana jest elektrownia atomowa

Lokata nr 43    Wulkaniczna Drużyna
Deportivo Pasto ..... klub z Kolumbii
Miasto Pasto leży u podnóża najbardziej aktywnego w Kolumbii wulkanu

Lokata nr 42    Wzór do Naśladowania
Al-Fateh SC ..... klub z Arabii Saudyjskiej
Nie mogłem powinąć tej ksywki w dzisiejszym rankingu. Wręcz uszy bolą od drętwości oraz pompatyczności tej nazwy (być może to wina tłumaczenia)

Lokata nr 41    Miedziowe Kule
Zambia ..... reprezentacja kraju
Zambia jest jednym z ważniejszych eksportów miedzi na świecie. Drugi komplet strojów mają właśnie w kolorze tego cennego metalu

Lokata nr 40    Zielone Brzuszki
León ..... klub z Meksyku
Wywołuje on u mnie serdeczny uśmiech. Przydomek pochodzi od koloru koszulek

Lokata nr 39    Smogowcy
Middlesbrough FC ..... klub z Anglii
Termin wymyślony przez sympatyków Sunderland AFC i nawiązuje do zanieczyszczonego środowiska (smog). Początkowy negatywny wydźwięk z czasem zaś ewoluował i obecnie w Middlesbrough traktuje się to słowo jak najbardziej melioratywnie

Lokata nr 38    Dinozaur
Hamburg SV ..... klub z Niemiec
A może lepiej Gad? :D

Lokata nr 37    Tęcze
Tarxien Rainbows FC ..... klub z Malty
Tęcze są piękne, ale jako ksywka brzmią śmiesznie

Lokata nr 36    Koryfeny
Dorados de Sinaloa ..... klub z Meksyku
Mam słabość do tego przypadku. Za symbol klubu obrano koryfeny - gatunek drapieżnych ryb. Zwane Złotymi Makrelami charakteryzują się dużymi gabarytami i pionowym czołem. A ponadto ich przysmakiem są...latające ryby!

Lokata nr 35    Wielki Dziadek
Ceará SC ..... klub z Brazylii
Latynosi mają poczucie humoru

Lokata nr 34    Toffi
Everton FC ..... klub z Anglii
Słodko. Ksywa wzięła się od ulokowanego w pobliżu stadionu sklepu ze smakołykami

Lokata nr 33    Koniki Morskie
AC Cesena ..... klub z Włoch
Stworzenia sympatyczne, ale zbyt anemiczne jak na warunki sportowe. Ponadto samce rodzą młode... Ceseńczyków usprawiedliwia tylko blisko położony Adriatyk

Lokata nr 32    Włóczędzy
Zenit Petersburg ..... klub z Rosji
Rosjanie mają dość specyficzny gust (potwierdzą to czołowe lokaty niniejszej klasyfikacji). Wymyślili go kibice rywali i dotyczy zdobycia przez klub krajowego mistrzostwa w 1984 roku. Włodarze postawili na nietuzinkową formę promocji sukcesu, a chodzi o...torby (tak też są określani) z napisem "Zenit - Mistrz". Były poręczne, zrobione z tworzywa PCV i jak na tamte czasy nowoczesne. Wyprodukowano ich z jakiś milion i mieszkańcy miasta nosili je ochoczo. Torby miały być idealne dla lokalnych bezdomnych, w których mogli trzymać swój dobytek. W innej wersji miano to nadali im Moskwiczanie, którzy to rozpoznawali przybyszy po skromniejszym odzieniu i upojeniu alkoholowym. Pojawia się jeszcze motyw podróżowania owych kibiców na wyjazdowe mecze pociągiem

Lokata nr 31    Wiertło
Atlético Banfield ..... klub z Argentyny
Bojowo brzmi. Pomysłodawcą był jeden z dziennikarzy gazety "El Pampero", zachwycony nadspodziewanie dobrą grą zespołu. Atlético doczekało się zdolnej generacji piłkarzy w latach 40-stych ubiegłego wieku. W 1944 roku spadli z ligi, lecz zdołali powrócić do niej już dwa lata późnej. "Przewiercali" boiskowych przeciwników (przede wszystkim na własnym obiekcie, odnosząc zwycięstwa we wszystkich dwudziestu spotkaniach)

Lokata nr 30    Drużyna z Krainy Ognia
Azerbejdżan ..... reprezentacja kraju
To kaukaskie państwo jest nazywane "Krainą Ognia". Chociażby z jednego powodu zwrot wydający się pasować jak ulał. Na jego terenie występują ogromne ilości ropy naftowej, jaka potrafiła nawet bez ludzkiej ingerencji wydobywać się na zewnątrz skorupy ziemskiej. "Czarne złoto" ulega samozapłonowi i stąd wielce oryginalny krajobraz

Lokata nr 29    Tarcza Jego Wysokości
Suazi ..... reprezentacja kraju
Barwny przydomek. Suazi to bardzo mały afrykański kraj, na czele którego stoi król. Także w dewizie państwowej czuć respekt dla idei obronności („Jesteśmy twierdzą”)

Lokata nr 28    Grabarze
Chacarita Juniors ..... klub z Argentyny
Wieje chłodem. Przezwisko ma dość prozaiczne podłoże - stadion leży nieopodal cmentarza (zresztą największego w kraju)

Lokata nr 27    Osiołki
SSC Napoli ..... klub z Włoch
Owa nazwa przylgnęła do drużyny z Neapolu po ligowych "wyczynach" piłkarzy z sezonu 1926/27. Statystyki są porażające. Z 18 meczów uciułali tylko punkcik, stracili aż 61 goli i tylko z przyczyn pozasportowych uniknęli degradacji z rozgrywek. Pogardliwe miano w następnych latach przypadło do gustu sympatykom zespołu. Osioł urósł do rangi symbolu, wypierając konia

Lokata nr 26    Smerfy
Łokomotiw Płowdiw ..... klub z Bułgarii
Przypomina się okres dzieciństwa. W tym przypadku trudno coś rzetelnego powiedzieć. Ani barwy, ani godło klubowe nawet nie posiadają niebieskiego motywu. Nic mi nie wiadomo o związkach ze służbami policyjnymi ;)

Lokata nr 25    Rękawicznicy
Yeovil Town FC ..... klub z Anglii
Miasto słynęło z produkcji rękawic. W zasadzie miejsce to można traktować za zbiorowe, ponieważ przydomków opierających się na zawodzie (stanowisku pracy) jest "zatrzęsienie". Jako wizytówkę wybrałem właśnie to, uznając za atrakcyjne i dla piłki abstrakcyjne

Lokata nr 24    Balon
Atlético Huracán ..... klub z Argentyny
Nietypowe miano, co? Jeszcze bardziej nietypowa jest geneza jego powstania. Klub jest jednym wielkim hołdem dla legendarnej postaci Jorge Newbery, jednego z prekursorów latynoamerykańskiej aeronautyki (lotnictwa). Nazwa drużyny wzięła się od balonu (na rozgrzane powietrze, taki z koszem) o imieniu "Huracán", na którym pobito kontynentalny rekord długości i odległości lotu tym środkiem transportu

Lokata nr 23    Żółwie
Terengganu FA ..... klub z Malezji
Nie powiem, bo stworzenia te mają "pozytywną markę". Niemniej z uwagi na nader niską ruchliwość jest słabym symbolem dla piłkarzy. Istnieje jednak skrajniejszy przypadek...

Lokata nr 22    Czerwone Robaki
Argentinos Juniors ..... klub z Argentyny
Termin powstał ponad 50 lat temu, kiedy klub awansował do najwyższej ligi. Będąc takim "średniakiem", grał na tyle ambitnie przed własną publicznością, aż stanowił poważne wyzwanie nawet dla najsilniejszych zespołów w kraju. Koszulki w jakich grają zawodnicy są wiadomego koloru

Lokata nr 21    Żółta Gorączka
Chorrillo FC ..... klub z Panamy
W medycynie mówi się na nią także żółta febra, występuje w strefie okołorównikowej i rozprzestrzeniana jest przez komary. Tyle informacji technicznych. Panama udowadnia, że nawet stan chorobowy nadaje się do tytułowania drużyny piłkarskiej. Pomysł ten mógł nasuwać się intuicyjnie - pierwszy komplet klubowych strojów jest całkowicie żółty

Lokata nr 20    Krewetki
Morecambe FC ..... klub z Anglii
"Wpada mi w ucho" ta nazwa. Krewetki są cenione przez miłośników kuchni i tyle mam o nich do powiedzenia. Rejon Morecambe jest miejscem połowu tych stworzeń oraz słynie z dania na ich podstawie - krewetki doniczkowe. W klubowym herbie ulokowano zaś jeden egzemplarz omawianego przedstawiciela owoców morza

Lokata nr 19    Świnia
SE Palmeiras ..... klub z Brazylii
Ten obraźliwy termin był kierowany po Drugiej Wojnie Światowej wobec Włochów (i ich potomków) zamieszkałych w São Paulo. Do Palmeiras przylgnęło po wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat. Dwóch graczy Corinthians uległo śmiertelnemu wypadkowi i klub chciał zatrudnić dodatkowych piłkarzy. Wymagana była jednak jednogłośna zgoda pozostałych uczestników ligi. Jedynie włodarze Palmeiras zaprotestowali. Gdy obie ekipy grały ze sobą mecz, kibice rywali wypuścili na murawę właśnie świnię

Lokata nr 18    Stonki
Alemannia Aachen ..... klub z Niemiec
Niemcy są znani z pedantyzmu do ziemniaków oraz ich odmian. Przede wszystkim jednak kolorystyka koszulek (żółto-czarne), która upodabnia piłkarzy do tych owadów

Lokata nr 17    Owcze Głowy
FC Dordrecht ..... klub z Holandii
Tak też nazywani są mieszkańcy miasta. Przydomek oparty jest na ludowej gawędzie. Kilka wieków temu opodatkowano zakup mięsa i bydła. Dwóch łebskich mężczyzn, pragnących uniknąć płacenia opłat, miało wpaść na niecodzienny pomysł. Plan był taki, ażeby kupić owcę poza miastem i w drodze powrotnej przebrać ją za człowieka. Wszystko szło świetnie do czasu znalezienia się w bramie miasta, kiedy zwierzę zaczęło beczeć. Historię upamiętnia pomnik oraz wypiekane ciasteczka

Lokata nr 16    Koń Tysiąca Mil
Korea Północna ..... reprezentacja kraju
Wynika z popularnej w tamtym rejonie świata legendzie skrzydlatego konia

Lokata nr 15    Wielka Ropucha
Mogi Mirim ..... klub z Brazylii
Blady strach padł na wszystkie...muchy w okolicy :D Wybaczcie mój "rechot", ale trudno o inną reakcję

Lokata nr 14    Zielone Pastwisko
Boliwia ..... reprezentacja kraju
Kręcę głową z niedowierzaniem. Potrzeba tu jednak weryfikacji, gdyż wystarczających informacji czy to ich rzeczywisty przydomek nieco brak. Boliwijczyków przede wszystkim określa się mianem "Zielonych", lecz spotkać się można także z wyróżnioną wersją

Lokata nr 13    Ślimaki
Deportivo Maipú ..... klub z Argentyny
No i żółwie zostały "przegonione" :D

Lokata nr 12    Trąd
Newell's Old Boys ..... klub z Argentyny
Na początku dwudziestego wieku pojawiła się idea zorganizowania meczu charytatywnego na rzecz osób chorych na trąd, przebywających w szpitalu w Rosario. W tej inicjatywie mieli wziąć udział dwie lokalne drużyny: Newell's Old Boys oraz Central. Na zaproszenie od razu pozytywnie odpowiedziała pierwsza z nich i stąd niecodzienny pseudonim. Ich starzy konkurenci nie byli jednak aż tak radzi z tego pomysłu, co zaowocowało niepochlebnym mianem "Łajdaka"

Lokata nr 11    Krowy
Vissel Kobe ..... klub z Japonii
Brzmi śmiesznie. Biało-czarne pasy zawarte w klubowym herbie mają coś z krasul, wolno przeżuwających trawę na polskich łąkach

Lokata nr 10    Twój Tata
Junior ..... klub z Kolumbii
Fajna zbitka słowna. Twórcą terminu jest Edgar Perea - słynny w Kolumbii komentator sportowy (odpowiednik naszego Jana Ciszewskiego). Zmarły w kwietniu tego roku, mając niespełna 82 lata, prywatnie był gorącym fanem klubu

Lokata nr 9    Pióra
Krylja Sowietow Samara ..... klub z Rosji
W tytule klubu znajduje się wyraz "skrzydła" i...jest krótkie wytłumaczenie. Założony w czasie Drugiej Wojny Światowej z inicjatywy państwowego przemysłu lotniczego

Lokata nr 8    Mięso
Spartak Moskwa ..... klub z Rosji
I Rosja raz jeszcze. Ten śmiały pseudonim narodził się wtedy, gdy klub był silnie związany ze środowiskiem rzeźniczym, przyjmując nawet nazwę jednego z zakładów mięsnych (w sezonie 1925/26). Kibice rywali nie mają litości i stąd określenia pokroju "Świnia" oraz "Chlew". Pomijając ewentualne uwarunkowania kulturowe i tradycję piłkarską - istotna wydaje się być całkiem niezależna postawa Spartaka względem władz państwowych. Klub wychodził od społeczeństwa i cieszył się ogromną popularnością (chyba wiele nie zmieniło się w tym aspekcie). Rządowi nie podobało się to, dla którego stał się jakimś zagrożeniem. Inne stołeczne drużyny sponsorowane były przez państwowe agendy (CSKA przez armię, natomiast Dynamo -> policję) i niechęć z tamtej strony nie powinna dziwić

Lokata nr 7    Kapryśna Diva
Eintracht Frankfurt ..... klub z Niemiec
Trochę słodki, trochę gorzki. Początek lat 90-tych ubiegłego stulecia charakteryzował się bardzo rozchwianą postawą zespołu. Byli zdolni poradzić sobie z krajowymi potentatami, aby następnie przegrać z drużynami potencjalnie słabszymi od siebie. Ponadto przydomek ma odnosić się do słabego zarządzania klubem przez dawne władze (m.in. zamieszanie z utalentowanym Lajosem Détári)

Lokata nr 6    Bezpańskie Psy
Filipiny ..... reprezentacja kraju
Mocny przykład. Gwoli bycia precyzyjnym, należy mówić o "Ulicznych Psach", lecz sens jest wielce podobny. Dlaczego tak nazwano drużynę? Nie mam pomysłu. Z perspektywy Europejczyka brzmi to niezbyt przekonująco

Lokata nr 5    Zabójcy Szczurów
Estudiantes La Plata ..... klub z Argentyny
Bardzo dawno temu pewien gorący zwolennik klubu (niejaki Felipe Montedónica) parał się "likwidowaniem" gryzoni, wszechobecnych wtedy na miejskim rynku. W efekcie otrzymał efektywną ksywkę, która z czasem przeszła na drużynę. Druga wersja mówi natomiast o osobach studiujących medycynę, których część związała się z zespołem piłkarskim. Prosta sprawa: nierzadko pracowali na szczurach w laboratorium

Lokata nr 4    Niebieskie Palce
PEC Zwolle ..... klub z Holandii
Dlaczego tak? Efekt skrupulatnego liczenia gotówki! W 1682 zawaliła się kościelna wieża i postanowiono sprzedać dzwony sąsiadom z Kampen. Holenderskie skąpstwo jak widać to nie tylko stereotyp. W Zwolle martwili się, ażeby nowi właściciele zbytnio się nie obłowili, więc bardzo wygórowali swoje żądania cenowe. Druga strona przyjęła te warunki. Po odebrania dzwonów okazało się, że są one bardzo zniszczone (nie nadawały się do użytku). Kampen wymyśliło cwaną nauczkę. Należną kwotę wypłacono bowiem w monetach o "skromnym" nominale - duitach. Wątpiąc w uczciwość swoich partnerów handlowych, reprezentanci Zwolle gruntownie przeliczyli wielką ilość pieniędzy. Miedź, z której duity wyprodukowano, pozostawiła na ich dłoniach specyficzny ślad

Lokata nr 3    Słodkie Ziemniaki
Puebla FC ..... klub z Meksyku
:D Nie ma rady i musi być podium :D

Lokata nr 2    Latające Osły
Chievo Werona ..... klub z Włoch
Hmm...brzmi to abstrakcyjnie. Pseudonim zawdzięczają kibicom "rywala zza miedzy" i powstał jakieś 20 lat wstecz. Gdy obie drużyny rywalizowały ze sobą na zapleczu ligi, to z trybun dochodziły głośne drwiny: „Osły zaczną latać, jak zagramy derby w Serie A!”. No cóż, historia lubi zaskakiwać - doszło do nich już w sezonie 2001/02. Brak pokory zaś nie popłaca, bo obecnie Chievo gra wśród najlepszych ekip w kraju, a ich wielki przeciwnik doznał spadku

Lokata nr 1    Wieszacze Małp
Hartlepool United FC ..... klub z Anglii
Oto lider. Nazwa odnosi się głównie do samych mieszkańców i rzekomo dotyczy wydarzeń sprzed około 200 lat. W wojennej zawierusze u wybrzeży Hartlepool rozbił się francuski okręt. Jedynym ocalałym miała być małpa odziana we francuski mundur. Przesłuchano zwierzę, które nie było "zbytnio rozmowne". Uznano je ostatecznie za...wrogiego szpiega! Nie było innego wyjścia i małpę uśmiercono na plaży

Dla spragnionych większej dawki sporządziłem listę 250 pseudonimów, obejmującą co do zasady państwa ze wszystkich stron ziemskiego globu. Nie znajdziecie jednak żadnego przykładu z Ameryki Północnej. Powód jest prosty -> miałkość dostępnego materiału. Kibice w USA nie popisali się zbytnio i nadawali swoim pupilom bardzo nudne nazwy. Zawód ogromny, bo gama przydomków w innych sportowych konkurencjach (m.in. koszykówka, futbol amerykański) jest bardzo szeroka i atrakcyjna. Widocznie wszystko co najlepsze poszło tam i tu brakło. Niemniej, dopisała Ameryka Łacińska i Azja. Przed pożegnaniem malutka dygresja z mojej strony. Jak na razie zawieszam okresowe artykuły o wybitnych bramkach. Wszakże mam w planie inne, w mojej opinii bardzo fajne tematy do napisania. Jak będzie pokaże przyszłość. Miło było. Czołem! :-)

sobota, 12 marca 2016

(zapis 41) Mała monografia o pewnym dobrym Niemcu


"Śliska" tematyka. Obym tylko się nie wywrócił na niej i pobrudził. Zdaję sobie sprawę z ciężaru zajmowania się zagadnieniem dotykającym sfery moralnej. O dokonywanych przez poszczególne jednostki czynów oraz ich skutków. Dramatyczne wybory, presja zewnętrzna i wewnętrzna, strach, ryzyko, gdzie stawką bywa nawet ludzkie życie. Samoistnie ciśnie się na usta - trochę górnolotnie - termin "człowieczeństwo". Może dzisiejszy post wielu odstraszy, gdyż cofam się w nim do okresu sprzed, w trakcie i po Drugiej Wojnie Światowej. Dzisiaj wszyscy pędza do przodu nie oglądając się za siebie. Zajmujemy się codziennymi ("realnymi") sprawami i nie rozmyślamy o tym, co działo się jakieś 70 lat wstecz. Mój pogląd na to wszystko jest zgoła odmienny - to jest ważne, a nawet potrzebne. Polacy, którzy w sposób szczególny mają przykre doświadczenia z ostatniego wielkiego konfliktu zbrojnego, powinni otwarcie rozmawiać o swojej przeszłości. Ta przykra dziejowa zawierucha dotknęła ludzi ze wszystkich grup społecznych, nie omijając piłkarzy. Dochodziło do paradoksalnych sytuacji, że koledzy z jednego boiska stawali po dwóch stronach barykady. Pośród niezliczonych historii i żywotów ludzkich, natrafiłem na interesującą postać. Jest nią Fryderyk Scherfke. Ten nietuzinkowy człowiek wydaje się być w naszym kraju zapomniany (pewnie dla kibiców poznańskiej Warty nie jest totalną niewiadomą), a szkoda. Choć nie znamy wszystkich faktów z jego życia, to najprawdopodobniej jest on wart dużego uznania. Pikanterii całej sprawie daje fakt, że ten nieżyjący już reprezentant Polski był de facto...Niemcem! Wiem, że łatwo można mnie będzie po dzisiejszej lekturze wyzywać od najgorszych. Zarzuty o rzekome uprawianie przeze mnie relatywizmu moralnego i historycznego rewizjonizmu można łatwo wytoczyć. Nic to. Moim celem nie jest usprawiedliwianie (tu "odbrunatnianie") kogokolwiek. Postaram się po prostu przedstawić sylwetkę, według mnie przyzwoitego człowieka, który przy okazji nieźle kopał piłkę. Możliwie bez emocji, przedstawię moje zdanie w materii zawiłości okresu, w jakim przyszło mu żyć oraz podejmować bynajmniej nie błahe decyzje. Palety odcieni szarości nie chcę. Etyka w gruncie rzeczy opiera się na "zerojedynkowej" skali (albo dany uczynek jest właściwy, albo nie jest), acz nie jestem znawcą tej dziedziny i nie uzurpuję sobie takich rzeczy. Wybaczcie mi to stanowczo zbyt obszerne "słowo wstępne", ale czułem potrzebę wyjaśnienia kilku kwestii od razu. Owocnego czytania.
Fryderyk Egon Scherfke przyszedł na świat 7 września 1909 roku w Poznaniu. Współczesna stolica Wielkopolski wtenczas należała do Cesarstwa Niemieckiego. Był dzieckiem Gustawa Fryderyka i Albertyny (nazwisko rodowe Krenz), familii etnicznie całkowicie niemieckiej (pruskiej) wyznania protestanckiego. Jego rodzice zdecydowali się po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej nie opuszczać swego domostwa - Polska odrodziła się z wieloletniej niewoli i ziemie te wróciły do pierwotnej macierzy. W młodości Fryderyk uczęszczał do największej w mieście szkole przeznaczonej dla mniejszości niemieckiej (w tym budynku obecnie mieści się Liceum Ogólnokształcące nr 6). Następnie podjął pracę w rodzinnym biznesie, w ramach którego produkowano maszyny rolniczy oraz prowadzono warsztat samochodowy. Trzeba podkreślić, że w tamtych realiach piłka nożna (sport) miała zupełnie odmienny status od dzisiejszego. Już chyba wspominałem na swoim blogu, że miała ona charakter amatorski, a nie zawodowy. Z samej gry w zasadzie nie dało się materialnie utrzymać i można ją traktować w kategorii pasji. Nasz bohater "połknął futbolowego bakcyla" i w wieku szesnastu lat wstąpił w szeregi klubu Warta Poznań. Szybko wywalczył sobie pewne miejsce w zespole. Popularny "Fryc" podczas meczów występował na pozycji napastnika/pomocnika. Oprócz wrodzonego daru strzeleckiego, charakteryzował się dość wysokim wzrostem (mierzył 182 cm) oraz siłą. Cieszył się uznaniem lokalnej społeczności, co nie powinno dziwić, gdy prześledzi się pokaźne sukcesy "Zielono-Białych" w skali ogólnokrajowej.
Okres do wybuchu Drugiej Wojny Światowej był dla Warty Poznań "czasem żniw". Jako jedna z czołowych polskich ekip, nierzadko lądowała na podium mistrzowskich rozgrywek. Raz nawet udało jej się wygrać całą imprezę (1929 rok). To historyczne wydarzenie było także udziałem Scherfke. Co prawda, jego dorobek bramkowy nie imponuje (tylko jedno trafienie), lecz w częstych występach dla drużyny widać jak ważnym był jej "ogniwem". Trener Béla Fürst darzył go zaufaniem, wystawiając w niemal wszystkich meczach. Na 24 rundy spotkań opuścił ledwo dwie. Trzy lata później kolejny ważny moment w dziejach klubu, kiedy Warta posiada w swym składzie Króla Strzelców całej edycji - nigdy wcześniej ani później, nic podobnego nie wydarzyło się. Radość jest podwójna, ponieważ to miano przypadło jej dwóm graczom: Kajetanowi Kryszkiewiczowi i właśnie Scherfke, którzy uzbierali po 15 bramek. W 1938 roku kolejny wielki wyczyn "Fryca" i jego kolegów. Tytuł wicemistrzowski i "utarcie nosa" ówczesnemu hegemonowi, Ruchowi Chorzów (Ruch Hajduki Wielkie). Na własnym stadionie zwyciężyli aż 6:0, a dla śląskich graczy była to najwyższa porażka i jedyny mecz bez strzelonego gola w całym sezonie. Do Ruchu to mieli zresztą szczęście. 20 sierpnia 1939 roku ponownie pokonali ich, tym razem 5:2. Jednak nie tyle zwycięstwo jest tu istotne, co czas toczenia się spotkania. Tak się złożyło, że był to ostatni ich ligowy bój, zanim germańskie wojska przekroczyły granice Rzeczypospolitej... Łącznie w barwach poznańskiej ekipy zagrał w 235 meczach I ligi, strzelając aż 134 bramki. Daje mu to świetną dziesiątą lokatę w tzw. "Klubie 100", a więc zestawieniu piłkarzy z przynajmniej stoma zdobytymi golami. Jedynie Teodor Peterek jest pod tymże względem skuteczniejszy od niego (piąta lokata/156 bramek). Nazwisko Fryderyka Scherfke w klubowych annałach zajmuje wiekopomne miejsce - również ze statystycznego punktu widzenia. Jest legendą Warty Poznań.
Postawa Scherfke na "ekstraklasowych" boiskach nie mogła ujść uwadze sztabu trenerskiego Reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 2 października 1932 roku w meczu towarzyskim z Łotwą. W Warszawie nasi wygrali 2:1. Historia zatoczyła koło 25 września 1938 roku, kiedy również w spotkaniu z Łotwą Scherfke zagrał w narodowym trykocie po raz ostatni. Był to wyjątkowy dzień dla niego, gdyż dostąpił zaszczytu noszenia kapitańskiej opaski. Niestety tym razem to nasi rywale czuli słodki smak zwycięstwa (1:2). Spośród swych dwunastu występów, dwukrotnie stanął naprzeciw drużynie swych przodków - Niemców. Jednak nie te potyczki są clou jego kariery. Sporym sukcesem Polski było zakwalifikowanie się do Mistrzostw Świata 1938. Jej pierwszą przeszkodą była, już wówczas doceniana, Brazylia. Czerwcowe starcie w Strasburgu uważane jest za jedno z najbardziej niezwykłych w historii tej imprezy. Szalone widowisko, okraszone mnóstwem bramek ("Orły" nieznacznie poległy po dogrywce 5:6). U Latynosów legendarny Leonidas - u nas młody i ogromnie utalentowany Wilimowski. Nieco w cieniu tej rywalizacji przemyka się również "Fryc". Jego wkład nie ograniczał się jedynie do samego przebywania na murawie. Wykazał się on bowiem spokojem podczas wykonywania rzutu karnego (na 1:1, po faulu na Wilimowskim) i dzięki temu stał się autorem pierwszego gola dla "Biało-Czerwonych" na wielkim turnieju mistrzowskim! Historia jak wiadomo bywa przewrotna. Niewielu zapewne wie, że analogiczną rolę pełni u Niemców niejaki Stanislaus Kobierski. Tak się składa, iż ten urodzony w 1910 roku w Düsseldorfie futbolista ma polskie pochodzenie. Jego rodzice pochodzą z Wielkopolski, a dokładniej ze wsi Leonów. Powodem ich emigracji na zachód były sprawy egzystencjalne oraz rodzinny konflikt, ale...to opowieść na ewentualnie oddzielny artykuł. Kilka słów jeszcze o olimpijskiej przygodzie z 1936 roku. Budzące kontrowersje berlińskie widowisko sportowe, naszym piłkarzom powinno się dobrze kojarzyć. Czwarta lokata, co prawda medalu nie dała, ale wymaga dużej pochwały. Scherfke zaliczył dwa występy, w których nie uzyskał żadnej zdobyczy bramkowej. Zagrał przeciwko Węgrom (3:0) oraz Wielkiej Brytanii (5:4).
„A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny, cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami, musimy myśleć o jednym. Walka aż do zwycięstwa”. Pamiętne słowa Stefana Starzyńskiego, legendarnego Prezydenta Warszawy, doskonale ukazują powagę wydarzeń z 1 września 1939 roku. Nazistowskie Niemcy zbrojnie napadły na Polskę i nasza Ojczyzna weszła w "dziejowy zakręt" (nie pierwszy raz zresztą). Nowa rzeczywistość była wyzwaniem tak dla państwowych władz, jak i obywateli. Twarda weryfikacja ludzkich charakterów, sumień i postaw. Heroizm, odwaga, bierność po tchórzostwo i jawną zdradę. Wszystko to było "chlebem powszednim" naszych dziadów, w słusznie już minionej epoce. "Fryc" mający niemieckie pochodzenie, acz dojrzewający w wielokulturowym otoczeniu oraz zaprzyjaźniony z wieloma Polakami, musiał skonfrontować się z trudną sytuacją. Bycie bohaterem jednej strony, oznaczało jednocześnie zdradę drugiej strony i na odwrót. Nie uszlachetniam - staram się pokazać skomplikowany kontekst sytuacyjny. Pięć tygodni wojennej kampanii kończy się kapitulacją polskiej armii. Nastąpiła okupacja. Trzydziestoletni już Scherfke, z uwagi na swój rodowód posiadał pewne przywileje. Nie doświadczał tak jak "podludzie" głodu, poniżania, niewolniczej pracy czy w skrajnych przypadkach - śmierci w obozach zagłady. Jego status ostatecznie usankcjonowało podpisanie przezeń Folklisty (niemiecka lista narodowościowa), będąca formalną deklaracją niemieckości. Scherfke wcielono do niemieckich sił zbrojnych (Wehrmacht) w październiku 1939 roku. Ledwo nie "opadł kurz" pierwszych walk, a przed mieszkańcami Poznania przykry widok, urastający do rangi symbolu. Oto ich piłkarski idol przechadza się ulicami miasta w niemieckim mundurze. Są głosy, że afera tyczy się nawet stroju SS. W podziemnym obiegu wydawniczym nazywano go zdrajcą...
Granie piłki w erze okupacyjnej wbrew pozorom nie było żadną błahostką. Naziści - twórcy współczesnej propagandy - zdawali sobie świetnie sprawę z tego, jaka siła drzemie w sporcie. Sukcesy w tej niby "lekkiej" dziedzinie życia, mogą pozytywnie wpływać na morale określonej wspólnoty (narodu, społeczności). Zdelegalizowano więc polskie zespoły i zakazano podbitej ludności braniu udziału w meczach. Nie było żartów. Zdarzało się, iż przyłapanych na tym incydencie skazywano nawet na śmierć. Zresztą nt. zbrodniczych działań Trzeciej Rzeszy na polskiej ziemi można by wydać encyklopedię. Polacy nie ugięli się i mimo grożącego ryzyka potajemnie rozgrywali spotkania piłkarskie. Kawałek w miarę równego pola, patyki robiące za słupki oraz "szmacianka" - to wystarczało. Można wręcz mówić o podziemnych rozgrywkach. Z drugiej zaś strony funkcjonowały kluby oficjalne, w których mogli grać jedynie niemieccy gracze. Dane nie są jednoznaczne, lecz ich ilość w rejonie Poznania szacuje się na 8-12. W jednym z nich (1. FC Posen) występował Scherfke. Ciężko coś powiedzieć o pojedynkach czy golach w barwach nowej drużyny, jednak pewne jest, że powstała w 1940 roku i z bohaterem aktualnego posta ma silny związek. "Fryc" inicjował tworzenie klubu, prezesował mu, pełnił rolę kapitana oraz czynnie grał. Kariera szybko uzyskała metę, gdy w końcu października 1940 roku Luftwaffe (lotnictwo niemieckie) wzięło klub "pod swe skrzydła". Przypuszczalnie wtedy Scherfke opuścił zespół. Domniemywano, iż na tym zakończył swoją poważną przygodę z futbolem, ale było inaczej. W latach 1941-42 jest zawodnikiem SG SS Posen. Jak zdradza nazwa klubu, jego włodarzem było niesławne SS. Był w tym zespole do czasu jego rozwiązania, a więc lutego 1942 roku, po czym zakończył swoją karierę. Wartym odnotowania jest jego udział w historycznym meczu pomiędzy Krajem Warty i Śląskiem (1:2). Starcie to odbyło się na poznańskim boisku na początku października 1940 roku, a Scherfke pełnił rolę kapitania Kraju Warty. Oryginalność wydarzenia implikowana jest faktem, że w drużynie przeciwnej znajdowali się m.in. Leonard Piątek i Erwin Nyc. Wymienieni piłkarze niedawno "hasali" po murawie w koszulkach Reprezentacji Polski, zaś obecnie jako przedstawiciele Wasserpolen grają w niemieckich rozgrywkach.
Akurat działalność w okresie wojennym bynajmniej nie ograniczała się do kopania piłki przez Scherfke. Jego historia jest w tym aspekcie całkiem bogata. W lutym 1940 roku otrzymał od Niemców pewne zadanie: "wskrzeszanie niemieckiego futbolu w Poznaniu". W tym celu, jako urzędnik państwowy, został tymczasowym kierownikiem sekcji piłki nożnej w Kraju Warty. Taką nazwę nadano nowo powstałemu regionowi, obejmującego zaanektowane przez Trzecią Rzeszę zachodnie terytoria Polski. Posadę tę pełnił krótko, bo ok. dwa miesiące (zastąpił go oficer Wehrmachtu, niejaki Wullf). Jego warsztat samochodowy świadczył usługi Gestapo, a później mowa o SS. W Gestapo także wykonywał pracę kierowcy. W 1941 roku zawarł związek małżeński - niestety nie znalazłem wzmianki o imieniu małżonki. W tym samym roku para wydała na świat Michaela Thomasa. W lutym 1943 roku zostaje powołany do czynnej służby wojskowej. Pewnie duży wpływ na to ma załamujący się Front Wschodni. Niemcy zaczynają przegrywać wojnę (zasada: "wszystkie ręce na pokład"). Najpierw wysłany na wschód, później zaś na teren Jugosławii. W armii pełnił swe powinności w randze podoficerskiej w stopniu sierżanta. Bałkany nie okazały się dla niego zbyt "gościnne". W styczniu 1945 roku zraniony w trakcie walk. Zostaje odesłany do kraju na leczenie, ale wbrew swoim przełożonym nie jedzie do Kilonii. Kieruje się za to do Poznania, w trosce o byt swej młodej żony oraz synka. Wojna wydaje się być rozstrzygnięta. Kontrofensywa Armii Czerwonej postępuje w szybkim tempie. Strach przed Rosjanami wydaje się być uzasadniony - "towarzysze" nie oszczędzają ludności cywilnej, a gwałty są na porządku dziennym. Misja Scherfke kończy się pełnym sukcesem. Uchodzi z miasta przed wkroczeniem wrogiej armii, ale musi pozostawić cały swój dobytek na miejscu. Jak pokaże przyszłość, do rodzinnych stron nie wróci już nigdy. Azyl dla najbliższych znajduje u krewnych zamieszkałych na obszarze Meklemburgii. Mógł teraz rehabilitować się w spokoju. W kwietniu trafia do brytyjskiej niewoli (podczas pobytu w wojskowym szpitalu w Szlezwik-Holsztynie). W lipcu wychodzi na wolność, a w międzyczasie Trzecia Rzesza ogłasza kapitulację. "Fryc" z rodziną przemieszcza się do Senftenbergu w Brandenburgii. Niebawem musi poradzić sobie ze śmiercią żony i następnie emigruje z Radzieckiej Strefy Okupacyjnej. Przyjeżdża ze synem do Berlina Zachodniego w 1947 roku oraz zakłada tam sklep meblowy. Ma z tego tytułu duże profity finansowe. Na początku lat 80-tych zamyka biznes i przenosi się do Eschborn (blisko Frankfurtu n. Menem w Hesji). Umiera po ciężkiej chorobie 15 września 1983 roku na terenie szpitala w Bad Soden. Miał 74 lata.
Po dotychczasowych dawkach informacji Scherfke jawi się jako "koniunkturator", zdrajca, trochę tchórz, ale nie bandyta oraz uznany piłkarz i odpowiedzialna głowa rodziny. Zaraz przedstawię fakty (także domysły bazujące na realnych podstawach), które znacznie ocieplą jego wizerunek. Po pierwsze, jest oskarżany o pracę dla Gestapo i SS, ale dane z poznańskiego IPN dają temu kłam. Jedynie zajmował się pojazdami drogowymi tych służb oraz graniem w klubie. Po drugie: "wojaczka". Nie ma informacji, aby dopuszczał się wtedy jakiś haniebnych czynów (czyt. udział w zbrodniach wojennych). Jeśli chodzi o to, że będąc reprezentantem kraju przywdziewa mundur wrogiego państwa i bije się dla niego wojnie, to ciężko coś powiedzieć. Gdyby był "stuprocentowym Polakiem" to zdrada byłaby chyba jednoznaczna, a tak jest nieco inaczej. To sprawy delikatne. Trudno jest mi się do nich odnieść. Jednak jego bezsprzeczne akty odwagi względem polskich kolegów stawiają go na zupełnie innej pozycji. Najbardziej spektakularna wydaje się być akcja uwolnienia Mariana Fontowicza. Bramkarz Warty Poznań czynnie angażował się w Kampanii Wrześniowej i pewnego dnia "słuch po nim zaginął". Tę smutną informacji Scherfke usłyszał od żony swego przyjaciela, Łucji. „Witaj Lusiu. Co u Ciebie słychać? To ja, Fryc Scherfke” - przywitał się z nią czule, przypadkowo spotkawszy w okolicy dworca kolejowego. Po krótkim dialogu umundurowany pożegnał się, całując w dłoń swoją rozmówczynię. "Fryc" postanowił interweniować. Dowiedział się, że Marian został pojmany przez Niemców i wraz z innymi jeńcami wojennymi był wieziony pociągiem w głąb Trzeciej Rzeszy. Scherfke wszedł do rzeczonego pociągu, mówiąc: „Jesteś w Poznaniu. Nie chcesz iść do domu?”. Adresatem komunikatu był właśnie Fontowicz. Także inny golkiper "Zielono-Białych" - Zbigniew Szulc - przekonał się osobiście o dobroci "Fryca". Pomógł jego małżonce, która miała zostać wywieziona na roboty przymusowe. Kolejnym przykładem jest inny kolega klubowy, Michał Flieger (mistrzowska drużyna z 1929 roku). Aż dwukrotnie ostrzegł go przed aresztowaniem. I jeszcze casus Bolesława Gendery. Wyciągnął go z więzienia, w którym znalazł się za udział w nielegalnym meczu. Pewnie dzięki swoim poczynaniom uratował go przed śmiercią.
Rok 1942 jest przełomowy, gdyż "charytatywna" aktywność skończyła się. Fryderyk unikał ludzi, sporadycznie pojawiał się na ulicy. Jak się okazało, jego czyny zwróciły uwagę Gestapo. Tu nie ma żartów -> groziła mu śmierć za zdradę państwa. Na szczęście dla niego, służby nie posiadały wystarczających dowodów. Przestraszył się jednak ogromnie "zaproszeniami" na przesłuchania. Istnieje możliwość, iż pójście Scherfke w wojenne kamasze, było pokłosiem podejrzewań o współpracę z polskim podziemiem. Ten "zarzut" wydaje się bezpodstawnym nie być. Z dużą dozą prawdopodobieństwa "Fryc" podjął współpracę z Armią Krajową (AK). Zważywszy relacje z Gestapo i SS, nadawał się do tego idealnie - w końcu jako kierowca mógł np. usłyszeć wiele cennych rozmów. Jest jeszcze jeden ważny wątek w tych rozważaniach. Chodzi o jego brata, Gintera. Niby rodzeństwo, lecz mentalnie na wskroś różni. Ginter był zagorzałym nazistą oraz "polakożercą". Jako piłkarz znacznie słabszy od Fryderyka. Widocznie jego kompleksy i frustracja dały w czasie okupacji swój upust, w postaci dopuszczania się niegodziwości. Niech o drzemiącej w nim nienawiści świadczy fakt, iż jeden z graczy Warty zdecydował się opuścić Poznań, aby tylko nie trafić na Gintera. Powód był wręcz banalny, bo osobiste niesnaski między obu panami. Nie dziwi więc, że AK wydało na na Gintera wyrok śmierci. Co jednak zaskakujące, nigdy nawet nie podjęto próby jego wykonania. Dlaczego? Można tylko snuć teorie. Bardziej optymistyczna wiąże to z chwalebną działalnością "Fryca". Może za Ginterem przemawiało zbrodnicze prawo niemieckich najeźdźców. W tej tematyce z pewnością ekspertem nie jestem, lecz jest mi znana wiedza o krwawych odwetach nazistów. Nie były rzadkością zbiorowe mordy na polskich cywilach, będące konsekwencją zamachów, realizowanych na ważnych dla Trzeciej Rzeszy osobach. Czy tak było w przypadku Gintera? Ów folksdojcz był aż tak bardzo cenny?
Władze PRL nie pozostawiły "suchej nitki" na Scherfke. Uznały go za zdrajcę, gestapowca i skazały na zapomnienie. Nawet posunięto się do usunięciu jego nazwiska ze sportowych kronik, tak jakby nigdy nie istniał. Przypomina się tu obraz stworzony przez Georga Orwella w jego słynnym dziele "Rok 1984". Propaganda w całej swej okazałości. Najgorsze jest to, że "Fryc" umierał właśnie w aurze infamii. Wydaje się to być wielką niesprawiedliwością. Nie stawiam go pośród bohaterów, którzy emanowali niepodważalnym heroizmem. Z pewnością są lepsi kandydaci na patrona szkół i wartych pomnika. Niemniej, widzę w nim człowieka, który przebrnął ciężki okres nie plamiąc swego imienia. Przyzwoitość. Lojalność. Przyjaźń. Jak na człowieka "w rozkroku" zachował się "nie najgorzej". Trochę mi głupio, że artykuł ten powstał niedługo po obchodach Święta Żołnierzy Wyklętych - o prowokacji nie może być mowy. Może Scherfke nie jest osobą pokroju gen. Władysława Andersa (był z pochodzenia Niemcem Bałtyckim), ale i tak warty jest on pamięci, nie tylko tej sportowej. Wreszcie ulgę odczuwa jego syn Michael Thomas. Jak sam przyznaje, ojciec nie rozmawiał z nim o wojnie i myślał, że przez to chce ukryć swą niechlubną przeszłość. Na szczęście było w znacznej mierze inaczej, a rehabilitacja jego nazwiska dzieje się na naszych oczach. Dziękuję za obecność. Czołem! :-D

Naród, który nie zna swojej przeszłości, umiera i nie buduje przyszłości
[Jan Paweł Drugi]

piątek, 26 lutego 2016

(Temat 40) Historia jednego gola, czyli...

Akcja produkcji rumuńskiej

To był piękny mecz. Być może najlepszy jaki miał miejsce na pamiętnych amerykańskich mistrzostwach z 1994 roku. Przyznam się, że w stosunkowo nieodległej przeszłości całe to spotkanie obejrzałem w internecie i rzeczywiście był to niezwykły spektakl. Zespoły niczym dwaj wytrawni i ambitni bokserzy, chcący głównie znokautować swego przeciwnika. Emocje były od pierwszej do ostatniej minuty. Tempo spotkania szalone, zwłaszcza uwzględniając lejący się z kalifornijskiego słońca żar (pierwszy gwizdek sędziego miał miejsce już o 13:30 miejscowego czasu!). Akcje mnożyły się tak po jednej, jak i po drugiej stronie. Gole, strzały, kontry, poświęcenie w obronie...tego nie brakowało. W tym wyjątkowym starciu było coś jeszcze wspanialszego. Sytuacja z 18 minuty dla koneserów tematu może pełnić rolę wzorca zespołowości. Coś pięknego - kto nie widział, niech nadrobi braki.
Puchar Świata rozgrywany w Stanach Zjednoczonych był nietuzinkowy. Nie da się ukryć, iż piłka nożna dla ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego była czymś egzotycznym. Nie przeszkadzało to w zapełnianiu stadionów po brzegi (bodaj ustanowiony wtedy rekord łącznej frekwencji jest niepobity do dnia dzisiejszego). Impreza paradoksu. Wśród "dziwactw" były oryginalne terminy rozgrywania spotkań. Godziny rzędu 12-13 były "chlebem powszednim". Oczywiście wynikało to z różnicy czasowej pomiędzy Europą i Ameryką Północną oraz priorytetowym traktowaniu kibiców z naszego kontynentu. Wszystko fajnie, tylko kosztem piłkarzy. Nikogo nie radowała rywalizacja w najgorętszy upał. Tym bardziej robi wrażenie konfrontacja Rumunów z Argentyńczykami. Wola zwycięstwa, ambicja oraz samozaparcie przechyliły szalę. Pomimo niesprzyjających warunków termicznych i trzech meczów "w nogach", grali jakby spędzili miesiąc w uzdrowisku - nabierając przy tym głodu do futbolu. Datą, którą należy zapamiętać jest 3 lipca 1994 roku. Świadkiem opisywanych wydarzeń była Pasadena, miasto nieopodal Los Angeles. Drużyna "Albicelestes" nie rozpieszczała swoją grą. Klęska z Bułgarią (0:2) pokazywała, iż brakuje im trochę do drużyn z lat: 1978, 1986 oraz 1990. Przyłapanie Maradony na dopingu i kontuzja Caniggii nie napawało optymizmem. Po drugiej stronie zaś ekipa Rumunii, będąca na fali i łaknąca sukcesów. Jednak zaskakujący pogrom w meczu ze Szwajcarią (1:4) mógł napełnić serca jej fanów niepewnością. Zanim o "złotej akcji", nakreślę teraz przebieg pierwszych minut. Znamienny okazał się telewizyjny obrazek, kiedy tuż przed rozpoczęciem pojedynku 1/8, Gheorghe Hagi obejmuje się z Ilie Dumitrescu. Jak się okaże, ci dwaj zostaną "ojcami wiktorii". Pierwsze odsłony jednak należały do Argentyna, która jakby chciała stłamsić sportowego adwersarza. Już w 1 minucie strzał celny Balbo. W 8 minucie kąśliwie uderzył słynny Batistuta, zaś jakieś 100 sekund później Balbo zachował się jak nowicjusz, nie wykorzystując 100 % sytuacji "sam na sam" z bramkarzem. Oblicze meczu odmienił faul Cáceresa na Munteanu. Do piłki podszedł Dumitrescu i uderzył bezpośrednio na bramkę. Wyszedł z tego przepiękny gol, choć przy pomocy błędu zaskoczonego golkipera, Islalasa. Na graczy z pasiastych koszulach, podziałało to jak "płachta na byka". Dopiero od tej pory zrobiło się wielkie widowisko! Ledwo kilka minut później, Batistuta zachował się w polu karnym przeciwnika niczym "cwany lis", dając się sfaulować. Arbiter nie miał wątpliwości i ku rozpaczy Prodana - zarządził "karniaka". Sam poszkodowany podszedł do piłki i na tablicy wyników było już 1:1. To było jednak tylko preludium do późniejszych wydarzeń.
Na zegarze dogorywała 17 minuta, gdy w środku pola piłkę przechwytuje Redondo. Metą jego kilkunastometrowego rajdu okazał się Belodedici. Rumun czysto wyłuskuje mu futbolówkę wślizgiem, po czym kopie ją do stojącego naprzeciw Lupescu. Następnie do piłki odbitej od pomocnika Bayer Leverkusen dopada znany nad Wisłą Petrescu, który nie zastanawiając się zbytnio, podaje do lidera zespołu - Hagiego. I w tym momencie cały kunszt Reprezentacji Rumunii unaocznił się w całej swej okazałości. Po krótkim holowaniu futbolówki wzdłuż linii bocznej, genialnie obsługuje biegnącego za akcją Lupescu. Ten z kolei decyduje się na podanie zwrotne, zagrywając na wolne pole. Hagi będący w doskonałej dyspozycji robi coś, za co jego nazwisko złotymi zgłoskami zapisze się w dziejach światowego futbolu. Kieruje się w kierunku pola karnego, wyczekując wchodzących w nie swoich kolegów z drużyny, po czym robi zwód na lewą nogę i lekko podnosząc piłkę adresuje ją do świetnie ustawionego Dumitrescu. Ten tylko lekko zmienia kierunek piłki, która majestatycznie toczy się obok lewego słupka bramki. Argentyńczycy niemal ogłupieli. Cała sytuacja aż biła precyzją oraz wyczuciem, każdy z graczy jakby świetnie wiedział co ma zrobić. Owacje. Choć oglądałem tego gola już wiele razy, to nadal nie przestaje on wzbudzać we mnie naturalnego zachwytu. Był to pokaz przeogromnego potencjału ówczesnego pokolenia rumuńskich piłkarzy.
Gwoli rzetelności, w drugiej połowie padły jeszcze dwie bramki. Punktem rozstrzygającym rywalizację była nadzwyczaj efektowna kontra z 58 minuty. Zgadnijcie kto w niej brał udział? Zgadza się, ponownie byli to Hagi i Dumitrescu. Tym razem za asystenta robił Dumitrescu. W odpowiedzi Argentyna trafiła na 2:3, jednak nie uzyskali nic więcej prócz estetycznej zmiany wyniku. Był to koniec wybitnego okresu "Albicelestes", zaś Rumunii prognozowano wielkie rzeczy. Awans do najlepszej ósemki nie zaspokajał ich nabrzmiałych już oczekiwań. Niestety w zwariowanych okolicznościach przegrali po serii rzutów karnych ze Szwecją (po 120 minutach było 2:2) i musieli z niesmakiem wracać do domu. Nic to, pamięć ich wspaniałych wyczynów na amerykańskiej ziemi bynajmniej nie umarła. Sytuacja jak u nas, z sentymentem do "Orłów Górskiego". Dodatkowo, warto przytoczyć pomeczowe słowa Hagiego. Legendarny gracz tak skomentował wydarzenia z pasadeńskiego stadionu: „Pokazaliśmy, że nie jesteśmy grupą indywidualistów, lecz wszyscy gramy jak jeden zespół - o co w piłce nożnej chodzi. Dzisiaj to Dumitrescu miał swój dzień, ale jutro na jego miejscu może być ktoś inny. Powiedziano mi, że zwycięstwo nad Argentyną było niczym "Druga rewolucja rumuńska", po tej związanej z obaleniem władzy Ceauşescu. Nie ma wątpliwości, iż mówimy o największej wiktorii w całej historii rumuńskiego futbolu”. Trudno rozszerzyć o coś jego wypowiedź. Bardzo fajnie zachował się rumuński trener (Anghel Iordănescu), który w ostatnich minutach ściągnął z placu rywalizacji obu bohaterów, ażeby zgromadzonym na miejscu kibicom dać sposobność nagrodzenia ich brawami. Było mi miło. Czołem! :-D

sobota, 13 lutego 2016

(Temat 39) Ekstraklasa 2015/2016. Jesień w słowach i liczbach

Na szczęście przerwa zimowa kończy się i Ekstraklasa wraca do gry. Jakby na nią nie narzekać, gardzić jej poziomem i krytykować sprowadzany na polski grunt zagraniczny "plankton", cieszy jej powrót. Bo jest po prostu nasza. Nie ma co się dłużej rozwodzić nad zasadnością sentymentu polskich fanów do niej, gdyż nie temu służy mój dzisiejszy wywód. Skoro rusza runda wiosenna obecnego sezonu, uznałem to za wyśmienity pretekst do pochylenia się na dotychczasowej sytuacji w tabeli. Nie ukrywam, że główny nacisk kładę tym razem na zagadnienie niezmiernie lubianą przeze mnie, czyli statystyki. Przygotowałem mnóstwo grafik. Gorąco zachęcam do ich przeglądu oraz analizy. Wbrew pozorom liczby dość skutecznie odzwierciedlają rzeczywistość, mogą dawać miarodajny ogląd mocnych i słabszych stron poszczególnych zespołów. Oczywiście całość nie obejdzie się bez mojego komentarza. Nie przeciągając - usiądźcie wygodnie i miło spędźcie czas.
     MOJA  OCENA  ZESPOŁÓW
[oklaski]
Ruch Chorzów, Piast Gliwice, Cracovia Kraków i Pogoń Szczecin
Obecne rozgrywki nie stronią od rewelacji i pozytywnych zaskoczeń. Chorzowianie w ogóle wymykają się ramom logiki. Zbyt wiele pieniędzy raczej nie posiadają, na pierwszy rzut oka "zasobami osobowymi" nie imponują a rezultaty za to osiągają wręcz genialne. Mimo to pierwsza trójka wydaje się poza ich zasięgiem. Zwracam uwagę na modrą politykę kadrową. Spore grono młodych graczy jest uzupełniane o kilku bardzo dojrzałych i doświadczonych (Marek Zieńczuk, Łukasz Surma). Choć ciężko im się rywalizuje z czołówką, to z zespołami z "podobnego poziomu" radzą sobie bardzo skutecznie. Muszą pomyśleć nad stwarzaniem sytuacji, bo wychodzi im to mizernie. Zadziwia także ich boiskowa agresja. Paradoksem jest, ze mimo najmniejszej liczby fauli w Ekstraklasie, otrzymują najwięcej czerwonych kartek. Gliwiczanie robią wszystkim pstryczka w nos. Również mi, gdyż przed inauguracją rozgrywek typowałem ten zespół na 10 i dalsze miejsce - a jest jak jest. Brawa za trafne transfery, które teraz stanowią siłę zespołu. Kolejny dowód na to, że opłaca się decydować na zaciąg piłkarzy zza naszej południowej granicy. W przerwie zimowej udało się włodarzom klubu zatrzymać najważniejszych piłkarzy. Jeśli tylko dobrze przepracowali ostatnie tygodnie, czeka nas pasjonujący wyścig o tytuł w ich wykonaniu. Wśród powodów tak dobrej dyspozycji Piasta jest jakość czysto piłkarska. Aż trzech graczy jest w elicie najlepiej odbierających. W drużynie przynajmniej oficjalnie zachowują spokój, mówiąc że o mistrzostwie nie myślą. Cracovia to chyba najpiękniej grający zespół. Ich futbol jest piękny dla oka, strzelają mnóstwo goli i to nietuzinkowej urody. Z pewnością widać tu filozofię Jacka Zielińskiego, trenera bardzo cenionego przeze mnie (do dziś nie rozumiem zwolnienia go z Lecha Poznań). W zespole wyróżniało się trzech zawodników: Deniss Rakeļs ("lis pola karnego", którego jednak pozyskał klub z Anglii), Bartosz Kapustka (młody i utalentowany) oraz Mateusz Cetnarski ("mózg drużyny", który potrafi obdarzyć świetnym podaniem). Jeśli osiągną podium, powtórzą wyczyn sprzed 64 lat! Pozostała jeszcze Pogoń. Obrona, obrona i jeszcze raz obrona - oto przyczyna ich sukcesów. Z pewnością jeśli utrzymają swoje aktualne miejsce, jak najbardziej w Szczecinie mogą otwierać butelki ze szampanem. Podkreśliłbym rolę duetu stoperów (Jarosław Fojut-Jakub Czerwiński), który to stanowi solidną zaporę dla swych przeciwników. Muszą zachowywać koncentrację w pierwszych minutach po wznowieniu rywalizacji, gdyż zbyt często są wtedy puszczają gole.
[pozytywnie]
Zagłębie Lubin, Legia Warszawa, Termalica Bruk-Bet Nieciecza, Górnik Łęczna i Korona Kielce
Pewnie niektórych zaskoczą podane w tym zestawieniu zespoły. Jednak nie powinny, gdy ocenia się poczynania ekip nie tylko poprzez samą lokatę w tabeli, lecz także ich sportowy potencjał. Dlatego trzeba gratulować postawy Zagłębiu Lubin. Wiele od niego nie oczekiwano po awansie z I ligi. Ich wielki sponsor (potentat branży miedziowej - KGHM) zwiększył klubowy budżet zaledwie o cztery miliony złotych. Tak więc po niegdysiejszym rozdawnictwie nie ma już na szczęście śladu. Jak widać, także bez wielkiej "kasy" można osiągać zadowalające wyniki. Grają ofensywnie i odważnie, lecz niestety dla nich obronę mają dziurawą. Tracą multum goli, zwłaszcza w drugich połowach spotkań (ponad dwa razy więcej aniżeli w pierwszych!). Szczękościsk wywołuje informacja, iż w dwóch przypadkach prowadzenia 2:0, nie potrafili zdobyć kompletu punktów. Niemniej siódme miejsce beniaminka jest sporym osiągnięciem. Z Legią sytuacja jest bardziej złożona. Są oni na pozycji wicelidera, a ja "kręcę nosem"? Właśnie tak. Od zespołu tej klasy wręcz muszę wymagać więcej. Nie łudźmy się - to zdecydowany potentat finansowy i sportowy. Oni są skazani na sukces. Ich gra jednak zachwyca i jeśli chcą wreszcie znaleźć się w fazie grupowej Ligi Mistrzów muszą podnieść swoją jakość i skuteczność. To oni są głównym faworytem do mistrzostwa co potwierdziły zimowe zakupy. Kasper Hämäläinen, Artur Jędrzejczyk, Ariel Borysiuk...nazwiska imponują. Żal tylko strat w postaci Dušana Kuciaka i Dominika Furmana. Do poprawki jest zdobywanie sytuacji strzeleckich (zdecydowanie w tym aspekcie odstają od najlepszych). A teraz gratka w postaci klubu z małej wioski. Termalica prezentuje się całkiem fajnie, bo inaczej nie należy traktować miejsca z okolic środka tabeli. Początek mieli słaby (3 mecze -> 0 punktów -> 0 goli). Później stres minął i potrafili odnieść dwa wielkie zwycięstwa z Lechem (3:1), Cracovią (3:2) oraz remis z Legią po niezłej grze (1:1). Niedawno ekipę opuścił filar z czasów rywalizacji w niższej klasie rozgrywkowej - Emil Drozdowicz. Nie próżnowano jednak i zakupiono kilku nowych graczy. Oprócz dobrze spenetrowanych przez nich rynków (Słowacja, a dalej Ukraina), poszerzono zapatrywania na Bałkany - stamtąd sprowadzono dwóch napastników. Wymieniłbym kilkoro istotnych postaci. Piotr Mandrysz, który jest charyzmatycznym szkoleniowcem. Sebastian Nowak jako doświadczony i bardzo solidny golkiper. Był bardzo chwalony za postawę na boisku, chroniąc kolegów przed stratą wielu bramek (niestety dochodzi do siebie po nieprzyjemnej kontuzji - złamana żuchwa). Zostaje jeszcze Jakub Biskup oraz Dawid Plizga. Pierwszy jak jest w formie to ciągnie za sobą całą resztę, a drugi robi pozytywny "szum" w formacji ofensywnej. Cel Niecieczan przed wznowieniem rozgrywek jest prozaiczny, bo utrzymanie. Sądzę, że są w stanie osiągnąć pierwszą ósemkę. Wbrew pozorom nie "śmierdzą kasą" i samo to może rodzić dodatkowych sympatyków tej oryginalnej drużyny.
Górnik Łęczna? Z nimi raczej nie jest nudno. Zespół nieobliczalny i spisujący się powyżej oczekiwań. Bodaj najwyższa średnia wieku w lidze, ale "geriatryczności" tam nie widać. Muszą zreformować defensywę, po puszcza niemiłosiernie dużo bramek. Ilość traconych goli w pierwszych połówkach jest nie do przyjęcia (21 na 32 w ogóle). Koncentracja jest ich "piętą achillesową". Żadna inna drużyna tak często nie "przesypia" pierwszych meczowych minut, w końcówkach zresztą też nie są zbytnio perfekcyjni. I jeszcze jedna uwaga - pięć czerwonych kartoników to stanowczo zbyt dużo. Korona to chyba największa kontrowersja. Ekipa z doła klasyfikacji, a jednak widzę tu pole do pochwał. Uznanie budzi ich szczelność pod własną bramką i skuteczność na wyjazdach (zwycięstwo nad Legią na jej boisku robi wrażenie). Niestety, preferowany przez nich styl jest mało atrakcyjny dla obserwatorów. Muszą mocno poprawić się w ofensywie i w grze przed własną publiką. Początek sezonu mieli imponujący (ścisły top), jednakże z czasem "zeszła z nich para". Na teraz są, obok piłkarzy z Bielska-Białej, głównymi kandydatami do opuszczenia ligi.
[poniżej oczekiwań]
Jagiellonia Białystok, Wisła Kraków, Górnik Zabrze i Podbeskidzie Bielsko-Biała
Ci nie rozpieszczają swych kibiców. Tylko dzięki aktualnemu miejscu w tzw. "grupie mistrzowskiej" nie zaliczyłem Jagiellonii w zestawieniu jeszcze słabszym. Zawodzą. Chłopaki mają potencjał co pokazują statystyki jednak nie umieją tego przełożyć na punkty. Młodość, która to tej pory była ich siłą teraz nieco ciąży. Z pewnością ubytki kadrowe wytworzyły spore dziury, których tak łatwo nie da się załatać. Problematyczna jest chyba pozycja golkipera, gdyż ogromny procent strzałów celnych na ich bramkę kończy się stratą gola (są pod tym względem najgorsi w całej lidze). W ogóle defensywa jest katastrofalna, zwłaszcza brak im koncentracji w końcowych minutach spotkań. Smutno się patrzy na poczynania Wiślaków. Rezygnacja prezesa Bogusława Cupiała robi swoje (duże brawa dla tego pana za wieloletnią wytrwałość w finansowaniu klubu). Obecna grupa zawodników wygląda nawet przyzwoicie i tym bardziej uwiera mizerna lokata w klasyfikacji. Chyba tylko raz zaprezentowali się jak za dawnych "tłustych lat" - w meczu z Podbeskidziem (6:0). Było naprawdę nie wesoło z Górnikiem, ale w jakiś sposób wykaraskali się z tarapatów. W porządku, wyprzedzają jak na razie tylko Podbeskidzie (o którym później), ale było tak że zdecydowanie odstawali od reszty. Powoli się rozkręcają, czego pokazem był triumf nad Piastem (5:2). Pamiętam czasy, kiedy Zabrzanie stanowili wybitnych średniaków i długo udawało im się unikać spadku - teraz może być podobnie. Muszą poprawić grę w pierwszych minutach meczów. Gdzie są ci charakterni "Górale"? Podbeskidzie to najsłabszy zespół w rozgrywkach i trudno "wyłowić" pozytywy w jego dyspozycji. Jeśli już, to na pochwałę zasługuje ich gracz, Mateusz Szczepaniak. Chłopak wyróżnia się na tle pozostałych i dziwne, że silniejsze drużyny nie zabiegają o niego (został wypożyczony z Miedzi Legnica). Być może dzięki zimowemu okresu przygotowawczemu i nowemu sponsorowi (firma bukmacherska) coś drgnie w tej drużynie.
[bez komentarza]
Lechia Gdańsk, Śląsk Wrocław i Lech Poznań
Postawa niektórych ekip wprost zawstydza. Wymieniona powyżej trójka raczej do biedaków nie należy, a grają jakby ich zawodnicy nie dostawali pieniędzy od wielu miesięcy. Największy zawód sprawia klub z Pomorza. Klub mający wysokie aspiracje, "zbrojący się" w okienkach transferowych głośnymi nazwiskami a w przeszłości zespół z wielkim charakterem - teraz marnie się prezentuje. Przyznam, że końcówkę rundy mieli całkiem obiecującą i jest nadzieja konkretny marsz w górę klasyfikacji. Rośnie dyspozycja Mili, co cieszy w kontekście zbliżających się w Mistrzostwach Europy. Co ja mam za to powiedzieć o Śląsku Wrocław? Zbyt wielu argumentów do ich łagodne traktowania nie dają. Nijakość wymieszana z bylejakość. Piękny i duży stadion, acz...świecący ostentacyjną pustką. Jeszcze nie tak dawno reprezentowali nas w europejskich pucharach, a teraz dość realnie grozi im spadek. Osobiście uważam, iż uniknął "ligowej gilotyny". Zobaczymy jak na zespół wpłynie odejście Flávio Paixão. Taka sytuacja bywa ożywcza, ale może także zwiększyć kryzys. Zostaje "Kolejorz". I tak daję im "plusika" za ostatnie dobre wyniki i stosunkowo fajną pozycję w ligowej hierarchii. Niemniej to jak prezentowali się na początku sezonu to przysłowiowa "padlina". Taka gra nie przystoi, jakby nie było, aktualnemu Mistrzowi Polski! Przez pewien czas zajmowali ostatnią pozycję i kibice w naszym pięknym kraju przecierali oczy ze zdumienia. Kiedy stery drużyny objął Jan Urban nastąpił zwrot we właściwym kierunku. Choć nie rozpieszczają bramkowymi pogromami, lecz za to są skuteczni. Niczym duży wdech świeżego powietrza w płuca dało im sensacyjne zwycięstwo z Fiorentiną na wyjeździe (2:1) i późniejsza gloria z Legią (1:0).
     STATYSTYKI
Nie będę teraz paplał, gdyż przemówią za mnie dane przedstawione w poniższych tabelach, grafikach i wykresach. Choć są to głównie zbiorcze dane i dałoby się naświetlić poszczególne zjawiska zapewne dokładniej, aczkolwiek nie ma co narzekać - pole do analizy macie spore. Zwłaszcza ogromną gratką są (wg mnie): podział goli w perspektywie "stykowych" części spotkania (mam tu na myśli początki i końcówki połówek) oraz minuty, w których padają gole. Bawcie się dobrze.
[zespołowe]
[rekordowe mecze]
[najskuteczniejsi piłkarze]
[struktura zdobywanych i traconych goli]
[wykresy: minuty oraz przedziały czasowe strzelanych bramek]
Właśnie śledziłem poczynania Cracovii w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Skończyło się na 3:0, acz gra gospodarzy przewyższała uzyskany rezultat. W innym zaś meczu dzisiejszej kolejki Lechia po zwariowanym meczu pognębili Podbeskidzie (5:0). Widać "rozruch" rozgrywek wypada nader okazale. W następnym zaś artykule planuję powrócić do idei skupiania się na jednym, ale za to genialnym golu. Tym razem będzie o akcji z 1994 roku... Bywajcie zdrowi. Czołem! :-D