Translate

sobota, 8 listopada 2014

(Temat 16) Skandale Reprezentacji Polski

Część I

Aktualna tematyka będzie będzie należeć do tych "lekkich". Usiądźcie więc wygodnie i prześledźcie razem ze mną cały szereg przeróżnych skandali naszej najważniejszej drużyny piłkarskiej, jakich na przestrzeni lat się im sporo uzbierało. Afera goniła aferę - można by rzec. Przyjąłem wariant szeroki, aby ten temat "przerobić" przez pryzmat przeróżnych sytuacji (od kurtuazyjnych po poważnych) i całego grona osób związanych z kadrą Biało-czerwonych. Tak więc, obok skandali i afer, znajdą też miejsce sytuacje kontrowersyjne, prowokacyjne po "niesmaczne" - chodzi o to, aby był przysłowiowy "dym"...lub chociażby się "tliło" :) Nie będziemy też ograniczać się tylko do tego, co działo się stricte na zgrupowaniach. Opisane zostaną chociażby wydarzenia podczas meczów czy w czasie wolnym od kadry. Wreszcie obiektem rozważań nie będą tylko aktualni gracze i trenerzy Reprezentacji Polski, ale byli zawodnicy, działacze, operatorzy stadionów, a nawet dziennikarze. Myślę, że będzie się wesoło bawić przy czytaniu, bo wybrałem wiele "pikantnych" kąsków. Wiem, że tematyka ta idealnie nadaje się na łamy brukowców i do prasy o nie najlepszej opinii - ale z drugiej strony, cała ta grupa nie była jak widać "grzeczna" i sama dała sporo materiałów do napisania tegoż artykułu :D Moi drodzy zapraszam do lektury.
            [Ach te kobiety!]
Naszą podróż po "pikantnych" historiach naszej Reprezentacji zaczynamy od kwestii pań. Wszakże kobiety mają pierwszeństwo :) Nie będą to jednak informacje o wzorcowych małżeństwach naszych graczy i sielankowym mirze domowym, taktownym i lekko pruderyjnej relacji żeńsko-męskiej czy "szczeniackiej" miłości pary trzymającej się za ręce. Niestety chodzi o "cięższy" kaliber. W naszej kadrze wybuchały skandale z "paniami lekkich obyczajów", tzw. "obyczajówki". Wyobraźcie sobie, że podczas zgrupowań piłkarze sprowadzali sobie kobiety reprezentujące "najstarszy zawód świata". Poniżej napomknięte zostaną trzy wydarzenia z erotyką w tle. Co prawda, nie są one tak poważne jak ta, która swego czasu w wybuchła w Reprezentacji Francji, jednakże nasi na tym polu "nie ustępują nogi". Abstrahując od strefy etycznej (takie zachowanie jest naganne, tym bardziej jeśli ma się żonę i dzieci), ale "razi w oczy" nieprofesjonalizm kadrowiczów i ich stosunek do Reprezentacji Polski. Przecież te "spotkania" miały miejsce podczas obozu kadry! Zaczynamy od Mistrzostw Świata w 1986 roku. Na meksykańskich boiskach nasi zawodnicy prezentowali się (mówiąc delikatnie) bardzo przeciętnie. Być może na postawę niektórych z nich miał ich "niesportowe prowadzenie się". Miejscem "akcji" był hotel Bahia Escondida, gdzie podczas imprezy była zakwaterowana kadra Polski. Ponoć wraz naszymi piłkarzami przebywali też tam emigranci polscy z Chicago oraz 3 meksykańskie..."panienki". Zwłaszcza trzech piłkarzy (akurat wszyscy grali wtedy w Legii Warszawa) korzystało z "towarzystwa" tych dziewczyn. Zapewne podczas meczów mieli "miękkie nogi" :D Mieli raczej też problemy z bólem głowy i zachowaniem równowagi, gdyż podobno pili "ile fabryka dała" (no może przesadzam :D). Nieco inaczej było w 2003 roku. W marcu kadra podczas przygotowań do meczu z Węgrami (0:0, mecz eliminacji EURO 2004) przebywała w Pałacu Kawalerów w Świerklańcu. Piłkarzy odwiedziły panie "w wiadomym celu". Cała sytuacja nie obyła się bez personalnych konsekwencji. Otóż, ukarano wyrzuceniem z kadry...kucharza i 2 masażystów! Polacy mają poczucie humoru :) Ów kucharz to ten sam pan, w restauracji którego nagrywano polskich "polityków" w słynnej "aferze podsłuchowej". Całą sprawę z "paniami" ujawnił opinii publicznej ówczesny prezes PZPN, Michał Listkiewicz. Wreszcie skandal za kadencji Franciszka Smudy. Całą aferę "wyniuchał" jeden z brukowców (wiem, że to nie jest wiarygodne źródło informacji, jednak "coś w trawie piszczy" :D). Do zdarzenia miało dojść 23 marca 2011 roku w Poznaniu. Polscy piłkarze w tamtym okresie przebywali na zgrupowaniu w Grodzisku Mazowieckim przed meczami towarzyskimi z Litwą i Grecją (kolejno 0:2 i 0:0). Podejrzewanych jest paru reprezentantów (nazwisk nie podano) o rzekome korzystanie z "usług" 4 prostytutek. Trener Smuda odciął się od tego i powiedział, że nie wierzy w te sensacyjne doniesienia. Piłkarze nie ukrywali, że przebywali wieczorem w Poznaniu w towarzystwie kobiet, jednak...w celu przymierzania strojów :D Uprawdopodobnić tę wersję miała (była już) rzeczniczka PZPN - Agnieszka Olejkowska (teraz Roszkiewicz). Twierdziła, że przebywała wtedy z piłkarzami, tak więc całe zamieszanie jest "wyssane z palca". Niedawno jednak przyznała, że mówiła nieprawdę - mało jest ludzi o honorze i uczciwości :( Radzę drogim kadrowiczom zachowywać energię na treningi i mecze.
            ["Afera na Okęciu"]
To chyba najsłynniejsza afera w historii naszej Reprezentacji. A wydarzyło się mianowicie coś takiego. Biało-czerwonych czekał wylot na mecz przeciwko Malcie (eliminacje Mundialu 1982). Reprezentacja Polski w dniu 28 listopada 1980 roku przebywała w jednym z warszawskich hoteli, a 30 listopada mieli wylecieć do Włoch i na Maltę. Jednakże, nie wszystko poszło "jak po maśle". Na lotnisku Okęcie w Warszawie, gdzie zbierali się do wylotu nasi reprezentanci, zjawił się Józef Młynarczyk...w "stanie wskazującym". Pan Józef był znany z tego, że "za kołnierz nie wylewał". Nawet była fama, że ten wybitny bramkarz, jeśli sobie nie wypił to bronił gorzej! Nie mniej jednak wybuchła afera, która z czasem przerodziła się w wielką aferę. Gdy selekcjoner (Ryszard Kulesza) spostrzegł pijanego kadrowicza, to zabronił mu podróży i nakazał pozostanie w kraju. W obronie kolegi stanęło 3 zawodników: Zbigniew Boniek, Stanisław Terlecki i Władysław Żmuda. Przyciśnięty do muru trener ugiął się i zmienił decyzję o odsunięciu od składy Młynarczyka. Sprawa jednak nie rozeszła się po kościach. O całym wydarzeniu dowiedziała się "góra". Włodarze PZPN i jej prezes, Marian Ryba, przykładnie ukarali winowajców. Całą czwórkę (nazwano ich Bandą Czworga) wezwano do kraju (tak że z Maltą nie zagrali) i zostali wyłączeni z Reprezentacji Polski. Trenera Kuleszę zwolniono i jego miejsce zajął Antoni Piechniczek. W dniu 20 grudnia tamtego roku ogłoszono wymiar ich kar: Józef Młynarczyk - 8 miesięcy bez gry w piłkę (2 lata na Reprezentację Polski), Zbigniew Boniek i Stanisław Terlecki - rok bez gry w piłkę, a Władysława Żmudę ukarano "tylko" 8 miesiącami karencji. Restrykcje dotknęły również Włodzimierza Smolarka (był z Młynarczykiem w klubie) - dostał 2 miesiące, ale w zawieszeniu na pół roku. Jak widać, całe to towarzystwo związane było z Łodzią. Kary surowe, ale nie ma co się dziwić bo pan Ryba osobiście był wojskowym (generał) :) W roku 1981 odstąpiono bezwzględnych kar nałożonych na zawodników, przez co wrócili do składu. Bardzo dobrze, bo bez zapewne nie zajęlibyśmy na tamtym Mundialu 3 miejsca. Jedynie Terlecki nie przyznał się do winy, kary mu nie anulowano i nigdy później nie zagrał oficjalnie w koszulce z "orzełkiem". Całe zamieszanie spowodowała...kobieta. Pewien dziennikarz szukał swojej małżonki i wybrał się do Młynarczyka po informacje. Nie obyło się bez "wzmocnienia". Później pijanego kompana pan Józef zabrał do hotelu (gdzie przebywała Reprezentacja Polski), przez co obudził śpiące tam towarzystwo...jak się łatwo domyślić fama o "imprezie zakrapianej alkoholem" się rozniosła.
            [Barwny "Franek"]
Franciszek Smuda - człowiek instytucja. Sam się cieszyłem jak obrano popularnego Franka na zarządcę "folwarku" zwanego Reprezentacją Polski. Facet miał to coś, co powodowało że wyciska z prowadzonych przez siebie drużyn, nawet nie 100% a 110%. Do tego jego podopieczni grają "futbol optymistyczny" i "gryzą murawę". Jednak Reprezentacja to nie klub - w ogóle inna para kaloszy. Na EURO 2012 sukcesu jednak nie było, mimo efektownej gry (ok. 30 minut na mecz). Pewnie ocenialibyśmy jego kadencję znacznie lepiej, gdyby piłkarze byli bardziej skuteczni w wykańczaniu akcji... Przejdźmy do tematu. Osoba Smudy jest bardzo kontrowersyjna. Najpierw o jego problemem z poprawnym wypowiadaniem się. Mogła bawić jego nieudolność w budowaniu zdań przed kamerami TV. Nie da się ukryć, że Smuda wielkim mówcą nie jest. Jednakże uważam, że nie jest to w ogóle istotne. Ważne jest natomiast to, jaki ma się warsztat stricte trenerski. Liczy się umiejętność trafiania do zawodników, a przede wszystkim najważniejsze są osiągane wyniki. Tak więc denerwują mnie wypowiedzi, że Smuda był słabym szkoleniowcem, bo "cienko" wygląda medialnie. A ja się pytam...co to za argument??? Pan Franciszek wywoływał niemałą konsternacje swoimi "złotymi myślami". Kiedy był pytany czy w kadrze nie jest potrzebny psycholog, to "palną" myląc psychologa z psychiatrą, że w jego zespole nie ma wariatów. Po jednym z meczów powiedział, że może zagrać nawet...z ZSRR (to raczej przejęzyczenie, ale zabawne :D). Innym razem stwierdził, z rozbrajającą szczerością, że nie będzie brał piłkarzy..."z kibla" albo że nie został zrobiony "miękkim ch...". Jednak z Reprezentacji Smuda stracił to co u niego kibice bardzo szanowali - niezależność. Zachowywał się tak by nie podpaść PZPN. Uparty i pamiętliwy jest czego przykładem jest konflikt z Arturem Borucem i wyrzuceniem bramkarza z kadry. Był jednak niekonsekwentny, czego dobitnym przykładem jest początkowe kpiny z "wielonarodościowej" Reprezentacji Niemiec (tzw. Farbowane Lisy), a później sam hurtowo sprowadzał piłkarzy z zagranicznymi paszportami. Nigdy przedtem na taką skalę nie korzystaliśmy z usług takich zawodników. Nie jestem tego zwolennikiem, przynajmniej nie w takiej proporcji i nie jak dany piłkarz "duma" nad wyborem naszej kadry długie miesiące. Po Smudzie przyszedł Waldemar Fornalik, który jednak nie osiągnął lepszych wyników od swego poprzednika i w porównaniu do niego wniósł znacznie mniejszy "koloryt" do Reprezentacji Polski.
            [Bilet proszę]
Problem z biletem na mecz Biało-czerwonych miał niejeden kibic znad Wisły. Poniżej wymienione zostaną 4 przypadki "wpadek" z wejściówkami na stadion, które miały miejsce w (niespełna) 4 ostatnich latach! Poraża brak profesjonalizmu. Był czerwiec 2011 roku. Nasi gracze grali serię sparingów, która miała ich przygotować do rywalizacji na EURO 2012. Na stadionie Legii Warszawa rozegraliśmy mecz z silną Francją (0:1). Wielu kibiców raczej wspomina tamto spotkanie niezbyt miło i nie o porażkę naszych Orłów chodzi. Tłumy kibiców nie mogły bowiem wejść na trybuny obiektu, gdyż...zepsuły się czytniki biletów. Części udało się zobaczyć drugą połowę (dzięki duplikatom biletów), a część w ogóle zrezygnowała. Rzeczniczka PZPN (Agnieszka Olejkowska) chcąc zmniejszyć odpowiedzialność piłkarskiego związku tłumaczyła...że mówiono kibicom aby zjawili się na stadionie wcześniej! Śmiać się czy płakać? A tak po za tym...ceny tych biletów wahały się od 50 do 130 PLN. We wrześniu 2012 roku wybuchła inna afera z biletami w tle. Tym razem miejscem "akcji" był Wrocław (Stadion Miejski). Kibice chcieli zakupić bilety na mecz eliminacji Mundialu 2010 z Mołdawią (2:0), ale spotkała ich niestety przykra niespodzianka. Przed stadionem powstały kolejki jak "w nie tak dawnych czasach do sklepów". Skandal ten został wywołany przez otwarcie tylko 2 kas biletowych. Tym razem pani Olejkowska w imieniu "Laty i spółki" całą winą za zaistniałe zamieszanie obarczyła stronę wrocławską. Ci z kolei odbili piłeczkę, twierdząc że wypełnili wszelkie wymogi, jakie wcześniej uzgodnili z polską centralą piłkarską. Miesiąc później (październik 2012 roku) kolejny zgrzyt z "bilecikami". Tym razem w innym meczu eliminacji Mundialu 2010 mieliśmy zagrać z Anglią (1:1, tak chodzi o mecz na "Basenie Narodowym" :D). Kadencja Grzegorza Laty kończyła się i jak widać popularny Bolek jeszcze raz chciał, aby było o nim głośno w środowisku piłkarskim. W tym przypadku sprawa dotyczyła podziału puli biletów. Wyobraźcie sobie, że z 55 tysięcy wejściówek niemal połowę (25 tysięcy) zagarnął PZPN. Znowu "oczami świeciła" pani Olejkowska. Cała sprawę tłumaczyła tak, iż te bilety związek przeznacza m.in. polskim medalistom Igrzysk Olimpijskich czy angielskim kibicom. Całą sytuacją zbulwersowany był znany komentator sportowy - Tomasz Zimoch. Wystosował nawet list otwarty do PZPN i nazwał cały proceder oszustwem. Może pan Tomasz zachował się nieco "pod publikę", jednakże trudno nie zauważyć w zachowaniu działaczy PZPN elementów zwykłej machlojki. I jeszcze o meczu towarzyskim z Irlandią (listopad 2013 roku, 0:0). Kiedy piłkarze biegali po murawie Stadionu Miejskiego w Poznaniu, to na ich trybunach doszło do kuriozalnej sytuacji. Odpowiedzialne za to osoby powinny się wstydzić. Mianowicie na trybunie prasowej, gdzie swoje stanowiska mają dziennikarze zjawili się...zwykli kibice i zajęli te miejsca. Od razu mówię, że to nie o brak kultury naszych fanów chodzi, ale głupota ludzi odpowiedzialnych za sprzedaż biletów. Okazało się, że rozdysponowano wśród kibiców wejściówki na miejsca przeznaczone dla sprawozdawców sportowych. Za całe zajście przeprosił rzecznik PZPN...tym razem nie Olejkowska :D...Jakub Kwiatkowski. Więcej profesjonalizmu i szacunku dla polskiego kibica.
            [Cięty język pana Janka]
W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć osoby, okrzykniętego niegdyś mianem Człowieka, który zatrzymał Anglię - pana Janka Tomaszewskiego. Nie da się ukryć, że to kolejny facet z wyrazistą osobowością w polskim futbolu. Co prawda, już od lat zawodowo nie kopie futbolówki, ale za to prowadzi swoiste medialne boje. Zagorzały zwolennik reform w PZPN i naprawy naszego piłkarstwa. Pan Janek jest wybitnie twórczy w tworzeniu skandali, prowokacji i kontrowersyjnych wypowiedzi. Jego słowa często szokują i obrażają, jednak jest w swych osądach szczery. Mówi wiele prawdziwych rzeczy, które jednak wydać się mogą zwykłym populizmem. Często jednak przegina. Przytoczę teraz niektóre wypowiedzi postawy, które zrobiły zamieszanie w przestrzeni publicznej. O Franciszku Smudzie: "futbolowa pornografia" (gra Lecha Poznań za kadencji Smudy), "trzeba go wyp... dyscyplinarnie", "ma swoje zdanie, ale sam się z nim nie zgadza" czy "prostak". O Grzegorzu Lacie: "prostak", "tylko menele prowadzą takie rozmowy" (rozmowy Laty i przyjęcie przez niego koperty z pieniędzmi) czy "gejzer intelektu". O Leo Beenhakkerze: "pluje nam wszystkim w twarz" czy "nie wyrzucić, tylko właśnie wyp...!". O PZPN: "Polski Związek Piłki Nienormalnej", "ryba śmierdzi od głowy" czy "burdel". Inne wypowiedzi: "stado baranów" (skorumpowani w środowisku piłkarskim), "jak zapłodnić krowę lodem? Położyć ją na lud i sama się wyd..." czy "będę dopingował Reprezentację Niemiec".
            [Dola Prezesa]
Płynne przechodzimy teraz do kolejnych "wpadek" odnośnie Reprezentacji Polski. Do tablicy przywołujemy tym razem prezesów PZPN. Zaczniemy od Grzegorza Laty. Pozwólcie, że napiszę teraz wybrane jego "wybryki", bo jego osoba uwikłana jest w innych wątkach, o których jest w innych częściach tego artykułu. "Krótka piłka" o Grzegorzu Lato: wybitny piłkarz-marny prezes-płytki człowiek. Od czego by tu zacząć? Trochę się tego nazbierało :))) "Spadek" jaki pozostał po tym panu jest przeogromny...w liczbę "wtop". Już przy wyborach na prezesa związku miał powiedzieć, że jeśli nie go nie naprawi po roku to odejdzie. I co? Subiektywnie rzecz biorąc PZPN nie stał się "normalniejszy", a Lato ze stołka nie zleciał... Słynne było jego "poczucie humoru" i specyficzny "rechot". Rzucał "sucharami" na prawo i lewo. Znany jest jego żart: "Ile Grzegorz Lato miał na setkę? 3 sekundy!" - imitując przy tym nachylanie kieliszka z wódką (nawet śmieszny). A już żenadą był żart o swojej żonie Zdzisławy, którą nazwał mianem "piździsi". Grzegorz Lato reklamuje dachy - to akurat nie dowcip, a sposób pana Grzegorza na zarabianie pieniędzy (hmmm... pamiętacie otwarty dach na Stadionie Narodowym? :D). Miał też "złote myśli", np.: "Macie co chcecie! Teraz my będziemy was j...!" czy "Podamy sobie na koniec ręce jak +biali ludzie+". Brak talentu dyplomacji pokazał mówiąc, że "Euro zorganizujemy z Niemcami" (odnośnie problemów organizacyjnych za naszą wschodnią granicą). Do tego nieudolne starania o stołek w UEFA, nieznajomość angielskiego, idiotyczna decyzja o zakupieniu działki w Wilanowie pod zabudowę nowej siedziby PZPN (pomysł Zarządu PZPN, za czasów Laty), afera z przyjęciem koperty z pieniędzmi (schował ją do sejfu...by "zabezpieczyć" :D), wyzysk kibiców poprzez Karty Kibica i niewyobrażalne miesięczne zarobki. Do tego jego wszechogarniająca arogancja. Za prezesem Latą płakać nie będziemy :) Przejdźmy teraz do osoby Zbigniewa Bońka. Porównywać go z Grzegorzem Latą nie ma najmniejszego sensu. Skrócić to można do stwierdzenia: "niebo a ziemia". Zibi kieruje związkiem na wyraźnie lepszym poziomie niż jego poprzednik. Prawda, że ma lepszy pijar, ale mimo wszystko widać postęp. Najlepiej obrazuje, że PZPN się reformuje atmosfera wobec tej instytucji. Jeszcze nie dawno "hurtowo" śpiewano na polskich stadionach: "PZPN! PZPN! J...! J..., PZPN!", a teraz już tego nie ma (przynajmniej nie w takim wymiarze). Jednak Boniek to barwa postać i jest wdzięcznym tematem. Co do Bońka-Prezesa to (może to naciągane), ale wśród wpadek można wymienić jeszcze kwestię sponsoringu Reprezentacji Polski. Nazw nie będę wymieniał, aczkolwiek nazwa jednego z nich kojarzy się z wyzyskiem. Po raz pierwszy bodaj pozwolono, aby twarzą naszej kadry był ktoś z gałęzi bukmacherskiej (może to i dobry kierunek). Sam Boniek jak został prezesem to reklamował (m.in. w internecie) zakłady sportowy, co wydaje się być naciąganiem prawa związkowego.
            [Doping]
Plaga "piłkarzy-koksowników" dotarła także nad Wisłę. Nie wszyscy zawodnicy dochodzą do swych sukcesów talentem i wylewaniem potów na treningach. Są tacy, którzy zażywają niedozwolone substancji, które sztucznie polepszają im wydolność czy szybkość. Smutny proceder. Poniżej opisane zostaną dwie historie z polskiej piłki z dopingiem w tle. Od razu zaznaczam, że w obu sprawach wina nie jest taka oczywista, jednak fetor posądzenia o oszustwo pozostał. Najpierw wątek olimpijski. Tak naprawdę ostatni wielki sukces Reprezentacji Polski na wielkiej imprezie, to występ naszej młodzieży na Turnieju Olimpijskim w Barcelonie w 1992 roku. Wspaniała przygoda uwieńczona zajęciem drugiego miejsca i tylko nieznaczna porażka (2:3) w finale na Camp Nou z faworyzowaną Hiszpanią. Jednakże niemiłe zdarzenie zaistniało przed imprezą. Otóż, w prowadzonej przez Janusza Wójcika kadrze olimpijskiej, 3 piłkarzy (m.in. późniejszy kapitan dorosłej Reprezentacji Polski - Piotr Świerczewski) posądzonych zostało o zażywanie substancji wspomagających. Najprawdopodobniej był to zarzut szkalujący, który nie miał potwierdzenia w rzeczywistości. Dowodem "czystości" piłkarzy były testy przeprowadzone już na Olimpiadzie, które nie stwierdziły żadnych nielegalnych substancji w ich organizmach. Innym przypadkiem jest doping Jakuba Wawrzyniaka. Reprezentant Polski i były gracz m.in. Widzewa Łódź i Legii Warszawa "wpadł" 5 kwietnia 2009 roku. Miało to miejsce po jednym z meczów w lidze greckiej (był wówczas zawodnikiem Panathinaikosu Ateny). Niedozwolonym środkiem jaki znaleziono w jego organizmie była niejaka metyloheksamina. Miała się ona znajdować w specyfiku, jaki Wawrzyniak zażywał by wspomóc swoje odchudzanie. Gracz nie zgadzał się z wynikami i przebadano tzw. "próbkę B". Niestety dla niego, ona również dała wynik pozytywny. Piłkarz bronił się, że nie był świadomy nielegalności swojego postępowania. Miał nie wiedzieć, że w odżywce na odchudzanie znajduje się zakazana substancja. Sam jednak twierdzi, że miał dobrą wagę i...w zasadzie nie wie dlaczego kupił ten środek w jednym z warszawskich sklepów. Wawrzyniaka surowo ukarano. Dostał zakaz gry w piłkę nożną na rok (pod koniec stycznia 2010 roku pozwolono mu grać), a dotychczasowi pracodawcy z Aten rozwiązali z nim umowę. Jednak wrócił do Legii i odbudował swoją pozycję. Gra też w Reprezentacji Polski i jak sam z dystansem mówi o sobie: "Jestem w Reprezentacji Polski zmiennikiem piłkarza, którego nie ma" (odnośnie posuchy w naszej kadrze na dobrych lewych obrońców).
            [Do rączki]
Tematyka jaka teraz będzie rozważana jest niestety doskonale znana ludziom w naszym kraju. Tak w sporcie, jak i na innych polach życia publicznego. Korupcja, bo to ona jest naszą "bohaterką", silnie dotknęła (i pewnie dotyka) środowisko piłkarskie. Przed wami niektóre przykłady znanych ludzi polskiej piłki, którzy brali udział w łapówkarskich aferach. Łukasz Piszczek to nie tylko wybitny zawodnik Reprezentacji Polski i Borussii Dortmund, ale także osoba skazana prawomocnym wyrokiem sądu, za organizowanie zrzutki na zakup meczu i nakłanianie innych osób do braniu udziału w korupcyjnym procederze. Chodzi o okres, gdy Piszczek biegał jeszcze po polskich boiskach w koszulce Miedziowych, czyli Zagłębia Lubin. W jednym z sezonów (ostatnia kolejka) mieli rozegrać wyjazdowy mecz z Cracovią. Ewentualny remis dawał "Piszczkowi i spółce" zajęcie 3 miejsca w lidze i awans do europejskich pucharów (Puchar UEFA). W Krakowie padł wynik 0:0 i kosztem Amica Wronki zostali 3 drużyną w Polsce w tamtym czasie. Piłkarze Cracovii odpuścili mecz za 100 000 PLN, jakie uzbierali między sobą piłkarze lubińskiej ekipy. Łukasz Piszczek sam zgłosił się do organów ścigania. W 2011 są wydał wyrok: 1 rok wiezienia w zawieszeniu na 3 lata, grzywna w wysokości 100 000 PLN oraz zwrot sumy w wysokości ok. 48 000 PLN na rzecz UEFA. Piszczek nie grał w ustawionym meczu, co oczywiście nie umniejsza jego postępku. W wyniku korupcji nie grał w meczach Reprezentacji Polski przez pół roku. To nie wszystko. Jego ówczesny klub - Zagłębie Lubin - domagał się przed Sądem w Legnicy, na drodze postępowania cywilnego, zapłacenia mu przez Piszczka (oraz Michała Chałbińskiego) sumy 300 000 PLN. Klub chciał tym samym oddania im pieniędzy jakie Wydział Dyscypliny PZPN nałożył na nich za udział (pośredni) w piłkarskiej korupcji (dodatkowo odjęto Zagłębiu \3 punkty w tabeli). Sam Piszczek tłumaczył się młodym wiekiem i tym, że w drużynie była ustalona hierarchia. Podobno "musiał" się podporządkować. Bulwersujące jest przede wszystkim to, że później w jednym z meczów reprezentacyjnych...przywdział opaskę kapitana! Innym piłkarzem "umoczonym" w korupcję jest Andrzej Woźniak. Starsi kibice zapewne kojarzą to nazwisko. To ten bramkarz z łysiejącą głową, który zagrał genialne spotkanie z Francją na Stade de France w 1995 roku (1:1, eliminacje EURO 1996). Zarzuty korupcyjne dotyczącą strefy piłkarskiej kiedy już nie był czynnym piłkarzem. Księcia Paryża (bo taki przydomek przylgnął do niego po meczu z Trójkolorowymi) zatrzymało CBA (Centralne Biuro Antykorupcyjne) w 2008 roku. Woźniak przyznał się do ciążących na nim zarzutów. Sąd skazał go na karę 2,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata, zapłatę 30 000 PLN grzywny, zakaz pracy w sporcie na okres 1 roku oraz pokrycie kosztów sądowych. W tym samym roku (2009) Wydział Dyscypliny PZPN ukarał go 5-letnią dyskwalifikacją oraz grzywną (10 000 PLN). I na "deserek" Janusz Wójcik. Człowiek "nietuzinkowy" :) Wójcik prowadził piłkarską drużynę olimpijską (1989-92) i osiągnął z nią niebywały sukces - wicemistrzostwo olimpijskie w 1992 roku! Prowadził także dorosłą Reprezentację Polski (1997-99), ale bez większych sukcesów. Tyle pochwał. Wójcik jest znany również z niesławnych czynów. Zanim ukarano go za ustawianie meczów piłkarskich, Sąd skazał go za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Dostał za to 10 000 PLN grzywny do zapłaty oraz 2-letni zakaz prowadzenia samochodu. W 2008 roku został zatrzymany za udział w aferze korupcyjnej. Miało to dotyczyć jego pracy trenerskiej w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki w 2004 roku. W 2012 roku Wydział Dyscypliny PZPN nałożył na niego 4-letnią dyskwalifikację, a w 2014 roku Sąd we Wrocławiu ogłosił wyrok. Wójcika ukarano karą 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat, 2-letnim zakazem pracy jako trener piłkarski oraz zapłatą grzywny w wysokości 65 000 PLN. Warto napisać, że były trener kadry przyznał się do winy i wyraził żal. Janusz Wójcik znany jest ze swoich krytycznych i bezpośrednich wypowiedzi. W środowisku futbolowym mówią na niego Strażak - bo potrafi "zrobić wynik" z zespołem, który był w kryzysie ("gasi pożar"). Teraz już wiemy, że czasem "gasił" za pomocą...korupcyjnych pieniędzy.
            [Era Leo]
Kiedy pracę z kadrą zakończył Paweł Janas i obrano nowego "zarządcę" w osobie Leo Beenhakkera, chyba nikt nie sądził że jest to aż tak nietuzinkowa osoba i że nudno nie będzie. Holendra, który rozpowszechnił w Kraju nad Wisłą takie angielskie frazy jak: "step by step" czy "international level", dotyczyły przynajmniej dwie intrygujące historie. Pierwsza unaocznia się nam "miłość" do Feyenoordu Rotterdam. Z tym klubem łączą go zażyłe relacje, wszakże to jego rodzinne miasto. W sumie to nic kontrowersyjnego, ale... czy godzi się "doradzać" klubowi w Holandii, gdy pracuje się jako selekcjoner Reprezentacji Polski? Moim skromnym zdaniem Leo "dał plamę", zachowując się nieelegancko wobec swoich pracodawców z PZPN i zwykłych polskich fanów. Co prawda PZPN "nie pomyślał" i nie zastrzegł tego w umowie z nim, jednak klasę człowieka (raczej jej braku) nie możemy zakryć "papierkiem". Holender wpadł na pomysł, aby pełnić funkcję doradcy wymienionego klubu po nieudanym dla siebie i Polski EURO 2008. Widać jego zaangażowanie dla Biało-czerwonych wyraźnie wtedy spadło. Leo nie był lubiany w polskiej centrali piłkarskich. Mówiło się o jego arogancji, "olewce" czy wybuchowym charakterze. Do kiedy były wyniki (pierwszy w historii awans do finałów EURO) to przymykano na to oczy. Później jednak sytuacja się odmieniła - Polsce i Leo było sobie nie po drodze. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zakończyć wzajemną współpracę po EURO 2008, a nie przedłużać na eliminacje Mundialu 2010. I właśnie zbliżamy się do drugiego "szumu" z Beenhakkerem w tle. Skandaliczne zdarzenia miały miejsce 9 września 2009 roku po klęsce naszych Orłów w Mariborze z gospodarzami, Słowenią (0:3). Po tym meczu jeśli nie do końca, to przynajmniej znacznie zmniejszyły się szanse naszej kadry na awans do finałów Mundialu 2010 w RPA. Ówczesny prezes PZPN, Grzegorz Lato, zwolnił Holendra ze stanowiska trenera...przed kamerami TV! Dodam, że uprzednio nie poinformował o swojej decyzji samego zainteresowanego. No cóż, "Grzesia standardy" :D O usunięciu Leo od sterów naszej Reprezentacji się już zanosiło od dłuższego czasu, ale trzeba do umieć zrobić z godnością i szacunkiem. Później prezes Lato miał szukać Beenhakkera po stadionie i kiedy go wreszcie odnalazł, to przeprowadził "ważną rozmowę" na...parkingu. To jeszcze nie koniec rabanu. Holender nie powrócił z naszymi piłkarzami do Polski, tylko wybrał się do swojego rodzinnego kraju i w tamtejszych mediach nie oszczędził gorzkich słów pod adresem Laty. Miał nawet powiedzieć o nim coś w stylu, że "za dużo wypił alkoholu". Jakiś czas po tej żenadzie w Słowenii, Grzegorz Lato tłumaczył całe swoje postępowanie względem Beenhakkera, pewnym zdarzeniem z polskiej szatni. Ponoć po tym nieudanym spotkaniu chciał spotkać się z trenerem i piłkarzami, ale Leo...trzasnął mu drzwiami przed nosem, więc "nie mając wyboru" zdymisjonował go najpierw publicznie.
            [Kibice też dali plamę]
Kibiców mamy (co do zasady) wspaniałych. Jednak były incydenty z ich udziałem, które śmiało możemy nazwać haniebnymi. Smutne wydarzenia miały miejsce w październiku 1977 roku w Chorzowie. Polscy piłkarze grali przeciwko Portugalii w ramach eliminacji Mundialu 1978. Zwycięstwo lub remis dawały nam bilety na argentyńskie areny. W pierwszej połowie, legendarnego gola zdobył Kazimierz Deyna. Ówczesny kapitan Biało-czerwonych pokonał bramkarza rywali...bezpośrednio z rzutu rożnego! Jaka reakcja polskich kibiców na trybunach? Oklaski? Radosna euforia? Bynajmniej. Co prawda na początku wiwatowali, jednak gdy zorientowali się kto jest autorem zdobyczy bramkowej, to rozniosły się ogłuszające gwizdy. Gdy trener Jacek Gmoch (prowadził wtedy Reprezentację) postanowił zdjąć z boiska bohatera meczu, to kibice ponownie pokazali "klasę", wygwizdując piłkarza Legii Warszawa. Właśnie o przynależność klubową rzecz się miała - na Śląsku stołecznego klubu, mówiąc delikatnie, "nie kochają" (część winy jest po stronie Legii, która pozyskiwała piłkarzy grożąc im tzw. "wojem"). Podobnie Deynę potraktowano we wcześniejszym meczu grupowym przeciwko Danii (wrzesień 1977 roku, 4:1). Wstyd. A tak na marginesie...z Portugalczykami zremisowaliśmy 1:1 i awansowaliśmy na Mistrzostwa Świata. Jeszcze większą infamią kibice (raczej "kibole", żeby nie obrazić normalnych piłkarskich fanów) okryli się 15 lat później. Miejscem akcji ponownie był Chorzów. Tym razem chodzi o spotkanie eliminacyjne do Mundialu 1994. W maju 1993 roku Polacy byli bliscy pokonania Anglików i po dobrym meczu zremisowali 1:1. Tak naprawdę Synowie Albionu byli zdecydowanie słabsi wówczas od naszych Orłów i powinni się cieszyć, że wywieźli z Polski punkt. Jednak wyczyn piłkarzy zakryli swoim "wyczynem" bandyci, górnolotnie zwanymi kibicami (oczywiście nie wszyscy zachowywali się skandalicznie, ale znaczna grupa). Od razu mówię, że angielscy kibice byli jak "potulne baranki", a całe "widowisko" stworzyła polska strona. Niesnaski istniały między samymi kibicami polskimi oraz ich całym środowiskiem a policją (wtedy już nie było milicji). Rozpoczęły się regularne boje. W ruch poszły pięści, policyjne pałki, betonowe elementy stadionu i pewnie wszystko "co pod rękę podeszło". To jednak nie wszystko...niestety. Przed meczem, jednego kibica pchnięto nożem w tramwaju, w skutku czego poniósł śmierć. W Katowicach natomiast obrzucono kamieniami hotel, w którym przebywali kibice z Anglii. Teraz jak czytam teksty osób, które z sentymentem odwołują się do tamtych wydarzeń, to aż chce się "dać w pysk" (przepraszam za kolokwializm). To jest zwykła hołota i kryminaliści. Rozpierają was hormony i nie macie jak je rozładować? To idźcie np. pobiegać. Jeśli to za mało, to idźcie do lasu i dajcie sobie "wp..." (przepraszam za wulgaryzm) z innymi frustratami, po uprzednim umówieniu oczywiście. Na stadionach nie ma dla was miejsca. Teraz jest już znacznie lepiej pod tym względem niż kiedyś (nie ma porównania na do lat 80-tych czy przede wszystkim 90-tych) i to cieszy. Czasem nawet atmosfera jest za spokojna - tzw. "stadionowi piknikowcy". Nie jest dobrze jak widz podczas meczu "wcina miskę bigosu", jednak o fruwających kamieniach nie może być mowy!
            [Kontener]
Jako Małopolanin jestem cały czerwony ze wstydu. Cała organizacja meczu towarzyskiego Polska-Australia to był mało śmieszny dowcip. Spotkanie odbyło się w sierpniu 2010 roku w Krakowie (obiekt Wisły Kraków). Problem w tym, że...poważnego meczu piłkarskiego wówczas nie powinno rozgrywać w tym miejscu! Obiekt budowany "lata świetlne" i zdecydowanie przepłacony. Nie zdążono ukończyć prac przed pojedynkiem z Australijczykami. Wyobraźcie sobie, że z 4 trybun tylko 2 było do użytku kibiców. Przed spotkaniem stwierdzono, że płyta boiska nie jest równomiernie naświetlona. Także parking to nieporozumienie (nawet ostrzegano kibiców, aby nie przyjeżdżali samochodami). Ale to nie wszystko! "Najzabawniejsza" była sprawa przebieralni zawodniczej, której...de facto nie było. Na szczęście zdążono wybudować jedną i nasi rywale mogli mogli przebywać w normalnych warunkach. Biało-czerwoni natomiast mieli do dyspozycji...kontener! Ponoć warunki w nim były wręcz ekskluzywne, jednak to nie zmienia faktu, że nie tak to powinno wyglądać. Nawet piłkarze nie polepszyli ogólnego wrażenia związanego z tym meczem, bo na boisku polegli 1:2. W jakim żyjemy państwie? To pachnie machlojką. Jak ktoś zawodzi, więc niech za to odpowiada (nie mam informacji czy za skandal z budową krakowskiego obiektu kogoś ukarano). Trochę profesjonalizmu w organizowaniu meczów piłkarskich, zwłaszcza jeśli gra Reprezentacja Polski.
            [Koszulka ważna rzecz]
(Obsydianowa rewolta) Nie brakowało absurdów na niwie strojów reprezentacyjnych. "W oczy kłuje" m.in. sprawa kontrowersyjnych koszulek barwy obsydianowej (czy obsydianu?). Myślę, że nawet niejedna pani (wiadomo, że my mężczyźni to "gatunek daltonistów" :D) nie ma pojęcia co to za kolor. "Stety-niestety" Polacy już wiedzą, że to odmiana granatowej barwy, a z niewiedzy wyprowadzili nas "łaskawie" eksperci jednej z amerykańskich marek odzieży (jej nazwy nie wymie"N"ię :D), która oficjalnie ubiera naszą kadrę. Dobrze, że naprawiono błąd (Polska w "obsydianie" zagrała tylko jeden mecz - 3 marca 2010 roku z Bułgarią) i wyprodukowano "tradycyjne" stroje. Czy to burza w szklance wody? Być może. Są oczywiście głosy, że to krótkotrwała decyzja, że tylko na wyjazdy, że na sparingi, że siatkarze też często grają w ciemnych strojach, że nawet nasza Reprezentacja Polski miewała w przeszłości różne barwy. Istnieje możliwość, że zamieszanie wywołały pewne jednostki czy środowiska, by jakoś na tym skorzystać. Nawet gdyby, to...wara od takich pomysłów! Moi mili nie dajmy robić sobie "wody z mózgu". Tu chodzi o naszą tożsamość. Żyjemy w czasach, w których musimy usilnie dbać o to, aby nasza kultura, język czy wspomniane barwy zachować dla przyszłych pokoleń i żebyśmy nie "rozpuścili" się w globalnej "masie". Szanujmy siebie i zwracajmy na to uwagę. Damy palec to stracimy rękę. Tu chodzi o świadomość bycia Polakiem. Wiem, że to pompatyczna mowa, ale tak jest i trzeba to mówić. Naszymi znakami są: biel, czerwień i biały orzeł w koronie. Kropka. ("Logoptak") Apropos naszego godła... Poprzednicy "Bońka i spółki" wpadli na "genialny" pomysł, by usunąć z reprezentacyjnych koszulek..."orzełka". No trzymajcie mnie. "Bezmózgowców" nie brakuje w naszym państwie :/ Sam prezes Lato, który zapewne sam całował po zdobyciu bramki ów emblemat Polski, teraz jest twarzą pomysłu wymazania go z naszej piłki. Powód? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o...sami wiecie o co. Ponoć przez ten "zabieg marketingowy" zwiększy się związkowy budżet. Nie jestem ekspertem od reklam czy umów handlowych, ale nawet gdy jest w tym działaniu sens ekonomiczny, to nie wszystko jednak jest na sprzedaż drodzy panowie decydenci z PZPN. Acha..."orzełek" został zastąpiony tzw. "logoptakiem", który jest znakiem rozpoznawczym PZPN. Na szczęście z tego pomysłu ( bodaj częściowo, ale jednak) także się wycofano i "orzełek" pozostał. (Korony brak) To jednak nie wszystko. Mniej znana jest inna ingerencja w wygląd odzienia naszych reprezentantów. Tym razem na mniejszą skalę, ale jednak, stworzono koszulki z "orzełkiem"...ale bez jego ważnego atrybutu, czyli korony. Chyba starszemu pokoleniu nie muszę tłumaczyć, że Orzeł bez korony był godłem PRL-u. Tym razem na "łebski" pomysł wpadła inna firma, tym razem z Niemiec (ich n"A"zwy też nie wymienię :D). Tłumaczono tą decyzję tym, iż to tylko kolekcja okolicznościowa i limitowana. Nawiązuje ona do polskich strojów na Mundialu 1974, kiedy właśnie wspomniana firma ubierała naszych piłkarza. Miejmy nadzieję, że idiotyzmów w temacie polskich strojów w przyszłości już nie będzie.
Na tym zakończymy część I naszej analizy. Przyznacie, że trochę tych nieprzyjemnych historii przetoczyło się przez naszą "wielką" piłkę. Nie będę teraz uchylał rąbka tajemnicy co będzie w części II (i ostatniej), bo jak przeczytacie to sami się dowiecie :))) Powiem tylko, że głośnych spraw odnośnie poczynań naszej kadry i jego otoczenia nie brakuje. Publikacja następnego postu spodziewajcie się już wkrótce. Tymczasem miłego dnia/wieczoru. Do "zobaczenia". Czołem! :-)

piątek, 31 października 2014

(Temat 15) "Polska mistrzem świata!"

Kłaniam się moi drodzy. Dzisiejszy temat będzie bardzo miły, bo będę pisał o specyficznych sukcesach Biało-czerwonych. Już uprzedzam was, że nasi gracze jak do tej pory nigdy nie dostąpili zaszczytu zdobycia Pucharu Świata, więc siłą rzeczy nie nad tym będziemy toczyć dysputy. Nie chodzi też o popularną przyśpiewkę naszych kibiców, która leci jakoś tak: "Już za 4 lata! Już za 4 lata! Polska będzie mistrzem świata!" (wybaczcie jeśli fałszuję :D). Zanim powiem o co chodzi, to przyznam że idea pisania właśnie o tym, powziąłem po wyczynie Polaków w meczu z Niemcami. Miało tam miejsce bardzo ważne wydarzenie, które niektórym chyba umyka. Polacy "pobili" aktualnych mistrzów świata! Dzisiaj przedstawię wam inne przypadki, kiedy nasi piłkarze w przegranym polu pozostawili najlepsze reprezentacje świata. Błędem jest sądzić, że do czasu triumfu nad drużyną Joachima Löwa nigdy przedtem nie zwyciężyliśmy zespół, który byłby zwycięzcą ostatniego Mundialu (mówiąc wprost drużyny aktualnych mistrzów świata). Takie zdarzenie miało miejsce w historii 4-krotnie. Jak łatwo jest się domyślić, większość tych sukcesów miało miejsce w najlepszym okresie gry naszej Reprezentacji, a więc w latach 70-tych i 80-tych. Omówię te historyczne spotkania. Ostatni z Niemcami to raczej kurtuazyjnie, bo już swego czasu się o nim rozpisałem, ale o 3 pozostałych warto skreślić parę zdań na ich temat i próbować ukazać rozmiary tych sukcesów. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami post ten ma być względnie krótki, aczkolwiek istnieje możliwość iż się "nie wyrobię":))) Gramy...znaczy, zaczynamy! :)))
Pierwsza konfrontacja z "reprezentacją mistrzów" nastąpiła w 1974 roku. Na Mundialu w Niemczech, który do dziś jest wspominany nad Wisłą z sentymentem i nostalgią, piłkarze w biało-czerwonych strojach stanęli naprzeciwko Reprezentacji Brazylii. Był to ostatni mecz obu ekip na tej imprezie, a stawka nie była błaha - miano 3 zespołu na świecie. Tak się złożyło, że drużyna Canarinhos wówczas formalnie była jeszcze mistrzem świata, którego zdobyła 4 lata wcześniej na meksykańskich boiskach. Oczywiście, finał Mundialu 1974 był już wcześniej dobrze znany (RFN-Holandia) i wiadomo było, że praktycznie ten tytuł stracili po klęsce z Holendrami (0:2) 3 dni wcześniej. Dopóki jednak sędzia nie zagwiżdże ostatni raz we wspomnianym finale, to piłkarze z Kraju Samby mogą przez jeszcze 1 dzień szczycić się z bycia najlepszą drużyną na całym globie. Mecz wygrali Polacy wynikiem 1:0, po legendarnym rajdzie Grzegorza Lato z 76 minuty meczu. Nasi zawodnicy ubrali się w jednolite czerwone stroje, natomiast ich rywali z Ameryki Południowej przywdziali żółte koszulki i białe spodenki. Na trybunach zasiadło niemal 75 tysięcy widzów, którzy byli świadkami niewątpliwie jednego z najważniejszych spotkań piłkarskich w historii Polski. W ogóle Grzegorz Lato miał "patent" na defensywę Brazylii. Otóż, popularny Bolek strzelił im aż 3 bramki w 4 oficjalnych meczach ( +2 mecze nieoficjalne - bez zdobyczy bramkowej). Dobrze, teraz przeanalizujmy jak wielkie było osiągnięcie "ekipy Górskiego" z tego meczu o 3 miejsce. Wygraliśmy mecz na najważniejszej imprezie futbolowej, ze słynnym zespołem i do tego mecz miał konkretną stawkę. Co prawda, wyjątkowo tamta edycja Mistrzostw Świata nie wyszła naszym rywalom. W jej składzie nie było już geniusza piłki nożnej, a mianowicie Pelé. Jednak sądząc, że Brazylia była w jakiejś totalnej przebudowie to wielka przesada. Porównując jej skład z finału Mundialu 1970 ze składem przeciwko Polsce parę lat później wynajdziemy 2 powtarzające się nazwiska (Jairzinho i Rivellino), a patrząc na pełne składy to odpowiednio 8 nazwisk. Canarinhos wystąpiło we wszystkich 20 edycjach Mistrzostw Świata, rozgrywając w nich 104 spotkania. Wyobraźcie sobie, że bodajże tylko w 15 meczach nie udało im się strzelić chociażby jedną bramkę rywalowi, a w tylko 6 meczach doznawali porażki "do zera". Teraz już widzicie, że polskie zwycięstwo 1:0 jest wydarzeniem niecodziennym. Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że w niemieckich Mundialu aż w 4 spotkaniach nie zdobyli ani jednego gola (kolejno 0:0, 0:0. 0:2 i 0:1), co jest pod tym względem ich najgorszym występem w dziejach. Nie umniejsza to jednak chwały Polaków. Prześledźmy teraz wyniki Brazylijczyków na przestrzeni czterolecia (1970-74, od finału Mundialu 1974 do spotkania z Polską). Rozegrali wtedy w sumie 38 meczów (oficjalne). Ich bilans wynosi: 23 zwycięstw - 12 remisów - 3 porażki (wszystkie "do zera"). Tak więc 60,5% triumfów przy 7,9% klęsk. Nie wliczając ich porażki z naszymi Orłami, zostali pokonani 3-krotnie: Włochy, Szwecję i Holandię. Widać, że przesadnie słabo nie grali, jednak byli w małym "dołku". Swych kibiców nie rozpieszczali, gdyż w 23,7% meczów nie trafiali do siatki rywali w ogóle, a w 36,8% udało im się to tylko raz. Oczywiście, należy uwzględnić fakt iż głównie były to mecze towarzyskie, a w sparingach gra się przecież różnie (chociażby wystawia się "alternatywny" skład), jednakże takie statystyki chlubą dla nich nie są. Nie potrafili pokonać m.in. zespołu Austrii (3 remisy, z czego 2 mecze rozegrali u siebie/austriacki team co prawda miał etykietkę solidnego, aczkolwiek potęgą nie byli), zespołu Meksyku (remis u siebie sławy im nie przynosi, a zespół ten w tamtym okresie był przeciętny, znacznie słabszy niż obecnie) czy Grecji (bezbramkowy remis, hmmm...słabiutko). Wśród wartościowych wyników należy wspomnieć dwa wyjazdowe remisy z Argentyną oraz cenne zwycięstwo nad drużyną RFN, na terenie rywala.
Następnie pokonaliśmy mistrzów Mundialu 1978, czyli Argentynę. Przyznam, że chyba tamten bój miał największy wymiar. Oczywista oczywistość, iż nie mógł się równać rangą ze wspomnianym wyżej meczu z Brazylią, bo z Albicelestes Polacy grali wyłącznie towarzysko. Nie mniej jednak Reprezentacja Polski, trenowana wówczas przez Ryszarda Kuleszę, ograła rywala na ich terenie i mimo przegranej pierwszej połowy! Argentyńczycy nie zwykli doznawać klęsk na własnym "podwórku", tym bardziej że tytuł mistrzów świata zdobyli na własnym terenie, więc przyjezdnym reprezentacjom było tam niezwykle ciężko. Proszę sobie wyobrazić, że od przegranej z Polską aż do dnia dzisiejszego Argentyna u siebie bodajże rozegrała 182 oficjalnych meczów międzynarodowych, z czego przegrała tylko 8 razy (jedno po serii rzutów karnych)! Po klęsce z Polską musieli "czekać" aż 10 lat na kolejną "lekcje futbolu" przed argentyńskimi trybunami. Co jednak z naszym triumfem? Mecz rozegrano pod koniec października 1981 roku w stolicy Argentyny, Buenos Aires. Miejscem spotkania był Estadio Monumental (ten sam, gdzie odbył się finał Mistrzostw Świata i Argentyńscy gracze wznieśli nad swoimi głowami puchar dla najlepszej drużyny imprezy). W tamtym okresie Biało-czerwoni rywalizowali często z tym rywalem. W 1978 roku, podczas wspomnianego Mundialu, obie ekipy rozegrały mecz. Na obiekcie w Rosario (rodzinne strony Lionela Messi) przegraliśmy 0:2 i tym samym straciliśmy definitywne szanse gry o medale. Mecz miał niezwykły przebieg, gdyż jeden z obrońców argentyńskich wybił ręką piłkę z własnej bramki. Sędzia zarządził "wapno". Właśnie wtedy Kazimierz Deyna zmarnował "jedenastkę". Później zagraliśmy jeszcze raz z nimi, znów przegrywając (tym razem 2:1). Rok po tym spotkaniu i dokładnie na tym samym stadionie, Polacy udanie się zrewanżowali - i ten mecz jest niwą naszych rozważań. Kiedy pod koniec pierwszej połowy Argentyńczycy zdobyli gola z rzutu wolnego, wydawało się że znowu będziemy tylko tłem dla gospodarzy. Jednak parę minut po wznowieniu drugiej części gry, udało się naszym graczom wpakować piłkę do bramki przeciwników. W 70 minucie natomiast wyszliśmy na prowadzenie, które utrzymaliśmy do końca meczu. Świetnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się wówczas Zbigniew Boniek. Popularny Zibi umieścił futbolówkę w samym okienku bramki. Stadiony świata! Gol podobny i prawie tak piękny jak ten, którego trafił zespołowi RFN z maja 1980 roku (niestety nic nie dał Biało-czerwonym, gdyż przegraliśmy wtedy 1:3). Gacze w biało-błękitnych pasach na koszulkach między finałem Mundialu 1978, a przegraną z nami rozegrali 23 oficjalne mecze (jeden "półoficjalny" z Irlandią). Oprócz 4 spotkań w ramach Copa América 1979, resztę można uznać za sparingi (trzeba pamiętać, że wtedy jeszcze mistrz świata nie grał w kwalifikacjach do Mundialu, lecz miał udział zapewniony "z urzędu"). Argentyńczycy nie radzili sobie idealnie, doznając kilku porażek. Jednak przed własnymi kibicami co najmniej remisowali. Doznali porażek z (kolejno): Boliwią, Brazylią, RFN, Jugosławią i Anglią. Ich łączne osiągnięcia to: 11 zwycięstw - 7 remisów - 5 porażek.
Pora na trzeci mecz. Tym razem będzie to drużyna Italii. Przyznam, że to zwycięstwo najmniej cenię spośród tych 4 czterech. Odnieśliśmy je u siebie, a więc przewaga była po naszej stronie. Niemniej jednak zwycięstwo smakuje wyjątkowo, gdy dokonuje się go przy własnych kibicach. Po kolei jednak. W listopadzie 1985 roku podejmowaliśmy w meczu towarzyskim Reprezentację Włoch. Przy zimowej aurze (widać pierzynę ze śniegu poza boiskiem) Biało-czerwoni z kwitkiem odprawili znacznie bardziej utytułowaną od siebie drużynę. Co prawda wynik skromny, bo 1:0, ale jednak zwycięstwo. Historycznego gola zdobył pod koniec meczu strzałem zza "16-stki" Dariusz Dziekanowski (wówczas już gracz Legii Warszawa). Gracze z Półwyspu Apenińskiego byli wtenczas aktualnymi mistrzami globu, które wywalczyli na hiszpańskich boiskach podczas Mundialu 1982. Polacy już wtedy dobrze znali tego rywala, gdyż na tej imprezie grali aż dwukrotnie z popularnymi Azzurri. Najpierw w fazie grupowej obie ekipy zagrały na 0:0, by później toczyć bój o finał imprezy. Niestety Polacy (w tym meczu z powodu kartek nie zagrał najlepszy wówczas polski zawodnik - Zbigniew Boniek) nie dali rady i polegli 0:2. Z kolei 8 lat wcześniej na Mundialu 1974 obie ekipy spotkały się w grupie i Reprezentacja Polski zagrała jeden z najlepszych spotkań w swej historii wygrywając 2:1 (skutkiem czego włoska drużyna pożegnała się z imprezą). Wracając do "naszego" meczu. Nie darzę go nadmierną estymą. Dlaczego? Jest kilka powodów. Pierwszy - termin. Mecz rozegrano w listopadzie i zapewne chłód doskwierał zawodnikom. "Południowcy", co nie powinno dziwić, gorzej znoszą rześkie warunki. Niewątpliwie był to dla naszych Orłów w tym spotkaniu znaczący handikap. Może niektórzy z was moi mili pamiętacie pojedynek obu ekip z 2003 roku. Tamten towarzyski pojedynek, który rozegrano w Warszawie, również odbył się w listopadzie. Jaki wynik? 3:1 dla naszych. Do dziś pamiętam z tamtego meczu oprócz gola Jacka Krzynówka również...rękawiczki. Było na tyle chłodno, że gracze poubierali sobie je na dłonie, nawet polscy (no cóż, nie każdy ma werwę jak Sławek Peszko :D). Drugi - miejsce. Nie ma co się rozwodzić dłużej nad tym, bo wiadomo że "lżej" się gra, gdy trybuny Ci dopingują. Oczywiście, gra się w różnych miejscach i ten powód proszę traktować raczej kurtuazyjnie :) Trzeci - forma przeciwników. Włosi nie odnosili "specjalnych" rezultatów od czasu sięgnięcia po Puchar Świata. Już w pierwszym swoim meczu po pamiętnym finale z RFN na Estadio Santiago Bernabéu (przypomnijmy, było wtedy 3:1 dla Italii) doznali porażki. Było to w październiku 1982 roku grając na własnym terenie przeciwko Szwajcarii (0:1). Rok 1983 to ogromna niemoc tego zespołu i włoscy kibice woleliby o tym nie pamiętać. Rozegrali wtedy 7 spotkań i bez jednego towarzyskiego reszta w ramach eliminacji EURO 1984. Wygrali 2 razy, 1 zremisowali i aż 4 razy schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami (m.in. bolesna klęska u siebie ze Szwecją 0:3). Rok 1984 był już znacznie lepszy - przegrali tylko z RFN 0:1 (u siebie, ale wstydu nie ma) czy bezbramkowo zremisowali z USA. Na samym końcu jeszcze odprawili nasz zespół (0:2). No i wreszcie pamiętny rok 1985. Zanim przegrali z Polską, musieli uznać wyższość Norwegi (1:2) i słabo radzili sobie na wyjazdach (z 3 spotkań aż 2 były na remis). Łącznie rozegrali wtedy 25 spotkań (10 zwycięstw/8 remisów/7 przegranych). Aż 28,0% meczów przegranych i puścili bodajże 22 bramki - co jak na ten zespół jest o wiele za dużo. Jak widać, zespół ten nie był w tamtym czasie w szczytowej dyspozycji. Zresztą Włosi tak mają, że w ich grze na przestrzeni lat widać taką amplitudę jakości - przeplatają świetne wyniki na imprezach docelowych z wstydliwymi występami. No dobrze, nasi też nie byli wtedy topowym zespołem i tamto zwycięstwo było jednym z nie tak licznych, o których możemy po latach wspominać z dumą.
Nie będę w zasadzie rozważał zwycięstwa z Niemcami, bo jak już mówiłem, jego analiza nastąpiła w jednym ze wcześniejszych postów. Dodam tylko, że po Mundialu 2014 - zanim przyjechali do Warszawy - rozegrali tylko 2 mecze (porażka i zwycięstwo). Mamy sporo szczęścia, bo Niemcy nieco "obniżyli loty", pewnie w wyniku zdziesiątkowanego składu (rezygnacje z gry w kadrze bądź plaga kontuzji). Nie zamierzam oczywiście deprecjonować zwycięstwa Polski, ani myślę! Ograliśmy Niemców i cieszmy się :))) I tak dojechaliśmy do dzisiejszej mety. Mam nadzieję, że nasze zwycięskie potyczki z mistrzami świata to nie katalog zamknięty i w przyszłości uda nam się dokonać tego nie raz. Najbliższa okazja już w przyszłym roku - rewanż z Niemcami. Moi drodzy miłego dnia czy wieczoru i do następnego razu. Czołem! :-)

czwartek, 23 października 2014

(Temat 14) Europejskie puchary w sezonie 2014/15 (2)

Kiedyś w jednym z postów napisałem, że wrócę do tematyki europejskich klubowych pucharów - co teraz czynię. Akurat jestem stosunkowo niedawno po oglądnięciu spotkania Metalist Charków-Legia Warszawa, tak więc mam wiele "świeżych" przemyśleń w głowie. Miło się pisze o piłce zwłaszcza wtedy, gdy nasze kluby odnoszą sukcesy. Oczywiście będą też uwagi krytyczne, bo ich gra ma naprawdę sporo mankamentów. Zaczynamy więc.
Poprzestaliśmy omawianie poczynań naszych zespołów na przedostatniej rundzie kwalifikacyjnej (czy eliminacyjnej). Na placu boju pozostały wtenczas tylko dwa kluby - chorzowski Ruch i stołeczna Legia. Zwłaszcza gracze Ruchu zaskoczyli nas (pozytywnie) swoją postawą i pozwólcie, że wystartuję z analizą właśnie tego zespołu. Jak do tej pory Ruch Chorzów przeszedł dwie poprzednie fazy bez "skazy porażki" (zwycięstwo i 3 remisy). Bardzo dobrym prognostykiem na dalszą rywalizację były potyczki z duńskim Esbjerg fB. Nie będę się pochylał rzecz jasna nad tamtym dwumeczem, bo już to zrobiłem wcześniej, ale napomknę tylko iż polski klub odprawił swoich rywali "z kwitkiem", a bynajmniej faworytami do zwycięstwa nie byli. O awans do fazy grupowej Ligi Europy przyszło im rywalizować z ukraińskim Metalistem Charków. I tym razem, Chorzowianie nie byli stawiani w roli faworyta. Pierwsze spotkanie rozegrano w Polsce. Tu jednak warte podkreślenia, że nie rozegrano go na domowym obiekcie klubu w Chorzowie, lecz w niedalekich Gliwicach. Dlaczego? Coś tam w eterze przewija się temat kiepskiej jakości murawy chorzowskiej areny. Jednakże ów obiekt ma w tym roku problemów co nie miara. Swego czasu wojewoda śląski zamknął część stadionu (ponoć z powodów zachowań fanów), a nie tak dawno również policja wnosiła o zamknięcie go, kiedy wykryto "bombę"... Przejdźmy jednak do samego meczu. Mecz miał dwa oblicza. Do połowy przeważali "gospodarze" i nawet strzelili gola...nieuznanego. Powód prozaiczny: spalony. Druga połowa to już dominacja przyjezdnych. Jednak w drugiej części spotkania, tak jak w pierwszej, również żadna ze stron nie zdobyła gola (uznanego dodajmy). Spójrzy na statystyki strzałów. W ich liczbie minimalną przewagę mają gracze Metalista (8-7). Za to w strzałach w światło bramki nieznacznie lepsi okazali się zawodnicy Ruchu (2-1). Nie był to "wielki" mecz. Mimo to z dużą nadzieją patrzono w przyszłóść w Chorzowie. Wszakże bezbramkowy remis to wartościowy wynik.
Do rewanżu doszło tydzień po pierwszym spotkaniu, a więc 28 sierpnia. Zabawne, bo i w tym drugim meczu grano de facto na neutralnym terenie. Charków leży na wschodzie Ukrainy, toteż z uwagi na napiętą sytuację polityczną w tej części kraju postanowiono (decyzja UEFA) rozegrać ten mecz na Stadionie Olimpijskim w Kijowie. Zapewne znaczący wpływ na taki obrót sprawy miała polska strona, która nie chciała grać w Charkowie, tłumacząc że jest tam niebezpiecznie i grożąc przy tym swoim bojkotem. Metalist miał przewagę jednak w regulaminowym czasie bramki nie padły. Ekipy powtórzyły swój "wyczyn" z pierwszego meczu. Sędzia zarządził dogrywkę, w której emocji nie brakowało. Było już ponad 100 minut tego spotkania kiedy sytuacyjnie wybił przed siebie piłkę bramkarz Ruchu, Krzysztof Kamiński. Piłkę z niemal połowy boiska bez zastanowienia wstrzelił ponownie w jego pole karne jeden z graczy Metalistu. Doskoczył do niej Wołodymyr Homeniuk, który chciał "główką" skierować ją do bramki. Przeszkodził mu Kamiński, jednak uczynił to tak niefortunnie, że "piąstkując" futbolówkę znokautował rywala. Sędzia pokazał mu "czerwień" i musiał opuścić plac gry, a do tego został odgwizdany rzut karny. Na szczęście Ruchowi przysługiwała jeszcze jedna zmiana, bo w w innym przypadku któryś z jego kolegów grających na boisku musiałby ubrać bramkarski trykot. Z boiska delegowano Marka Zieńczuka i do bramki mógł wejść rezerwowy golkiper Niebieskich - Kamil Lech. Młody zawodnik (rocznik 1994) nie pomógł jednak swojej ekipie. Gol padł w 105 minucie meczu. W drugiej części dogrywki polskiemu teamu nie udało się jednak doprowadzić chociażby do remisu i mecz zakończył się ich porażką 0:1. Taki rezultat oznaczał ich definitywne pożegnanie z tą edycją Ligi Europy. Myślę, że zasłużenie odpadli. Nie byli znacząco słabsi w dwumeczu z Metalistem, jednakże w rewanżowym spotkaniu ich przeciwnicy byli aktywniejsi i efektywniejsi. W strzałach na bramkę wyraźnie wygrali wynikiem 23-7 (w strzałach celnych również, 8-4). Nie musimy się jednak wstydzić, lecz bić brawa graczom Ruchu Chorzów. Dokonali więcej, niż od nich oczekiwano i "prawie" awansowali do fazy grupowej.
Przejdźmy teraz do Legii Warszawa. Po odpadnięciu w dość kontrowersyjnych okolicznościach z kwalifikacji do Ligi Mistrzów, przyszło im rywalizować w IV rundzie (umownie) Ligi Europy. Tym razem na ich drodze stanęli Kazachowie - FK Aktöbe. Wyniki losowania przyjęto "nad Wisłą" z zadowoleniem, aczkolwiek podkreślano, by zachować koncentrację zwłaszcza w wyjazdowym spotkaniu. Na "wschodzie" często "idzie jak po grudzie". I właśnie rywalizację z tym rywalem rozpoczęli w Kazachstanie. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 i ku radości fanów Wojskowych to ich gracze odnieśli zwycięstwo. Bramkę strzelił w 48 minucie Ondrej Duda, który wykorzystał gapiostwo gospodarzy (rzut wolny pośredni). W rewanżu na Pepsi Arena w Warszawie zwycięstwo było jeszcze bardziej okazałe. Tym razem zwyciężyli w stosunku 2:0. Na liscie strzelców byli Michał Kucharczyk i Ivica Vrdoljak. Chorwat strzelił gola z karnego, co w jego przypadku nie jest tak oczywiste :))) Legia była po prostu lepsza w tej rywalizacji i zasłużenie awansowała do grupy Ligi Europy (w dwumeczu w strzałach celnych na bramkę wygrali 14-5).
Losowanie grup odbyło się 29 sierpnia w Monako. Wśród losujących był chociażby nasz wybitny bramkarz - Jerzy Dudek. Wyniki losowania trzeba uznać za bardzo pomyślne. Chyba nie było osób, które narzekałyby na "ciężkich" rywali. Ba! Nawet przed losowaniem trener i piłkarze Legii Warszawa mówili, że chcą trafić na możliwie trudnych rywali (w eterze pojawiał się np. Inter Mediolan), więc chyba...nie byli zadowoleni :))) Muszę przyznać, że nieco mnie zaskoczyły głosy dochodzące z warszawskiej drużyny. Otóż, po optymistycznej grze w ramach kwalifikacji do Ligi Mistrzów morale ekipy na tyle wzrosły, że już futurystycznie oznajmiano, iż zagrają w ścisłym finale (w tym roku na naszym Stadionie Narodowym w Warszawie). Hmmm...myślę, że to zbyt buńczuczne deklaracje. Zobaczymy jednak jak będzie - obym się w tej kwestii mylił. Wróćmy do rezultatu losowania. Legia trafiła (Grupa L) na Trabzonspor (Turcja), Metalist Charków (Ukraina) oraz KSC Lokeren (Belgia). Z tej trójki wydaje się być najsilniejszy zespół z Turcji, a pozostałe są raczej słabsze niż Legia. Terminarz tej grupy tak się ułożył, że pierwsze spotkanie Wojskowi rozegrali u siebie z Belgami. Mecz nie był wybitnym widowiskiem. Pierwsza połowa bez goli i z przewagą Legii. Po zmianie stron padła tylko jedna bramka. Kibice Elki byli uszczęśliwieni w 58 minucie tegoż spotkania, kiedy to Miroslav Radović zachował spokój i "plasem" wpakował piłkę do siatki. Druga połowa miała zgoła inny przebieg - KSC Lokeren przejął inicjatywę. Na nic się zdała ambicja przyjezdnych, bo wynik już nie uległ zmianie. Dodam tylko, że popularny Miro swoim golem zapisał się w historii Legii, gdyż został najskuteczniejszym jej strzelcem w międzynarodowych pucharach (w sumie ma 15 trafień).
Drugi mecz grupowy rozegrali dwa tygodnie później (2 października) na wyjeździe z Turkami. Chyba nie muszę podkreślać jak arcyważny był to mecz dla końcowego układu w tabeli. Mecz z najsilniejszym rywalem i do tego na jego terenie. Co prawda, Turcy ostatnio nie najlepsze notują wyniki, lecz "puchary" to "puchary". Mecz był też okazją do swoistego rewanżu za ubiegłoroczną edycję Ligi Europy. Wtedy to Legia również grała w grupie z Trabzonsporem i zanotowała dwie porażki (0:2 i 0:2). Mecz zaczął się świetnie dla Wojskowych, bowiem w 16 minucie już prowadzili. Michał Kucharczyk dostał długie podanie, "włączył drugi bieg" i mając dużo miejsca "poszedł na prawą nogę" i uderzył na bramkę. Na nic zdała się ambitna postawa obrońcy i bramkarza drużyny przeciwnej, bo piłka zatrzepotała w siatce koło lewego słupka golkipera. Legioniści kontrolowali mecz, a gospodarze przysłowiowo "bili głową o ścianę". Dodatkowo mieli przewagę mentalną, kiedy szkoleniowiec gospodarzy powędrował na trybuny. Krewki Vahid Halilhodzić (pamiętacie go zapewne z Mundialu 2014, na którym prowadził Reprezentację Algierii) za krytykę sędziego (padły "żołnierskie słowa") został ukarany przez sędziego. Zresztą już po bramce Kucharczyk manifestował, że polski napastnik był wtedy na pozycji spalonej. Trener, mający bośniackie pochodzenie, już zdążył w tym sezonie być wyrzucony na kibicowskie krzesełka w lidze tureckiej. Ta "barwna" postać już nawet w przeszłości prowadziła Trabzonspor, a teraz próbuje znów swoich sił w tym klubie. Dość o tej sprawie. W drugiej połowie to gospodarzy narzucili swój styl gry. Im bliżej końcowego gwizdka tym częstotliwość ich ataków była większa. Powiedzmy, że od 70 minuty tego meczu (umownie) koło "16-stki" Legii Warszawa była istna "turecka nawałnica". W nieprawdopodobnych okolicznościach piłka jednak nie wpadała do "polskiej" bramki. Świetnie spisywał się bramkarz Legii, który miał też szczęście (Turcy nawet raz trafili w poprzeczkę jego bramki). Przede wszystkim jednak, u graczy w bordowo-niebieskich pasach na koszulkach bardzo raziła w oczy indolencja strzelecka. "Cudem" Legia "dowiozła" rezultat 1:0 do końca meczu. Przyznam, że po tym spotkaniu przypomniałem sobie deklarację Legionistów o podboju Ligi Europy i uzmysłowiłem sobie, że to tylko mrzonki (obym się mylił jednak :D).
Sytuacja po dwóch kolejkach była wyśmienita dla Warszawian. Mają oni dwa zwycięstwa i przewodzą w swojej grupie. Teraz czekała ich potyczka z Metalistem, który był w zupełnie odmiennych nastrojach (zanotowali 2 klęski). Mecz rozegrano wczoraj o 18:00 polskiego czasu w Kijowie. W zasadzie Legia grała "u siebie", bo kibiców było niecałe 2,5 tysiąca i jak mniemam w przewadze byli fani "znad Wisły". Gracze Legii, którzy w tym spotkaniu grali w zielonych trykotach, pokazali w pierwszej połowie większą kulturę gry niż ich przeciwnicy. Stwarzali sobie więcej sytuacji bramkowych, co zaowocowało zdobyciem bramki w 28 minucie. Bramkarza rywali pokonał po indywidualnej akcji Ondrej Duda. W okolicach "16-stki", z boku boiska przejął piłkę, minął rajdem dwóch czy trzech graczy (jednemu założył tzw. "siatkę"!) i strzelił pod poprzeczkę. Bramkarz był bez szans. No cóż...stadiony świata moi mili! W drugiej połowie emocji było chyba jeszcze więcej. Optycznie lepiej prezentowali się gracze z Charkowa. Nie mniej jednak Michał Kucharczyk już na początku drugiej części spotkania zdecydował się na indywidualny rajd w pole karne i obrońca przeciwnej drużyny spóźnionym wślizgiem powalił go na murawę. Decyzja: rzut karny. Do piłki podszedł kapitan drużyny, Ivica Vrdoljak. Uderzył niezbyt mocno, nisko koło lewego słupka bramkarza. Niestety dla niego i drużyny bramkarz obronił jego strzał. Chorwat aż przykląkł po swoim "wyczynie". W tym sezonie w europejskich pucharach podchodził już bodajże 4 razy do piłki ustawionej na 11 metrze i...3 razy nie udawało mu się pokonać bramkarza! Może czas pomyśleć o zmianie egzekutora "jedenastek"? To nie koniec. Ledwo Legia zmarnowała "karniaka", a ich bramkarz wyciągał piłkę z siatki. Ukraińcy zdobyli bramkę głową z bliskiej odległości, jednak w obozie Legii pojawiła się ulga, gdy sędzia liniowy uniósł chorągiewkę do góry - pozycja spalona. Legia oddała pole "gospodarzom", którzy mimo przewagi nie potrafili udokumentować ją strzeleniem gola. W 69 minucie meczu Ivica Vrdoljak zagrywa piłkę ręką we własnym polu karnym. Około 17 minut po tym jak sam zmarnował swojego "karniaka" daje się wykazać w tym elemencie piłkarskiego rzemiosła swoim przeciwnikom. Do piłki podchodzi Jajá i...marnuje swoją szansę. Vrdoljak tym samym unika totalnego blamażu. Trzeba tu pochwalić bramkarza Legii, który nie dał się pokonać mocnym strzałem pod tzw. "rękawicę". Wynik się już nie zmienił. Ostatecznie Legia pokonuje Metalist 1:0 i już bardzo się przybliża do awansu z grupy i to z pierwszego miejsca.
Moim skromny zdaniem gra Legii w każdym kolejnym meczu grupowym ma tendencję zniżkującą. Na początku przygody z Europą byli "w gazie", który teraz z czasem nieco "zszedł". Może moją opinię zakrzywia ostatni mecz. Wiecie, Legia nie grała tam optymalnym składem (Tomasz Brzyski i Miroslav Radowić pauzują z powodu kontuzji czy Michał Żyro, który ma przerwę za "czerwień" z Trabzonsporem), jednak ponoć Legia ma szeroką ławkę rezerwowych i dwie "równorzędne" jedenastki. Spostrzegłem też "asymetryczne" połowy. W pierwszej Legia gra spokojnie, neutralizuje swoich rywali, utrzymuje się przy piłce i ma sytuacje bramkowe. W drugiej zaś sytuacja się zmienia, oddają pole i częściej gra toczy się na ich połowie. Ja wiem, że często to jest spowodowane tym, że mają korzystny wynik i się cofają, jednak najlepszą obroną jest atak, a nie wycofywanie się. Zresztą czy przystoi takiej drużynie jak Legia by przeciętny Metalist dyktował przebieg gry? Wszakże to zespół z problemami, najlepszy ich zawodnik wrócił do kraju, a właściciel chce ponoć klub odsprzedać. Drużyna bez gwiazd w składzie. Co do zawodników Legii Warszawa, to Michałowie Kucharczyk i Żyro są w formie i myślę, że pan Adam Nawałka powinien się im bliżej przyjrzeć odnośnie Reprezentacji Polski. Nie podoba mi się Jakub Kosecki. Serce do gry ma (chyba geny po tacie :D), ale ma problemy z jakością gry. W meczu z Metalistem był jakiś "roztargniony", "nie czuł piłki", w zasadzie tylko początek miał fajny. No i tracił piłkę na swojej połowie - Jakub, tak nie wolno! I jeszcze coś o Orlando Sá. Jak dla mnie to "przepłacony" piłkarz. Nic nie pokazał w Kijowie. Oczywiście go nie skreślam, ale jeśli ktoś mi powie że to niezbędny zawodnik dla drużyny, to okraszę takie tezy tylko uśmiechem. Teraz coś pozytywnego - Legia gra "na czysto". Zespół nie traci goli, choć mówiąc, że defensywa jest monolitem to bym "koloryzował" rzeczywistość. Robią błędy, jednak mają przy tym dużo szczęścia. Wreszcie polski zespół umie grać "na wynik", nawet jeśli ich gra nie jest porywająca. Wracając do bramek, i jeśli dobrze liczę to stracili tylko 2 bramki w 9 meczach pucharowych (liczę słynny walkower jak 2:0 dla Wojskowych). Za dwa tygodnie rewanż z Metalistem na Pepsi Arena i jeśli nie padnie tam zaskakujący wynik, to już po 4 kolejce mogą zapewnić sobie play-off Ligi Europy w sezonie 2014/15.
Moi drodzy na razie to tyle. Jeszcze macie powyżej w tabelce ujęte 10 emocjonujących dwumeczów z IV rundy kwalifikacyjnej. Może jeszcze kiedyś napiszę coś o sytuacjach w innych grupach. Sprawą pewniejszą jest, że wrócimy jeszcze do europejskich poczynań Legionistów. Tymczasem dziękuję wam, że i tym razem zdecydowaliście się poświęcić swój cenny czas, by tu zajrzeć i przeczytać zawartość. Żywię gorącą nadzieję, że fajnie się wam czytało. Jeśli macie inne zdanie odnośnie tego co jest w postach, to zawsze możecie skomentować to w komentarzach na dole strony. Nie przedłużając, trzymajcie się ciepło i zakupcie szaliki bo będzie coraz chłodniej :D Miłego dnia i do zobaczenia. Czołem! :-)

piątek, 17 października 2014

(Temat 13) Piłkarski cud

Marzenie się ziściło. Dokonaliśmy czegoś, co wydawało się niemal niemożliwe. Ach, aż teraz nie mogę w to uwierzyć. Szok pomieszany z radością. Pokonaliśmy Niemców! Jupi! :D Dla nas, Polaków, są pewne potyczki sportowe, które wykraczają poza sport. Tak to już jest z nami, że gdy po drugiej stronie barykady stoją Niemcy czy Rosjanie, to zwiększa się u nas mobilizacja i ekscytacja. Nie będę wam tu mówił czemu akurat te dwie nacje działają na nas jak ta przysłowiowa "czerwona płachta". Przecież wszyscy wiemy dlaczego tak jest, a jakbym zajął się genezą i analizą tego zagadnienia, to "posądzono" by ten blog mianem historycznego a nie sportowego :))) Tak więc czas wrócić do sportu, a jak nieco "odchylę się" na inne perspektywy to...no cóż, to jedna z moich rozlicznych wad i musicie mi wybaczyć :)))
Dobrze, pośmialiśmy się, ale już wracam do meritum tegoż postu. Jak widać kipię od dobrego humoru, co chyba nie dziwi po tym co zobaczyłem 11 października 2014 roku na Stadionie Narodowym. Oczywiście nie miałem zaszczytu, by moje pośladeczki zaznały krzesełek warszawskiego "gniazda", ale i tak oglądanie tego spotkania online dostarczyło mi taką dawkę szczęścia i euforii, że jeszcze jestem na "kacu". Ludzie, powiem to jeszcze raz, bo nie wierzę - ograliśmy Niemców! Uszczypnijcie mnie, bo może to piękny, ale jednak sen...ałaaa! Nie tak mocno :D No dobrze, przynajmniej wiem, że jestem na jawie. Ach, jest pięknie. O ile Rosjan często pokonujemy to z Niemcami już tak łatwo nam nie jest. Oczywiście mowa o futbolu. Na innych niwach sportowej rywalizacji jest bardziej różowo. Tak, że napomknę o fakcie, iż w tym roku kalendarzowym nasze zespoły drużynowe "biły" Niemców aż miło. Do tego nie były to jakieś tam sparingi, lecz mecze o punkty. Kanonadę rozpoczęli szczypiorniści, którzy dwukrotnie jedną bramką pozostawili Niemców w przegranym polu. Nasi "Gladiatorzy" jak zwykle dostarczyli nam spory zastrzyk wielkich emocji, a przebieg wyjazdowego rewanżu miał swoją dramaturgię - na szczęście w końcowym rozrachunku była salwa radości po polskiej stronie. Później przedstawiciele basketu (chyba nieoczekiwanie - wybaczcie nie jestem fanem koszykówki) okazali się dwukrotnie lepsi nad naszym zachodnim sąsiadem w eliminacjach do europejskiego czempionatu. No i gloria naszych "złotych" siatkarzy w półfinale tegorocznego mundialu, rozgrywanego zresztą na polskiej ziemi. Brakowało tylko sukcesu naszych piłkarzy...ale i Ci dołączyli do chwały naszego sportowego "oręża".
Trzeba być uczciwym i powiedzieć, że najtrudniejsze zadanie mieli właśnie futboliści i zwłaszcza ten triumf ma największą wagę. Wszakże, rywal ten był dla nas nieosiągalny - do października tego roku nigdy z nimi nie wygraliśmy. Około 80 lat rywalizacji, około 20 spotkań i...nic. Co najwyżej parę "remisików" i goli tyle co na lekarstwo. Z ekipą Die Mannschaft wyjątkowo było nam nie po drodze, szło nam jak krew z nosa. Pikanterii dodaje fakt, iż nie tak dawno zespół Niemiec okazał się najlepszy na świecie, gromiąc po drodze chociażby drużynę Canarinhos. Państwo, które ma bodajże drugą co do wielkości liczbę zarejestrowanych piłkarze. Kraj z wielką piłkarską tradycją, który tylko w w ostatniej dekadzie zdobyli 5 medali w Mundialach i Euro! Robi wrażenie? No ja myślę. Jak gdyby nic przyjeżdżają do Warszawy z pewnością zwycięstwa i obchodzą się wyłącznie smakiem. No wiem, że od teraz nie staliśmy się piłkarską potęgą. Spokojnie, jeszcze nam brakuje dużo, więc Ci co sądzą inaczej to są proszeni o zejście na ziemie. Nie chcę się chwalić, ale przewidywałem nasze zwycięstwo (we wcześniejszym poście). Tak tylko mówię :))) Nie ma co dokonywać szerokiej analizy przyczyn tego wielkiego zwycięstwa, ale parę zdań na ten temat wręcz trzeba skreślić. Zacznę od...Reprezentacji Niemiec. Na pewno ich problemy kadrowe czy "zachłyśnięcie się" zwycięstwem brazylijskiego Mundialu ułatwił nam zadanie. To samo z ich porażającym brakiem skuteczności. Jednak nie ma co ujmować chwały naszym piłkarzom. Mieli dobry dzień, ogromne zaangażowanie w grę, kupę szczęścia i wspaniałą publikę, która ich poniosła. Wiecie, kocham taką grę. Nie chodzi o samą grę, bo nasi piłkarze w tym meczu pokazali, że wirtuozami wielkimi nie są, Chodzi natomiast o ogromną ambicję oraz "serducho" do gry. Czułem dumę, jak nasi gracze rzucali się na piłkę, aby ją zablokować. Dawno tego nie czułem. To żaden przytyk w kierunku naszych Orłów, bo pewnie rzadko kiedy nie zaangażowali się w mecz kadry. Jednak w meczu z Niemcami widziałem, że "gryzą murawę". Aż chce się powiedzieć, że były krew, pot i łzy. Kibic zrozumieć potrafią wiele. Porażki też. Kibic nie zrozumie jednak tego, gdy gracze grają "na pół gwizdka". Wiec już za samą postawę na boisku "chłopaki Nawałki" mają szacunek fanów. Jednak za odniesiony wynik w meczu o punkty przechodzą do historii polskiej piłki. Tak, zostali legendami polskiej "kopanej". Kiedyś powiedziałem nawet, iż jeśli "przydarzy" nam się zwycięstwo nad piłkarzami z kraju Angeli Merkel, to autorzy sukcesu będą w chwale na długie lata - chyba się nie pomylę.
Wszystkim piłkarzom owacje na stojąco. Za "serducho" i wynik. Bez wyjątku, dla każdego z osobno jak i całej ekipę, piłkarzom na murawie i rezerwowym. Jednak paru osobom trzeba wystawić specjalną laurkę. Zacznę od człowieka, o którym wydaje się, iż mówi się chyba zbyt mało. Mowa o Adamie Nawałce - "ojcu sukcesu". Człowiek, za którym do tej pory wyniki bynajmniej "nie szły". Bardzo dobrze, że taki "kop-mecz" się udał chłopakom. Da to spokój Nawałce poprzez przychylność publiki. Może się skupić na pracy, a nie na obawie, że każdy kolejny mecz może być ostatnim. Oczywiście, należy się liczyć z pewną presją kontynuacji dobrych wyników, ale przecież stres to "chleb powszedni" każdego selekcjonera. Wracając do "kop-meczu" z Niemcami myślę, iż obrazowo sprawa wygląda jak z żaglowcem na pełnym morzu. Płynie pełna naprzód, gdy zacznie wiać wiatr w żagle. Tak też jest z naszą Reprezentacją. Zwycięstwo to napędzi ich "żagle", iż dopłyną aż do Francji w 2016 roku. Miejmy taką gorącą nadzieję. Pojawi się wewnątrz zespołu pozytywne myślenie i jedność - to tylko może wyjść jej na dobre. Wracając do zasłużonych, to nie sposób ominąć nazwisko Szczęsnego. Wojtek zagrał bardzo dobrze. Przypomina mi się jego postawa z meczu z Niemcami z...2011 roku z Gdańska. Tam też bronił wyśmienicie, nawet wyciągał trudniejsze piłki. Trzeba go pochwalić. Co do jego przyszłości i tym czy może zostać liderem kadry to będę ostrożny. Niby jest spokojny i pewny siebie, ale czasem "spala się" w meczu o stawkę (chociażby jego postawa z Grecją na EURO 2012). Ogromne słowa uznania dla Sebastiana Mili. Faceta nie da się nie lubić. Jak słuchało się jego pomeczowych wywiadów to usta same się uśmiechały. Nie jest on już młodzieniaszkiem (mam nadzieję, że Sebastian się nie obrazi) i emanuje mądrością oraz pewnością na boisku. Sam twierdzi, że zostało mu jeszcze kilka lat dobrej gry, więc jemu bardzo zależy by awansować z kadrą do finałów EURO - będzie to dla niego wisienką na torcie jego piłkarskiej kariery. A jego historia, spora nadwaga to wręcz niewiarygodne. "Szacun" dla niego. Kto jeszcze? Może Arkadiusz Milik. Chłopak ma papiery na genialnego gracza. Chociażby przez datę urodzenia (28 luty), czyli dokładnie wtedy kiedy wybitny polski snajper, Włodzimierz Lubański. Ba! Arek również poważną piłkę zaczął od gry w Górniku Zabrze, gdzie już pokazywał swój nieprzeciętny talent. Młody Tyszanin wyjechał na Zachód i długo nie mógł się odnaleźć, ale ostatnio pokazuje formę w Ajaxie Amsterdam i miejmy nadzieję, że będzie częściej grał w holenderskim klubie. Reasumując: brawo wszystkim chłopakom!
A teraz nieco o 3 meczu naszej kadry. Szkoci przyjechali do Warszawy, aby "napsuć krwi" naszym graczom. Wiadomo było, że będzie to piłkarski bój. Przyznam, że inaczej wyobrażałem sobie ten wynik i przebieg samego meczu. O ile przewidywałem zwycięstwo naszych Orłów nad z Niemcami, to już mecz następny mnie nieco zaskoczył. Trochę szkoda, że nie udało się wygrać. Jednak nie narzekam, gdyż 7 punktów po 3 pierwszych meczach trzeba uznać za sukces. Co mnie zaskoczyło? Po pierwsze wynik. Spodziewałem się niskiego rezultatu - "mecz o jedną bramkę". A tu aż 4 bramki, a mogłoby być i więcej. Niestety znów ukazała się nasza niemoc w grze defensywnej. Łukasze Szukała i Piszczek wybitnie słabo się prezentowali. Nader dużo zamieszania w naszych szykach obronnych robili szkoccy piłkarze. To mnie dziwi, bo wirtuozami nigdy oni nie byli i nie są. No dobrze, nasi rywali poczynili pewne postępy (zagrali lepiej niż w meczu z nami z marca tego roku), jednak nie przesadzajmy. Bardzo łatwo odrobili straty i przeważali w grze. Po drugie, właśnie wspomniany przebieg gry. Moi mili, Szkoci mieli zdecydowanie częściej piłkę przy nodze i wiedli prym w pojedynku z Biało-czerwonymi. To mnie dziwi. Jeżeliby szukać przyczyn takiej sytuacji to można upierać się nad brakiem sił naszych zawodników. Wiele kosztowało nas spotkanie z Niemcami. Nasi rywale grali "tylko" z Gruzinami u siebie. No, ale...skąd ten zryw naszych graczy po 70 minucie meczu? Wydaje się, że taktyka była taka by spokojnie wejść w mecz i czekać co zrobi rywal. Zwłaszcza, że obie ekipy nie preferują gry pozycyjnej. Jednak czy przystoi, by Polacy grając u siebie z takim rywalem jak ten we wtorkowy wieczór oddali im pole i cofnęli się pod własną bramkę? Odpowiedź jest oczywista. Wielka szkoda, że po strzelonej bramce nie "rzuciliśmy się" na przeciwnika. Przyznam, że w 12 minucie tamtego meczu mówiłem w myślach "jest świetnie" i jakby ktoś powiedziałby mi, że ten mecz skończy się wtedy 2:2 to byłbym wielce zdenerwowany. Jednakże biorąc pod uwagę, że przegrywaliśmy 1:2 i mogło być nawet 1:3, to należy cieszyć się podziałem punktów.
Znowu muszę pochwalić pana Sebastiana. Moi mili, od jego wejścia na boisko ożywiła nasze poczynania na boisku, coś działo się w środku pola gry. I to genialne dogranie piłki do Kamila Grosickiego i jego strzał w słupek - coś wspaniałego. Mila ma to "dotknięcie" piłki. Nie jestem jednak za tym by grał on od "pierwszego gwizdka". Myślę, że może on pełnić rolę typowego "asa z rękawa". Zawodnik, który wchodzi w pełni sił na podmęczonego rywala i ma nieco więcej pola do gry, gdy u rywala zmęczenie powoduje rozluźnienie dyscypliny taktycznej i współpracy między formacjami. Coś na kształt Tomasza Frankowskiego za ery Pawła Janasa na stołku selekcjonera. Brawo Krzysztof Mączyński, Arkadiusz Milik i Robert Lewandowski. Brawo Kamil Glik. Akurat nasz stoper nie zagrał tak dobrze jak z Niemcami, jednak harował na boisku, a "rozwalony" łuk brwiowy jest bardzo wymowny. Wreszcie Kamil Grosika Grosicki, które jestem bardzo wielkim zwolennikiem w kadrze. To jak robi przysłowiowy "szum" na murawie jest nader pożyteczne. I ta jego akcja w drugiej połowie - rajd i dośrodkowanie w pole karne. Lewandowski nieco przygaszony - zwłaszcza faulem w 10 minucie gry (atak wyprostowaną nogą bez kartki!), jednak walczył zastawiał się i mimo bólu i kulejącej nogi dograł do końca spotkania. Brawo Lewy. A Arkadiusz Milik? Trochę marnował sytuacji, z tą nieskuteczną główką z bliskiej odległości. Jednak znów zdobył gola, chłopak coś ma. Myślę, że jeśli zgra się z Robertem Lewandowski to będą oni bardzo groźni dla kolejnych rywali naszych Reprezentantów. Bardzo trafnie ujął Arek to ile daje Lewy dla kadry w jednym z wywiadów. Stwierdził on, że obrońcy głównie skupiają się nad kryciem naszego najlepszego napastnika, przez co on ma więcej miejsca. Myślę, że to świetnie. Nawet jeśli Lewandowski nie strzela goli i asystuje, to samą swoją obecnością na murawie pomaga zespołowi skupiając na swojej osobie uwagę defensorów. Kto jest zawodem meczu? Sędzia meczu - Alberto Undiano Mallenco. Myślałem, że jako Hiszpan nie pozwoli na ostrą grę. Było wiele fauli, które były bez odzewu z jego strony. A faul na Robercie Lewandowskim to już kompromitacja. Ten hiszpański rozjemca piłkarski miał etykietkę "kartkowicza", jednakże chyba "zgubił" owe kartki, gdyż rzadko kiedy ich używał. Słabiutko panie Alberto. Sam mecz mógł się jednak podobać. Miał dramaturgię, gole i zwroty akcji. Do końca nie było wiadomo jak mecz się zakończy. Do rangi symbolu urasta lejąca się krew z głowy Kamila Glika, dziura w ochraniaczu Lewandowskiego, słupek Grosickiego. Do tego te zrywy w grze Biało-czerwonych. Po prostu mecz był wielkim widowiskiem (chodzi oczywiście o emocje, bo gra pozostawiła wiele do życzenia).
Acha...skleroza nie boli. Przecież jestem winien wam paru słów o zawodniku, który pokazał się z bardzo dobrej strony w tym spotkaniu. Mowa o Arturze Jędrzejczyku. Piłkarz grający w rosyjskiej ekstraklasie jest w ewidentnym "gazie". Zagrał bardzo pozytywnie, nie bał się ofensywnej gry, a idealnym podsumowaniem jego gry była bramkowa asysta do Arkadiusza Milika. Zagrał zdecydowanie lepiej niż jego kolega z drugiej strony boiska (Łukasz Piszczek). Myślę, że Adam Nawałka ma pozytywny ból głowy na kogo postawić na tej pozycji - w alternatywie jest Jakub Wawrzyniak i Sebastian Boenisch.
Dobrze, słowem podsumowania, gratuluje chłopakom tych 4 punktów i liczę na więcej. Teraz arcyważny pojedynek w Tibilisi z ekipą Gruzji. Będzie ciężko, ale musimy tam pojechać jak po "swoje". Jeżeli zagramy przynajmniej tak jak w ostatnim meczu i polepszymy grę w "tyłach" to będzie świetnie. Myślę, że będziemy blisko awans, jeśli wygramy oba mecze z Gruzją i Gibraltarem i pokonamy na Stadionie Narodowym zespół z kraju św. Patryka, czyli Irlandię. Trzeba też coś ugrać na wyjazdach z groźnymi rywalami (Niemcy, Irlandia i Szkocja) i będzie pięknie. Paradoksalnie, gdy zajmiemy 3 miejsce w grupie to nie będzie za łatwo awansować - trudniej niż w rywalizacji z zespołami naszej grupy. Jest wiele niespodzianek i bardzo uznane marki mogą zagrać w barażach, np. Portugalia, Czechy, Holandia, Bośnia i Hercegowina, Grecja, Norwegia... Łatwo z takimi rywalami bynajmniej nie będzie. Zobaczymy jednak jak będzie. Nie pękać chłopaki! :)
A teraz czas, chce się rzec tradycyjnie :), na przegląd tego co działo się na innych stadionach. Tym razem 2 i 3 kolejka eliminacji. Działo się bardzo wiele, wszakże to jednej z najbardziej emocjonujących eliminacji EURO w ogóle w historii tychże rozgrywek. Wybrałem dla was 10 spotkań (+mecze w "polskiej" grupy), które są warte szczególnej uwagi. Zapraszam na wspólną i owocną analizę poniższych meczów.
Zaczynamy od "polskiej" grupy (grupa D). Kiedy odnieśliśmy spektakularne zwycięstwo nad Niemcami to Szkocja rywalizowała z Gruzją, a Irlandia podejmowała słabiutki Gibraltar. Jeśli chodzi o pierwszy pojedynek to wynik nie zaskakuje. Szkoci odprawili rywala z Kaukazu rezultatem 1:0 ("samobój" Gruzina Akaki Chubutii). Gospodarze przeważali i zasłużenie wygrali. Obie ekipy mają solidną obronę, więc minimalne zwycięstwo gospodarzy było najbardziej prawdopodobne. Większe widowisko było za to w Irlandii. Uprzedzam, że wybitnie jednostronne. "Robbie Keane i spółka" pokazali miejsce w szeregu Gibraltarczykom. Nawet nie minęło 20 minut tego spotkania, a Irlandia...prowadziła 3:0! Hat-tricka ustrzelił wspomniany wcześniej kapitan zespołu, Robbie Keane. Więcej goli w pierwszej połowie nie padło. Jednak w drugiej części gry piłkarze w zielonych trykotach dołożyli kolejne 4 bramki. Wszystkie padły...w pierwszych 10 minutach! Wyspiarze urządzili sobie kanonadę goli i powtórzyli wyczyn naszych graczy (7:0). Chyba pomyliłem się co do Reprezentacji Gibraltaru. Myślałem, że pokażą większą jakość a tu "klops". Często zespoły debiutujące na arenie międzynarodowej grają wyjątkowo efektywnie (jak na swoje umiejętności rzecz jasna). Gibraltar jednak gra na dużej tremie jak widać, bo biją ich wszyscy jak leci. "Ozdobą" meczu była bramka samobójcza bramkarza przyjezdnych, Jordana Pereza. Kolega z drużyny "nastrzelił go" piłką, która z kolei trafiła do strzeżonej przez niego bramki :) W 3 kolejce Niemcy, po porażce z Polską, chcieli się zrehabilitować w meczu z Irlandią. Mecz rozegrano w Gelsenkirchen przy 52-tysięcznej widowni. Ogólnie mecz przypominał nasz pojedynek z Niemcami (Niemcy zdecydowanie przeważali). Gospodarze mieli przewagę w statystykach, jednak nie potrafili trafić do siatki swoich przeciwników. Dopiero Toni Kroos w 71 minucie meczu zdobył bramkę dla swojego zespołu i gdy wydawało się, że odniosą minimalne zwycięstwo to Irlandczycy sprawili sensację. Zaatakowali w samej końcówce i udało im się pokonać Manuela Neuera. No cóż, zdobyli bramkę sekundy przed końcowym gwizdkiem, a więc tak..."po niemiecku". W ostatnim meczu w naszej grupie Gibraltar przegrał w Faro z Gruzją 0:3 (0:2).
Dużo się działo w innych spotkaniach eliminacyjnych. W grupie A wspomnę 2 spotkania. Najpierw o Czechach, którzy udowodnili swoją dobrą dyspozycję w tych eliminacjach. Pojechali do Stambułu i ku rozpaczy gospodarzy wywieźli komplet punktów. Pokazuje to ogromny kryzys w tureckiej piłce. Turcja-Czechy 1:2. W 3 kolejce doszło do sensacji. W Rejkiawiku tamtejsza drużyna Islandii nie dała złudzeń Holandii. Zespołowi Oranje przyszło grać z naprawdę świetnie poukładanym zespołem. Widać fachową rękę szwedzkiego szkoleniowca islandzkiego teamu - Larsa Lagerbäcka. Ich przygotowanie fizycznie budzi wręcz zachwyt. Dochodzi do tego naprawdę solidna gra defensywna, która zachowuje po 3 meczach czyste konto (rywale: Turcja, Łotwa i Holandia). Ponadto są efektywni w przednich formacjach (8 goli). Narodził się naprawdę bardzo dobry średniak europejskiej piłki. Mamy brać z kogo przykład, bo przecież to malutkie państewko. Po dwóch golach G. Sigurðssona Islandia odniosła wiktorię nad zespołem Holandii! W grupie B doszło do pojedynku gigantów tej grupy: Bośnia i Hercegowina-Belgia. Bośniacy są w ewidentnym "dołku". Po dwóch meczach mieli tylko jeden punkcik i ewentualna przegrana w 3 kolejce sprawiłaby, że znaleźliby się w bardzo trudnej sytuacji. Mecz był otwarty i czysty (łącznie tylko 17 fauli). Przeważali przyjezdni. Dłużej utrzymywali się przy piłce, oddali więcej strzałów na bramkę i w światło bramki, mieli dwa razy więcej celnych podań niż ich oponenci boiskowi. Mecz zakończył się jednak wynikiem 1:1, z którego chyba żadna ze stron nie jest specjalnie szczęśliwa. W grupie C doszło do sensacji - nie pierwszej w tych eliminacjach. Tym razem w Bratysławie polegli Hiszpanie. Zespół Vincente del Bosque został pobity przez ekipę Słowacji. Duża w tym zasługa Ikera Casillasa. Ewidentnie golkiper La Furia Roja ma gorszy okres w swej karierze. Puścił kuriozalną bramkę z rzutu wolnego. Piłka zakręciła i wpadła w środek bramki, ku rozpaczy Casillasa. Jego przyszłość w kadrze stoi pod znakiem zapytania. Hiszpanie co prawda zdołali doprowadzić do wyrównania w ostatniej części spotkania, ale gospodarze nie zrazili się tym i 5 minut później zdobyli gola i wygrali cały mecz w stosunku 2:1. Jak na razie oba te zespoły przewodzą w tej grupie i chyba tylko Ukraina (obecnie zajmuje 3 miejsce) jest realnym rywalem tej dwójki do bezpośredniego awansu.
W grupie E odbył się ważny mecz w słoweńskim Mariborze. Słowenia podejmowała Szwajcarię. Gospodarze po porażce z Estonią byli w małym stresie, bo każda kolejna strata punktów może skutkować ich brakiem wyjazdu na finały EURO we Francji. Szwajcarzy też nie byli "w skowronkach", bo mieli 0 punktów na koncie po porażce z Anglią (jednak z Anglią raczej wszyscy rywale Szwajcarów z tej grupy przegrają). Mimo wyraźnej przewagi przyjezdnych, Słoweńcy po rzucie karnym wygrali ten mecz 1:0. Zabawne, gdyż oddali na bramkę rywali...1 strzał w światło w bramki! To się nazywa skuteczność :))) W grupie F Grecja znowu zawiodła. Poległa u siebie z nader dobrze spisującymi się w tej edycji eliminacji EURO, zespołem Irlandii Północnej. Irlandczycy odnieśli 3 kolejne zwycięstwo i ich awans jest bardzo realny. Piłkarze z kraju z Atenami są na drugim "biegunie" samopoczucia. W następnym meczu co prawda zagrają z Wyspami Owczymi (raczej "pewny" komplet punktów), jednak po nim przyjdzie im wyjazd na Węgry. Ewentualna porażka sprawi, że nawet 3 miejsce w tej grupie może okazać się nieosiągalne dla Greków. Co do samego meczu z Irlandią Północną, to przegrali 0:2 i mimo optycznej przewagi, nie przełożyli to na efektywność pod bramką rywali. Irlandczycy za to dokonali niezwykłej rzeczy. Zdobyli dwie bramki (+raz obili bramkę Greków) mimo...słuchajcie, bo to naprawdę fajna sprawa...31% czasu przy piłce, oddania 4 strzałów na bramkę i stworzeniu 97 podań (z czego tylko 74 było celnych!)! Dodam, że nawet San Marino grając na wyjeździe z Anglią (0:5) miało większą częstotliwość podań - o Gibraltarze nawet nie mówiąc. Skuteczność mają na wysokim poziomie :D Grupa G miała zaskakujący rezultat. W 3 kolejce Rosja podejmowała bardzo średnią Mołdawię (mecz z podtekstem politycznym). Rosjanie przeważali, ale goli było brak aż do 70-tych minut tego spotkania. Gdy gracze rosyjscy po rzucie karnym objęli prowadzenie, to wydawało się, że 3 punkty pojawią się na ich kontach. Nic z tych rzeczy. Minutę później kapitan mołdawskiej drużyny doprowadził do remisu, który utrzymał się już do ostatniego gwizdka sędziego. To drugi remis Rosjan w październikowych meczach w ramach eliminacji do francuskiego czempionatu (wcześniej na wyjeździe podzieli się punktami ze Szwedami). Jak na razie pierwsze miejsce w tej grupie ma drużyna Austrii.
W grupie H Włosi "męczyli" się z Azerami. Mecz miał epicki przebieg. W zasadzie można go nazwać mianem "Giorgio Chiellini Show". Włoski obrońca najpierw zdobył bramkę "otwierającą" wynik spotkania. Długo utrzymywał się ten rezultat na stadionie w Palermo. Dopiero w 76 minucie padła druga bramka...dla Azerbejdżanu, autorstwa...Giorgio Chielliniego :))) Ale to nie wszystko, bo Włochom udało się wygrać to spotkanie 2:1 po golu...a jak myślicie, kogo? :P Tak, chodzi o Giorgio Chielliniego :) Włochom słabo idą te eliminacje, bo z Maltą wygrali zaledwie 1:0. Jednak są skuteczni "do bólu", gdyż po 3 meczach mają komplet 9 punktów i wraz z Chorwacją przewodzą w tej grupie. No i na sam koniec grupa I. Analizie zostaną poddane dwa mecze z 3 kolejki: Dania-Portugalia i Serbia-Albania. Dla "Ronaldo i Spółka" mecz na duńskiej ziemi był arcytrudny i arcyważny. Po porażce w pierwszym meczu z Albanią, Portugalczycy przy ewentualnej klęsce (Dania to ciężki teren) ich awans wcale nie byłby taki pewny. Trzeba przyznać, że kamień portugalskim kibicom spadł z serca, aż w kraju nad Wisłą było słychać :))) Mecz zakończył się zwycięstwem Iberyjczyków 1:0. Gola zdobył (a jak) Cristiano Ronaldo. Okoliczności tej bramki były niecodzienne...gracz Realu Madryt trafił do duńskiej siatki w 95 minucie meczu. W drugim meczu tej grupy, a więc Serbia-Albania (Armenia "pauzowała", grając "odgórnie" sparing z Francją) mecz zakończył się...przed końcem pierwszej połowy! Tak, dobrze czytacie. Otóż, przy rezultacie 0:0, gdy kończyła się pierwsza część tego meczu rozgrywanego w Belgradzie, doszło do prowokacji ze strony Albańczyków. Ponoć brat premiera Albanii (był VIP-em podczas meczu) sterował dronem nad boiskiem, który miał flagę odnoszącą się do spraw wolnościowych i zjednoczeniowych Albańczyków. Doszło do przepychanek. Piłkarze zeszli z płyty boiska, a później gracze Albanii odmówili wznowienia gry. Na razie nie podjęto decyzji co zrobić z tym meczem. Najprawdopodobniej mecz zostanie powtórzony, bądź przyzna się walkower na korzyść serbskiego teamu. Byłoby szkoda, bo Albańczycy mieli 4 punkty po dwóch meczach (zwycięstwo nad Portugalią i remis z Danią) i mogliby realnie myśleć o minimum 3 miejscu w tej grupie. Jeśli chodzi o animozje serbsko-albańskie to mieliśmy ich pokaz w tym przerwanym meczu. Warto przypomnieć o Kosowie (rejon autonomiczny, zamieszkany głównie przez Albańczyków), o które toczyła wojnę Jugosławia (Serbia). Smutne to. Miejmy nadzieję, że pokój zagości w tym rejonie świata.
Na razie tyle o tych eliminacjach EURO. Dalsze emocje będą w listopadzie. Wtedy to nasz zespół zagra bardzo ważny mecz z Gruzją na wyjeździe. Ponadto Niemcy będą mieć u siebie "spacerek" z Gibraltarem oraz Szkocja podejmie na własnym terenie Irlandię (bardzo istotny mecz o układzie sił w tej grupie, myślę że satysfakcjonujący będzie rezultat remisowy bądź zwycięstwo drużyny przyjezdnej). Ponadto czeka naszą Reprezentację wartościowy mecz towarzyski z bardzo dobrą drużyną Szwajcarii. Tymczasem to wszystko. Trzymajcie się ciepło moi drodzy. Do zobaczenia. Czołem! :-)