Translate

sobota, 12 marca 2016

(zapis 41) Mała monografia o pewnym dobrym Niemcu


"Śliska" tematyka. Obym tylko się nie wywrócił na niej i pobrudził. Zdaję sobie sprawę z ciężaru zajmowania się zagadnieniem dotykającym sfery moralnej. O dokonywanych przez poszczególne jednostki czynów oraz ich skutków. Dramatyczne wybory, presja zewnętrzna i wewnętrzna, strach, ryzyko, gdzie stawką bywa nawet ludzkie życie. Samoistnie ciśnie się na usta - trochę górnolotnie - termin "człowieczeństwo". Może dzisiejszy post wielu odstraszy, gdyż cofam się w nim do okresu sprzed, w trakcie i po Drugiej Wojnie Światowej. Dzisiaj wszyscy pędza do przodu nie oglądając się za siebie. Zajmujemy się codziennymi ("realnymi") sprawami i nie rozmyślamy o tym, co działo się jakieś 70 lat wstecz. Mój pogląd na to wszystko jest zgoła odmienny - to jest ważne, a nawet potrzebne. Polacy, którzy w sposób szczególny mają przykre doświadczenia z ostatniego wielkiego konfliktu zbrojnego, powinni otwarcie rozmawiać o swojej przeszłości. Ta przykra dziejowa zawierucha dotknęła ludzi ze wszystkich grup społecznych, nie omijając piłkarzy. Dochodziło do paradoksalnych sytuacji, że koledzy z jednego boiska stawali po dwóch stronach barykady. Pośród niezliczonych historii i żywotów ludzkich, natrafiłem na interesującą postać. Jest nią Fryderyk Scherfke. Ten nietuzinkowy człowiek wydaje się być w naszym kraju zapomniany (pewnie dla kibiców poznańskiej Warty nie jest totalną niewiadomą), a szkoda. Choć nie znamy wszystkich faktów z jego życia, to najprawdopodobniej jest on wart dużego uznania. Pikanterii całej sprawie daje fakt, że ten nieżyjący już reprezentant Polski był de facto...Niemcem! Wiem, że łatwo można mnie będzie po dzisiejszej lekturze wyzywać od najgorszych. Zarzuty o rzekome uprawianie przeze mnie relatywizmu moralnego i historycznego rewizjonizmu można łatwo wytoczyć. Nic to. Moim celem nie jest usprawiedliwianie (tu "odbrunatnianie") kogokolwiek. Postaram się po prostu przedstawić sylwetkę, według mnie przyzwoitego człowieka, który przy okazji nieźle kopał piłkę. Możliwie bez emocji, przedstawię moje zdanie w materii zawiłości okresu, w jakim przyszło mu żyć oraz podejmować bynajmniej nie błahe decyzje. Palety odcieni szarości nie chcę. Etyka w gruncie rzeczy opiera się na "zerojedynkowej" skali (albo dany uczynek jest właściwy, albo nie jest), acz nie jestem znawcą tej dziedziny i nie uzurpuję sobie takich rzeczy. Wybaczcie mi to stanowczo zbyt obszerne "słowo wstępne", ale czułem potrzebę wyjaśnienia kilku kwestii od razu. Owocnego czytania.
Fryderyk Egon Scherfke przyszedł na świat 7 września 1909 roku w Poznaniu. Współczesna stolica Wielkopolski wtenczas należała do Cesarstwa Niemieckiego. Był dzieckiem Gustawa Fryderyka i Albertyny (nazwisko rodowe Krenz), familii etnicznie całkowicie niemieckiej (pruskiej) wyznania protestanckiego. Jego rodzice zdecydowali się po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej nie opuszczać swego domostwa - Polska odrodziła się z wieloletniej niewoli i ziemie te wróciły do pierwotnej macierzy. W młodości Fryderyk uczęszczał do największej w mieście szkole przeznaczonej dla mniejszości niemieckiej (w tym budynku obecnie mieści się Liceum Ogólnokształcące nr 6). Następnie podjął pracę w rodzinnym biznesie, w ramach którego produkowano maszyny rolniczy oraz prowadzono warsztat samochodowy. Trzeba podkreślić, że w tamtych realiach piłka nożna (sport) miała zupełnie odmienny status od dzisiejszego. Już chyba wspominałem na swoim blogu, że miała ona charakter amatorski, a nie zawodowy. Z samej gry w zasadzie nie dało się materialnie utrzymać i można ją traktować w kategorii pasji. Nasz bohater "połknął futbolowego bakcyla" i w wieku szesnastu lat wstąpił w szeregi klubu Warta Poznań. Szybko wywalczył sobie pewne miejsce w zespole. Popularny "Fryc" podczas meczów występował na pozycji napastnika/pomocnika. Oprócz wrodzonego daru strzeleckiego, charakteryzował się dość wysokim wzrostem (mierzył 182 cm) oraz siłą. Cieszył się uznaniem lokalnej społeczności, co nie powinno dziwić, gdy prześledzi się pokaźne sukcesy "Zielono-Białych" w skali ogólnokrajowej.
Okres do wybuchu Drugiej Wojny Światowej był dla Warty Poznań "czasem żniw". Jako jedna z czołowych polskich ekip, nierzadko lądowała na podium mistrzowskich rozgrywek. Raz nawet udało jej się wygrać całą imprezę (1929 rok). To historyczne wydarzenie było także udziałem Scherfke. Co prawda, jego dorobek bramkowy nie imponuje (tylko jedno trafienie), lecz w częstych występach dla drużyny widać jak ważnym był jej "ogniwem". Trener Béla Fürst darzył go zaufaniem, wystawiając w niemal wszystkich meczach. Na 24 rundy spotkań opuścił ledwo dwie. Trzy lata później kolejny ważny moment w dziejach klubu, kiedy Warta posiada w swym składzie Króla Strzelców całej edycji - nigdy wcześniej ani później, nic podobnego nie wydarzyło się. Radość jest podwójna, ponieważ to miano przypadło jej dwóm graczom: Kajetanowi Kryszkiewiczowi i właśnie Scherfke, którzy uzbierali po 15 bramek. W 1938 roku kolejny wielki wyczyn "Fryca" i jego kolegów. Tytuł wicemistrzowski i "utarcie nosa" ówczesnemu hegemonowi, Ruchowi Chorzów (Ruch Hajduki Wielkie). Na własnym stadionie zwyciężyli aż 6:0, a dla śląskich graczy była to najwyższa porażka i jedyny mecz bez strzelonego gola w całym sezonie. Do Ruchu to mieli zresztą szczęście. 20 sierpnia 1939 roku ponownie pokonali ich, tym razem 5:2. Jednak nie tyle zwycięstwo jest tu istotne, co czas toczenia się spotkania. Tak się złożyło, że był to ostatni ich ligowy bój, zanim germańskie wojska przekroczyły granice Rzeczypospolitej... Łącznie w barwach poznańskiej ekipy zagrał w 235 meczach I ligi, strzelając aż 134 bramki. Daje mu to świetną dziesiątą lokatę w tzw. "Klubie 100", a więc zestawieniu piłkarzy z przynajmniej stoma zdobytymi golami. Jedynie Teodor Peterek jest pod tymże względem skuteczniejszy od niego (piąta lokata/156 bramek). Nazwisko Fryderyka Scherfke w klubowych annałach zajmuje wiekopomne miejsce - również ze statystycznego punktu widzenia. Jest legendą Warty Poznań.
Postawa Scherfke na "ekstraklasowych" boiskach nie mogła ujść uwadze sztabu trenerskiego Reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 2 października 1932 roku w meczu towarzyskim z Łotwą. W Warszawie nasi wygrali 2:1. Historia zatoczyła koło 25 września 1938 roku, kiedy również w spotkaniu z Łotwą Scherfke zagrał w narodowym trykocie po raz ostatni. Był to wyjątkowy dzień dla niego, gdyż dostąpił zaszczytu noszenia kapitańskiej opaski. Niestety tym razem to nasi rywale czuli słodki smak zwycięstwa (1:2). Spośród swych dwunastu występów, dwukrotnie stanął naprzeciw drużynie swych przodków - Niemców. Jednak nie te potyczki są clou jego kariery. Sporym sukcesem Polski było zakwalifikowanie się do Mistrzostw Świata 1938. Jej pierwszą przeszkodą była, już wówczas doceniana, Brazylia. Czerwcowe starcie w Strasburgu uważane jest za jedno z najbardziej niezwykłych w historii tej imprezy. Szalone widowisko, okraszone mnóstwem bramek ("Orły" nieznacznie poległy po dogrywce 5:6). U Latynosów legendarny Leonidas - u nas młody i ogromnie utalentowany Wilimowski. Nieco w cieniu tej rywalizacji przemyka się również "Fryc". Jego wkład nie ograniczał się jedynie do samego przebywania na murawie. Wykazał się on bowiem spokojem podczas wykonywania rzutu karnego (na 1:1, po faulu na Wilimowskim) i dzięki temu stał się autorem pierwszego gola dla "Biało-Czerwonych" na wielkim turnieju mistrzowskim! Historia jak wiadomo bywa przewrotna. Niewielu zapewne wie, że analogiczną rolę pełni u Niemców niejaki Stanislaus Kobierski. Tak się składa, iż ten urodzony w 1910 roku w Düsseldorfie futbolista ma polskie pochodzenie. Jego rodzice pochodzą z Wielkopolski, a dokładniej ze wsi Leonów. Powodem ich emigracji na zachód były sprawy egzystencjalne oraz rodzinny konflikt, ale...to opowieść na ewentualnie oddzielny artykuł. Kilka słów jeszcze o olimpijskiej przygodzie z 1936 roku. Budzące kontrowersje berlińskie widowisko sportowe, naszym piłkarzom powinno się dobrze kojarzyć. Czwarta lokata, co prawda medalu nie dała, ale wymaga dużej pochwały. Scherfke zaliczył dwa występy, w których nie uzyskał żadnej zdobyczy bramkowej. Zagrał przeciwko Węgrom (3:0) oraz Wielkiej Brytanii (5:4).
„A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny, cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami, musimy myśleć o jednym. Walka aż do zwycięstwa”. Pamiętne słowa Stefana Starzyńskiego, legendarnego Prezydenta Warszawy, doskonale ukazują powagę wydarzeń z 1 września 1939 roku. Nazistowskie Niemcy zbrojnie napadły na Polskę i nasza Ojczyzna weszła w "dziejowy zakręt" (nie pierwszy raz zresztą). Nowa rzeczywistość była wyzwaniem tak dla państwowych władz, jak i obywateli. Twarda weryfikacja ludzkich charakterów, sumień i postaw. Heroizm, odwaga, bierność po tchórzostwo i jawną zdradę. Wszystko to było "chlebem powszednim" naszych dziadów, w słusznie już minionej epoce. "Fryc" mający niemieckie pochodzenie, acz dojrzewający w wielokulturowym otoczeniu oraz zaprzyjaźniony z wieloma Polakami, musiał skonfrontować się z trudną sytuacją. Bycie bohaterem jednej strony, oznaczało jednocześnie zdradę drugiej strony i na odwrót. Nie uszlachetniam - staram się pokazać skomplikowany kontekst sytuacyjny. Pięć tygodni wojennej kampanii kończy się kapitulacją polskiej armii. Nastąpiła okupacja. Trzydziestoletni już Scherfke, z uwagi na swój rodowód posiadał pewne przywileje. Nie doświadczał tak jak "podludzie" głodu, poniżania, niewolniczej pracy czy w skrajnych przypadkach - śmierci w obozach zagłady. Jego status ostatecznie usankcjonowało podpisanie przezeń Folklisty (niemiecka lista narodowościowa), będąca formalną deklaracją niemieckości. Scherfke wcielono do niemieckich sił zbrojnych (Wehrmacht) w październiku 1939 roku. Ledwo nie "opadł kurz" pierwszych walk, a przed mieszkańcami Poznania przykry widok, urastający do rangi symbolu. Oto ich piłkarski idol przechadza się ulicami miasta w niemieckim mundurze. Są głosy, że afera tyczy się nawet stroju SS. W podziemnym obiegu wydawniczym nazywano go zdrajcą...
Granie piłki w erze okupacyjnej wbrew pozorom nie było żadną błahostką. Naziści - twórcy współczesnej propagandy - zdawali sobie świetnie sprawę z tego, jaka siła drzemie w sporcie. Sukcesy w tej niby "lekkiej" dziedzinie życia, mogą pozytywnie wpływać na morale określonej wspólnoty (narodu, społeczności). Zdelegalizowano więc polskie zespoły i zakazano podbitej ludności braniu udziału w meczach. Nie było żartów. Zdarzało się, iż przyłapanych na tym incydencie skazywano nawet na śmierć. Zresztą nt. zbrodniczych działań Trzeciej Rzeszy na polskiej ziemi można by wydać encyklopedię. Polacy nie ugięli się i mimo grożącego ryzyka potajemnie rozgrywali spotkania piłkarskie. Kawałek w miarę równego pola, patyki robiące za słupki oraz "szmacianka" - to wystarczało. Można wręcz mówić o podziemnych rozgrywkach. Z drugiej zaś strony funkcjonowały kluby oficjalne, w których mogli grać jedynie niemieccy gracze. Dane nie są jednoznaczne, lecz ich ilość w rejonie Poznania szacuje się na 8-12. W jednym z nich (1. FC Posen) występował Scherfke. Ciężko coś powiedzieć o pojedynkach czy golach w barwach nowej drużyny, jednak pewne jest, że powstała w 1940 roku i z bohaterem aktualnego posta ma silny związek. "Fryc" inicjował tworzenie klubu, prezesował mu, pełnił rolę kapitana oraz czynnie grał. Kariera szybko uzyskała metę, gdy w końcu października 1940 roku Luftwaffe (lotnictwo niemieckie) wzięło klub "pod swe skrzydła". Przypuszczalnie wtedy Scherfke opuścił zespół. Domniemywano, iż na tym zakończył swoją poważną przygodę z futbolem, ale było inaczej. W latach 1941-42 jest zawodnikiem SG SS Posen. Jak zdradza nazwa klubu, jego włodarzem było niesławne SS. Był w tym zespole do czasu jego rozwiązania, a więc lutego 1942 roku, po czym zakończył swoją karierę. Wartym odnotowania jest jego udział w historycznym meczu pomiędzy Krajem Warty i Śląskiem (1:2). Starcie to odbyło się na poznańskim boisku na początku października 1940 roku, a Scherfke pełnił rolę kapitania Kraju Warty. Oryginalność wydarzenia implikowana jest faktem, że w drużynie przeciwnej znajdowali się m.in. Leonard Piątek i Erwin Nyc. Wymienieni piłkarze niedawno "hasali" po murawie w koszulkach Reprezentacji Polski, zaś obecnie jako przedstawiciele Wasserpolen grają w niemieckich rozgrywkach.
Akurat działalność w okresie wojennym bynajmniej nie ograniczała się do kopania piłki przez Scherfke. Jego historia jest w tym aspekcie całkiem bogata. W lutym 1940 roku otrzymał od Niemców pewne zadanie: "wskrzeszanie niemieckiego futbolu w Poznaniu". W tym celu, jako urzędnik państwowy, został tymczasowym kierownikiem sekcji piłki nożnej w Kraju Warty. Taką nazwę nadano nowo powstałemu regionowi, obejmującego zaanektowane przez Trzecią Rzeszę zachodnie terytoria Polski. Posadę tę pełnił krótko, bo ok. dwa miesiące (zastąpił go oficer Wehrmachtu, niejaki Wullf). Jego warsztat samochodowy świadczył usługi Gestapo, a później mowa o SS. W Gestapo także wykonywał pracę kierowcy. W 1941 roku zawarł związek małżeński - niestety nie znalazłem wzmianki o imieniu małżonki. W tym samym roku para wydała na świat Michaela Thomasa. W lutym 1943 roku zostaje powołany do czynnej służby wojskowej. Pewnie duży wpływ na to ma załamujący się Front Wschodni. Niemcy zaczynają przegrywać wojnę (zasada: "wszystkie ręce na pokład"). Najpierw wysłany na wschód, później zaś na teren Jugosławii. W armii pełnił swe powinności w randze podoficerskiej w stopniu sierżanta. Bałkany nie okazały się dla niego zbyt "gościnne". W styczniu 1945 roku zraniony w trakcie walk. Zostaje odesłany do kraju na leczenie, ale wbrew swoim przełożonym nie jedzie do Kilonii. Kieruje się za to do Poznania, w trosce o byt swej młodej żony oraz synka. Wojna wydaje się być rozstrzygnięta. Kontrofensywa Armii Czerwonej postępuje w szybkim tempie. Strach przed Rosjanami wydaje się być uzasadniony - "towarzysze" nie oszczędzają ludności cywilnej, a gwałty są na porządku dziennym. Misja Scherfke kończy się pełnym sukcesem. Uchodzi z miasta przed wkroczeniem wrogiej armii, ale musi pozostawić cały swój dobytek na miejscu. Jak pokaże przyszłość, do rodzinnych stron nie wróci już nigdy. Azyl dla najbliższych znajduje u krewnych zamieszkałych na obszarze Meklemburgii. Mógł teraz rehabilitować się w spokoju. W kwietniu trafia do brytyjskiej niewoli (podczas pobytu w wojskowym szpitalu w Szlezwik-Holsztynie). W lipcu wychodzi na wolność, a w międzyczasie Trzecia Rzesza ogłasza kapitulację. "Fryc" z rodziną przemieszcza się do Senftenbergu w Brandenburgii. Niebawem musi poradzić sobie ze śmiercią żony i następnie emigruje z Radzieckiej Strefy Okupacyjnej. Przyjeżdża ze synem do Berlina Zachodniego w 1947 roku oraz zakłada tam sklep meblowy. Ma z tego tytułu duże profity finansowe. Na początku lat 80-tych zamyka biznes i przenosi się do Eschborn (blisko Frankfurtu n. Menem w Hesji). Umiera po ciężkiej chorobie 15 września 1983 roku na terenie szpitala w Bad Soden. Miał 74 lata.
Po dotychczasowych dawkach informacji Scherfke jawi się jako "koniunkturator", zdrajca, trochę tchórz, ale nie bandyta oraz uznany piłkarz i odpowiedzialna głowa rodziny. Zaraz przedstawię fakty (także domysły bazujące na realnych podstawach), które znacznie ocieplą jego wizerunek. Po pierwsze, jest oskarżany o pracę dla Gestapo i SS, ale dane z poznańskiego IPN dają temu kłam. Jedynie zajmował się pojazdami drogowymi tych służb oraz graniem w klubie. Po drugie: "wojaczka". Nie ma informacji, aby dopuszczał się wtedy jakiś haniebnych czynów (czyt. udział w zbrodniach wojennych). Jeśli chodzi o to, że będąc reprezentantem kraju przywdziewa mundur wrogiego państwa i bije się dla niego wojnie, to ciężko coś powiedzieć. Gdyby był "stuprocentowym Polakiem" to zdrada byłaby chyba jednoznaczna, a tak jest nieco inaczej. To sprawy delikatne. Trudno jest mi się do nich odnieść. Jednak jego bezsprzeczne akty odwagi względem polskich kolegów stawiają go na zupełnie innej pozycji. Najbardziej spektakularna wydaje się być akcja uwolnienia Mariana Fontowicza. Bramkarz Warty Poznań czynnie angażował się w Kampanii Wrześniowej i pewnego dnia "słuch po nim zaginął". Tę smutną informacji Scherfke usłyszał od żony swego przyjaciela, Łucji. „Witaj Lusiu. Co u Ciebie słychać? To ja, Fryc Scherfke” - przywitał się z nią czule, przypadkowo spotkawszy w okolicy dworca kolejowego. Po krótkim dialogu umundurowany pożegnał się, całując w dłoń swoją rozmówczynię. "Fryc" postanowił interweniować. Dowiedział się, że Marian został pojmany przez Niemców i wraz z innymi jeńcami wojennymi był wieziony pociągiem w głąb Trzeciej Rzeszy. Scherfke wszedł do rzeczonego pociągu, mówiąc: „Jesteś w Poznaniu. Nie chcesz iść do domu?”. Adresatem komunikatu był właśnie Fontowicz. Także inny golkiper "Zielono-Białych" - Zbigniew Szulc - przekonał się osobiście o dobroci "Fryca". Pomógł jego małżonce, która miała zostać wywieziona na roboty przymusowe. Kolejnym przykładem jest inny kolega klubowy, Michał Flieger (mistrzowska drużyna z 1929 roku). Aż dwukrotnie ostrzegł go przed aresztowaniem. I jeszcze casus Bolesława Gendery. Wyciągnął go z więzienia, w którym znalazł się za udział w nielegalnym meczu. Pewnie dzięki swoim poczynaniom uratował go przed śmiercią.
Rok 1942 jest przełomowy, gdyż "charytatywna" aktywność skończyła się. Fryderyk unikał ludzi, sporadycznie pojawiał się na ulicy. Jak się okazało, jego czyny zwróciły uwagę Gestapo. Tu nie ma żartów -> groziła mu śmierć za zdradę państwa. Na szczęście dla niego, służby nie posiadały wystarczających dowodów. Przestraszył się jednak ogromnie "zaproszeniami" na przesłuchania. Istnieje możliwość, iż pójście Scherfke w wojenne kamasze, było pokłosiem podejrzewań o współpracę z polskim podziemiem. Ten "zarzut" wydaje się bezpodstawnym nie być. Z dużą dozą prawdopodobieństwa "Fryc" podjął współpracę z Armią Krajową (AK). Zważywszy relacje z Gestapo i SS, nadawał się do tego idealnie - w końcu jako kierowca mógł np. usłyszeć wiele cennych rozmów. Jest jeszcze jeden ważny wątek w tych rozważaniach. Chodzi o jego brata, Gintera. Niby rodzeństwo, lecz mentalnie na wskroś różni. Ginter był zagorzałym nazistą oraz "polakożercą". Jako piłkarz znacznie słabszy od Fryderyka. Widocznie jego kompleksy i frustracja dały w czasie okupacji swój upust, w postaci dopuszczania się niegodziwości. Niech o drzemiącej w nim nienawiści świadczy fakt, iż jeden z graczy Warty zdecydował się opuścić Poznań, aby tylko nie trafić na Gintera. Powód był wręcz banalny, bo osobiste niesnaski między obu panami. Nie dziwi więc, że AK wydało na na Gintera wyrok śmierci. Co jednak zaskakujące, nigdy nawet nie podjęto próby jego wykonania. Dlaczego? Można tylko snuć teorie. Bardziej optymistyczna wiąże to z chwalebną działalnością "Fryca". Może za Ginterem przemawiało zbrodnicze prawo niemieckich najeźdźców. W tej tematyce z pewnością ekspertem nie jestem, lecz jest mi znana wiedza o krwawych odwetach nazistów. Nie były rzadkością zbiorowe mordy na polskich cywilach, będące konsekwencją zamachów, realizowanych na ważnych dla Trzeciej Rzeszy osobach. Czy tak było w przypadku Gintera? Ów folksdojcz był aż tak bardzo cenny?
Władze PRL nie pozostawiły "suchej nitki" na Scherfke. Uznały go za zdrajcę, gestapowca i skazały na zapomnienie. Nawet posunięto się do usunięciu jego nazwiska ze sportowych kronik, tak jakby nigdy nie istniał. Przypomina się tu obraz stworzony przez Georga Orwella w jego słynnym dziele "Rok 1984". Propaganda w całej swej okazałości. Najgorsze jest to, że "Fryc" umierał właśnie w aurze infamii. Wydaje się to być wielką niesprawiedliwością. Nie stawiam go pośród bohaterów, którzy emanowali niepodważalnym heroizmem. Z pewnością są lepsi kandydaci na patrona szkół i wartych pomnika. Niemniej, widzę w nim człowieka, który przebrnął ciężki okres nie plamiąc swego imienia. Przyzwoitość. Lojalność. Przyjaźń. Jak na człowieka "w rozkroku" zachował się "nie najgorzej". Trochę mi głupio, że artykuł ten powstał niedługo po obchodach Święta Żołnierzy Wyklętych - o prowokacji nie może być mowy. Może Scherfke nie jest osobą pokroju gen. Władysława Andersa (był z pochodzenia Niemcem Bałtyckim), ale i tak warty jest on pamięci, nie tylko tej sportowej. Wreszcie ulgę odczuwa jego syn Michael Thomas. Jak sam przyznaje, ojciec nie rozmawiał z nim o wojnie i myślał, że przez to chce ukryć swą niechlubną przeszłość. Na szczęście było w znacznej mierze inaczej, a rehabilitacja jego nazwiska dzieje się na naszych oczach. Dziękuję za obecność. Czołem! :-D

Naród, który nie zna swojej przeszłości, umiera i nie buduje przyszłości
[Jan Paweł Drugi]

piątek, 26 lutego 2016

(Temat 40) Historia jednego gola, czyli...

Akcja produkcji rumuńskiej

To był piękny mecz. Być może najlepszy jaki miał miejsce na pamiętnych amerykańskich mistrzostwach z 1994 roku. Przyznam się, że w stosunkowo nieodległej przeszłości całe to spotkanie obejrzałem w internecie i rzeczywiście był to niezwykły spektakl. Zespoły niczym dwaj wytrawni i ambitni bokserzy, chcący głównie znokautować swego przeciwnika. Emocje były od pierwszej do ostatniej minuty. Tempo spotkania szalone, zwłaszcza uwzględniając lejący się z kalifornijskiego słońca żar (pierwszy gwizdek sędziego miał miejsce już o 13:30 miejscowego czasu!). Akcje mnożyły się tak po jednej, jak i po drugiej stronie. Gole, strzały, kontry, poświęcenie w obronie...tego nie brakowało. W tym wyjątkowym starciu było coś jeszcze wspanialszego. Sytuacja z 18 minuty dla koneserów tematu może pełnić rolę wzorca zespołowości. Coś pięknego - kto nie widział, niech nadrobi braki.
Puchar Świata rozgrywany w Stanach Zjednoczonych był nietuzinkowy. Nie da się ukryć, iż piłka nożna dla ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego była czymś egzotycznym. Nie przeszkadzało to w zapełnianiu stadionów po brzegi (bodaj ustanowiony wtedy rekord łącznej frekwencji jest niepobity do dnia dzisiejszego). Impreza paradoksu. Wśród "dziwactw" były oryginalne terminy rozgrywania spotkań. Godziny rzędu 12-13 były "chlebem powszednim". Oczywiście wynikało to z różnicy czasowej pomiędzy Europą i Ameryką Północną oraz priorytetowym traktowaniu kibiców z naszego kontynentu. Wszystko fajnie, tylko kosztem piłkarzy. Nikogo nie radowała rywalizacja w najgorętszy upał. Tym bardziej robi wrażenie konfrontacja Rumunów z Argentyńczykami. Wola zwycięstwa, ambicja oraz samozaparcie przechyliły szalę. Pomimo niesprzyjających warunków termicznych i trzech meczów "w nogach", grali jakby spędzili miesiąc w uzdrowisku - nabierając przy tym głodu do futbolu. Datą, którą należy zapamiętać jest 3 lipca 1994 roku. Świadkiem opisywanych wydarzeń była Pasadena, miasto nieopodal Los Angeles. Drużyna "Albicelestes" nie rozpieszczała swoją grą. Klęska z Bułgarią (0:2) pokazywała, iż brakuje im trochę do drużyn z lat: 1978, 1986 oraz 1990. Przyłapanie Maradony na dopingu i kontuzja Caniggii nie napawało optymizmem. Po drugiej stronie zaś ekipa Rumunii, będąca na fali i łaknąca sukcesów. Jednak zaskakujący pogrom w meczu ze Szwajcarią (1:4) mógł napełnić serca jej fanów niepewnością. Zanim o "złotej akcji", nakreślę teraz przebieg pierwszych minut. Znamienny okazał się telewizyjny obrazek, kiedy tuż przed rozpoczęciem pojedynku 1/8, Gheorghe Hagi obejmuje się z Ilie Dumitrescu. Jak się okaże, ci dwaj zostaną "ojcami wiktorii". Pierwsze odsłony jednak należały do Argentyna, która jakby chciała stłamsić sportowego adwersarza. Już w 1 minucie strzał celny Balbo. W 8 minucie kąśliwie uderzył słynny Batistuta, zaś jakieś 100 sekund później Balbo zachował się jak nowicjusz, nie wykorzystując 100 % sytuacji "sam na sam" z bramkarzem. Oblicze meczu odmienił faul Cáceresa na Munteanu. Do piłki podszedł Dumitrescu i uderzył bezpośrednio na bramkę. Wyszedł z tego przepiękny gol, choć przy pomocy błędu zaskoczonego golkipera, Islalasa. Na graczy z pasiastych koszulach, podziałało to jak "płachta na byka". Dopiero od tej pory zrobiło się wielkie widowisko! Ledwo kilka minut później, Batistuta zachował się w polu karnym przeciwnika niczym "cwany lis", dając się sfaulować. Arbiter nie miał wątpliwości i ku rozpaczy Prodana - zarządził "karniaka". Sam poszkodowany podszedł do piłki i na tablicy wyników było już 1:1. To było jednak tylko preludium do późniejszych wydarzeń.
Na zegarze dogorywała 17 minuta, gdy w środku pola piłkę przechwytuje Redondo. Metą jego kilkunastometrowego rajdu okazał się Belodedici. Rumun czysto wyłuskuje mu futbolówkę wślizgiem, po czym kopie ją do stojącego naprzeciw Lupescu. Następnie do piłki odbitej od pomocnika Bayer Leverkusen dopada znany nad Wisłą Petrescu, który nie zastanawiając się zbytnio, podaje do lidera zespołu - Hagiego. I w tym momencie cały kunszt Reprezentacji Rumunii unaocznił się w całej swej okazałości. Po krótkim holowaniu futbolówki wzdłuż linii bocznej, genialnie obsługuje biegnącego za akcją Lupescu. Ten z kolei decyduje się na podanie zwrotne, zagrywając na wolne pole. Hagi będący w doskonałej dyspozycji robi coś, za co jego nazwisko złotymi zgłoskami zapisze się w dziejach światowego futbolu. Kieruje się w kierunku pola karnego, wyczekując wchodzących w nie swoich kolegów z drużyny, po czym robi zwód na lewą nogę i lekko podnosząc piłkę adresuje ją do świetnie ustawionego Dumitrescu. Ten tylko lekko zmienia kierunek piłki, która majestatycznie toczy się obok lewego słupka bramki. Argentyńczycy niemal ogłupieli. Cała sytuacja aż biła precyzją oraz wyczuciem, każdy z graczy jakby świetnie wiedział co ma zrobić. Owacje. Choć oglądałem tego gola już wiele razy, to nadal nie przestaje on wzbudzać we mnie naturalnego zachwytu. Był to pokaz przeogromnego potencjału ówczesnego pokolenia rumuńskich piłkarzy.
Gwoli rzetelności, w drugiej połowie padły jeszcze dwie bramki. Punktem rozstrzygającym rywalizację była nadzwyczaj efektowna kontra z 58 minuty. Zgadnijcie kto w niej brał udział? Zgadza się, ponownie byli to Hagi i Dumitrescu. Tym razem za asystenta robił Dumitrescu. W odpowiedzi Argentyna trafiła na 2:3, jednak nie uzyskali nic więcej prócz estetycznej zmiany wyniku. Był to koniec wybitnego okresu "Albicelestes", zaś Rumunii prognozowano wielkie rzeczy. Awans do najlepszej ósemki nie zaspokajał ich nabrzmiałych już oczekiwań. Niestety w zwariowanych okolicznościach przegrali po serii rzutów karnych ze Szwecją (po 120 minutach było 2:2) i musieli z niesmakiem wracać do domu. Nic to, pamięć ich wspaniałych wyczynów na amerykańskiej ziemi bynajmniej nie umarła. Sytuacja jak u nas, z sentymentem do "Orłów Górskiego". Dodatkowo, warto przytoczyć pomeczowe słowa Hagiego. Legendarny gracz tak skomentował wydarzenia z pasadeńskiego stadionu: „Pokazaliśmy, że nie jesteśmy grupą indywidualistów, lecz wszyscy gramy jak jeden zespół - o co w piłce nożnej chodzi. Dzisiaj to Dumitrescu miał swój dzień, ale jutro na jego miejscu może być ktoś inny. Powiedziano mi, że zwycięstwo nad Argentyną było niczym "Druga rewolucja rumuńska", po tej związanej z obaleniem władzy Ceauşescu. Nie ma wątpliwości, iż mówimy o największej wiktorii w całej historii rumuńskiego futbolu”. Trudno rozszerzyć o coś jego wypowiedź. Bardzo fajnie zachował się rumuński trener (Anghel Iordănescu), który w ostatnich minutach ściągnął z placu rywalizacji obu bohaterów, ażeby zgromadzonym na miejscu kibicom dać sposobność nagrodzenia ich brawami. Było mi miło. Czołem! :-D

sobota, 13 lutego 2016

(Temat 39) Ekstraklasa 2015/2016. Jesień w słowach i liczbach

Na szczęście przerwa zimowa kończy się i Ekstraklasa wraca do gry. Jakby na nią nie narzekać, gardzić jej poziomem i krytykować sprowadzany na polski grunt zagraniczny "plankton", cieszy jej powrót. Bo jest po prostu nasza. Nie ma co się dłużej rozwodzić nad zasadnością sentymentu polskich fanów do niej, gdyż nie temu służy mój dzisiejszy wywód. Skoro rusza runda wiosenna obecnego sezonu, uznałem to za wyśmienity pretekst do pochylenia się na dotychczasowej sytuacji w tabeli. Nie ukrywam, że główny nacisk kładę tym razem na zagadnienie niezmiernie lubianą przeze mnie, czyli statystyki. Przygotowałem mnóstwo grafik. Gorąco zachęcam do ich przeglądu oraz analizy. Wbrew pozorom liczby dość skutecznie odzwierciedlają rzeczywistość, mogą dawać miarodajny ogląd mocnych i słabszych stron poszczególnych zespołów. Oczywiście całość nie obejdzie się bez mojego komentarza. Nie przeciągając - usiądźcie wygodnie i miło spędźcie czas.
     MOJA  OCENA  ZESPOŁÓW
[oklaski]
Ruch Chorzów, Piast Gliwice, Cracovia Kraków i Pogoń Szczecin
Obecne rozgrywki nie stronią od rewelacji i pozytywnych zaskoczeń. Chorzowianie w ogóle wymykają się ramom logiki. Zbyt wiele pieniędzy raczej nie posiadają, na pierwszy rzut oka "zasobami osobowymi" nie imponują a rezultaty za to osiągają wręcz genialne. Mimo to pierwsza trójka wydaje się poza ich zasięgiem. Zwracam uwagę na modrą politykę kadrową. Spore grono młodych graczy jest uzupełniane o kilku bardzo dojrzałych i doświadczonych (Marek Zieńczuk, Łukasz Surma). Choć ciężko im się rywalizuje z czołówką, to z zespołami z "podobnego poziomu" radzą sobie bardzo skutecznie. Muszą pomyśleć nad stwarzaniem sytuacji, bo wychodzi im to mizernie. Zadziwia także ich boiskowa agresja. Paradoksem jest, ze mimo najmniejszej liczby fauli w Ekstraklasie, otrzymują najwięcej czerwonych kartek. Gliwiczanie robią wszystkim pstryczka w nos. Również mi, gdyż przed inauguracją rozgrywek typowałem ten zespół na 10 i dalsze miejsce - a jest jak jest. Brawa za trafne transfery, które teraz stanowią siłę zespołu. Kolejny dowód na to, że opłaca się decydować na zaciąg piłkarzy zza naszej południowej granicy. W przerwie zimowej udało się włodarzom klubu zatrzymać najważniejszych piłkarzy. Jeśli tylko dobrze przepracowali ostatnie tygodnie, czeka nas pasjonujący wyścig o tytuł w ich wykonaniu. Wśród powodów tak dobrej dyspozycji Piasta jest jakość czysto piłkarska. Aż trzech graczy jest w elicie najlepiej odbierających. W drużynie przynajmniej oficjalnie zachowują spokój, mówiąc że o mistrzostwie nie myślą. Cracovia to chyba najpiękniej grający zespół. Ich futbol jest piękny dla oka, strzelają mnóstwo goli i to nietuzinkowej urody. Z pewnością widać tu filozofię Jacka Zielińskiego, trenera bardzo cenionego przeze mnie (do dziś nie rozumiem zwolnienia go z Lecha Poznań). W zespole wyróżniało się trzech zawodników: Deniss Rakeļs ("lis pola karnego", którego jednak pozyskał klub z Anglii), Bartosz Kapustka (młody i utalentowany) oraz Mateusz Cetnarski ("mózg drużyny", który potrafi obdarzyć świetnym podaniem). Jeśli osiągną podium, powtórzą wyczyn sprzed 64 lat! Pozostała jeszcze Pogoń. Obrona, obrona i jeszcze raz obrona - oto przyczyna ich sukcesów. Z pewnością jeśli utrzymają swoje aktualne miejsce, jak najbardziej w Szczecinie mogą otwierać butelki ze szampanem. Podkreśliłbym rolę duetu stoperów (Jarosław Fojut-Jakub Czerwiński), który to stanowi solidną zaporę dla swych przeciwników. Muszą zachowywać koncentrację w pierwszych minutach po wznowieniu rywalizacji, gdyż zbyt często są wtedy puszczają gole.
[pozytywnie]
Zagłębie Lubin, Legia Warszawa, Termalica Bruk-Bet Nieciecza, Górnik Łęczna i Korona Kielce
Pewnie niektórych zaskoczą podane w tym zestawieniu zespoły. Jednak nie powinny, gdy ocenia się poczynania ekip nie tylko poprzez samą lokatę w tabeli, lecz także ich sportowy potencjał. Dlatego trzeba gratulować postawy Zagłębiu Lubin. Wiele od niego nie oczekiwano po awansie z I ligi. Ich wielki sponsor (potentat branży miedziowej - KGHM) zwiększył klubowy budżet zaledwie o cztery miliony złotych. Tak więc po niegdysiejszym rozdawnictwie nie ma już na szczęście śladu. Jak widać, także bez wielkiej "kasy" można osiągać zadowalające wyniki. Grają ofensywnie i odważnie, lecz niestety dla nich obronę mają dziurawą. Tracą multum goli, zwłaszcza w drugich połowach spotkań (ponad dwa razy więcej aniżeli w pierwszych!). Szczękościsk wywołuje informacja, iż w dwóch przypadkach prowadzenia 2:0, nie potrafili zdobyć kompletu punktów. Niemniej siódme miejsce beniaminka jest sporym osiągnięciem. Z Legią sytuacja jest bardziej złożona. Są oni na pozycji wicelidera, a ja "kręcę nosem"? Właśnie tak. Od zespołu tej klasy wręcz muszę wymagać więcej. Nie łudźmy się - to zdecydowany potentat finansowy i sportowy. Oni są skazani na sukces. Ich gra jednak zachwyca i jeśli chcą wreszcie znaleźć się w fazie grupowej Ligi Mistrzów muszą podnieść swoją jakość i skuteczność. To oni są głównym faworytem do mistrzostwa co potwierdziły zimowe zakupy. Kasper Hämäläinen, Artur Jędrzejczyk, Ariel Borysiuk...nazwiska imponują. Żal tylko strat w postaci Dušana Kuciaka i Dominika Furmana. Do poprawki jest zdobywanie sytuacji strzeleckich (zdecydowanie w tym aspekcie odstają od najlepszych). A teraz gratka w postaci klubu z małej wioski. Termalica prezentuje się całkiem fajnie, bo inaczej nie należy traktować miejsca z okolic środka tabeli. Początek mieli słaby (3 mecze -> 0 punktów -> 0 goli). Później stres minął i potrafili odnieść dwa wielkie zwycięstwa z Lechem (3:1), Cracovią (3:2) oraz remis z Legią po niezłej grze (1:1). Niedawno ekipę opuścił filar z czasów rywalizacji w niższej klasie rozgrywkowej - Emil Drozdowicz. Nie próżnowano jednak i zakupiono kilku nowych graczy. Oprócz dobrze spenetrowanych przez nich rynków (Słowacja, a dalej Ukraina), poszerzono zapatrywania na Bałkany - stamtąd sprowadzono dwóch napastników. Wymieniłbym kilkoro istotnych postaci. Piotr Mandrysz, który jest charyzmatycznym szkoleniowcem. Sebastian Nowak jako doświadczony i bardzo solidny golkiper. Był bardzo chwalony za postawę na boisku, chroniąc kolegów przed stratą wielu bramek (niestety dochodzi do siebie po nieprzyjemnej kontuzji - złamana żuchwa). Zostaje jeszcze Jakub Biskup oraz Dawid Plizga. Pierwszy jak jest w formie to ciągnie za sobą całą resztę, a drugi robi pozytywny "szum" w formacji ofensywnej. Cel Niecieczan przed wznowieniem rozgrywek jest prozaiczny, bo utrzymanie. Sądzę, że są w stanie osiągnąć pierwszą ósemkę. Wbrew pozorom nie "śmierdzą kasą" i samo to może rodzić dodatkowych sympatyków tej oryginalnej drużyny.
Górnik Łęczna? Z nimi raczej nie jest nudno. Zespół nieobliczalny i spisujący się powyżej oczekiwań. Bodaj najwyższa średnia wieku w lidze, ale "geriatryczności" tam nie widać. Muszą zreformować defensywę, po puszcza niemiłosiernie dużo bramek. Ilość traconych goli w pierwszych połówkach jest nie do przyjęcia (21 na 32 w ogóle). Koncentracja jest ich "piętą achillesową". Żadna inna drużyna tak często nie "przesypia" pierwszych meczowych minut, w końcówkach zresztą też nie są zbytnio perfekcyjni. I jeszcze jedna uwaga - pięć czerwonych kartoników to stanowczo zbyt dużo. Korona to chyba największa kontrowersja. Ekipa z doła klasyfikacji, a jednak widzę tu pole do pochwał. Uznanie budzi ich szczelność pod własną bramką i skuteczność na wyjazdach (zwycięstwo nad Legią na jej boisku robi wrażenie). Niestety, preferowany przez nich styl jest mało atrakcyjny dla obserwatorów. Muszą mocno poprawić się w ofensywie i w grze przed własną publiką. Początek sezonu mieli imponujący (ścisły top), jednakże z czasem "zeszła z nich para". Na teraz są, obok piłkarzy z Bielska-Białej, głównymi kandydatami do opuszczenia ligi.
[poniżej oczekiwań]
Jagiellonia Białystok, Wisła Kraków, Górnik Zabrze i Podbeskidzie Bielsko-Biała
Ci nie rozpieszczają swych kibiców. Tylko dzięki aktualnemu miejscu w tzw. "grupie mistrzowskiej" nie zaliczyłem Jagiellonii w zestawieniu jeszcze słabszym. Zawodzą. Chłopaki mają potencjał co pokazują statystyki jednak nie umieją tego przełożyć na punkty. Młodość, która to tej pory była ich siłą teraz nieco ciąży. Z pewnością ubytki kadrowe wytworzyły spore dziury, których tak łatwo nie da się załatać. Problematyczna jest chyba pozycja golkipera, gdyż ogromny procent strzałów celnych na ich bramkę kończy się stratą gola (są pod tym względem najgorsi w całej lidze). W ogóle defensywa jest katastrofalna, zwłaszcza brak im koncentracji w końcowych minutach spotkań. Smutno się patrzy na poczynania Wiślaków. Rezygnacja prezesa Bogusława Cupiała robi swoje (duże brawa dla tego pana za wieloletnią wytrwałość w finansowaniu klubu). Obecna grupa zawodników wygląda nawet przyzwoicie i tym bardziej uwiera mizerna lokata w klasyfikacji. Chyba tylko raz zaprezentowali się jak za dawnych "tłustych lat" - w meczu z Podbeskidziem (6:0). Było naprawdę nie wesoło z Górnikiem, ale w jakiś sposób wykaraskali się z tarapatów. W porządku, wyprzedzają jak na razie tylko Podbeskidzie (o którym później), ale było tak że zdecydowanie odstawali od reszty. Powoli się rozkręcają, czego pokazem był triumf nad Piastem (5:2). Pamiętam czasy, kiedy Zabrzanie stanowili wybitnych średniaków i długo udawało im się unikać spadku - teraz może być podobnie. Muszą poprawić grę w pierwszych minutach meczów. Gdzie są ci charakterni "Górale"? Podbeskidzie to najsłabszy zespół w rozgrywkach i trudno "wyłowić" pozytywy w jego dyspozycji. Jeśli już, to na pochwałę zasługuje ich gracz, Mateusz Szczepaniak. Chłopak wyróżnia się na tle pozostałych i dziwne, że silniejsze drużyny nie zabiegają o niego (został wypożyczony z Miedzi Legnica). Być może dzięki zimowemu okresu przygotowawczemu i nowemu sponsorowi (firma bukmacherska) coś drgnie w tej drużynie.
[bez komentarza]
Lechia Gdańsk, Śląsk Wrocław i Lech Poznań
Postawa niektórych ekip wprost zawstydza. Wymieniona powyżej trójka raczej do biedaków nie należy, a grają jakby ich zawodnicy nie dostawali pieniędzy od wielu miesięcy. Największy zawód sprawia klub z Pomorza. Klub mający wysokie aspiracje, "zbrojący się" w okienkach transferowych głośnymi nazwiskami a w przeszłości zespół z wielkim charakterem - teraz marnie się prezentuje. Przyznam, że końcówkę rundy mieli całkiem obiecującą i jest nadzieja konkretny marsz w górę klasyfikacji. Rośnie dyspozycja Mili, co cieszy w kontekście zbliżających się w Mistrzostwach Europy. Co ja mam za to powiedzieć o Śląsku Wrocław? Zbyt wielu argumentów do ich łagodne traktowania nie dają. Nijakość wymieszana z bylejakość. Piękny i duży stadion, acz...świecący ostentacyjną pustką. Jeszcze nie tak dawno reprezentowali nas w europejskich pucharach, a teraz dość realnie grozi im spadek. Osobiście uważam, iż uniknął "ligowej gilotyny". Zobaczymy jak na zespół wpłynie odejście Flávio Paixão. Taka sytuacja bywa ożywcza, ale może także zwiększyć kryzys. Zostaje "Kolejorz". I tak daję im "plusika" za ostatnie dobre wyniki i stosunkowo fajną pozycję w ligowej hierarchii. Niemniej to jak prezentowali się na początku sezonu to przysłowiowa "padlina". Taka gra nie przystoi, jakby nie było, aktualnemu Mistrzowi Polski! Przez pewien czas zajmowali ostatnią pozycję i kibice w naszym pięknym kraju przecierali oczy ze zdumienia. Kiedy stery drużyny objął Jan Urban nastąpił zwrot we właściwym kierunku. Choć nie rozpieszczają bramkowymi pogromami, lecz za to są skuteczni. Niczym duży wdech świeżego powietrza w płuca dało im sensacyjne zwycięstwo z Fiorentiną na wyjeździe (2:1) i późniejsza gloria z Legią (1:0).
     STATYSTYKI
Nie będę teraz paplał, gdyż przemówią za mnie dane przedstawione w poniższych tabelach, grafikach i wykresach. Choć są to głównie zbiorcze dane i dałoby się naświetlić poszczególne zjawiska zapewne dokładniej, aczkolwiek nie ma co narzekać - pole do analizy macie spore. Zwłaszcza ogromną gratką są (wg mnie): podział goli w perspektywie "stykowych" części spotkania (mam tu na myśli początki i końcówki połówek) oraz minuty, w których padają gole. Bawcie się dobrze.
[zespołowe]
[rekordowe mecze]
[najskuteczniejsi piłkarze]
[struktura zdobywanych i traconych goli]
[wykresy: minuty oraz przedziały czasowe strzelanych bramek]
Właśnie śledziłem poczynania Cracovii w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Skończyło się na 3:0, acz gra gospodarzy przewyższała uzyskany rezultat. W innym zaś meczu dzisiejszej kolejki Lechia po zwariowanym meczu pognębili Podbeskidzie (5:0). Widać "rozruch" rozgrywek wypada nader okazale. W następnym zaś artykule planuję powrócić do idei skupiania się na jednym, ale za to genialnym golu. Tym razem będzie o akcji z 1994 roku... Bywajcie zdrowi. Czołem! :-D

środa, 20 stycznia 2016

(Temat 38) Ofiara i jej kat

Futbol jest sportem kontaktowym. Istnieją dyscypliny "twardszego kalibru" (szczypiorniak, boks itd.), ale na to miano w pełni zasługuje. Naczelne zasady są proste: dwie grupy ludzi rywalizując na kawałku trawy kopie wypełnioną powietrzem piłkę, w celu umieszczenia jej w bramce przeciwników i mające do dyspozycji przede wszystkim jedno narzędzie...własne nogi. W tym idyllicznym opisie trudno spostrzec chociażby cień niebezpieczeństwa. A jednak ono istnieje i co jakiś czas przynosi swe brutalne żniwo. Pot, krew oraz łzy - na boisku nie należą do wielkiej rzadkości. Czasem jednak waleczność zawodników przekracza cienką granicę. Jakby ta oryginalna zabawa dla dorosłych wymykała się spod kontroli. W skrajnych przypadkach stadionowa publiczność była obserwatorem mrożących krew w żyłach scen, które kończyły się nawet zgonem piłkarza. Śpieszę oświadczyć, iż nie mam zamiaru kalać majestatu śmierci. Niemniej, osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie monitorów, bo przedstawione tym razem historię są dość drastyczne. Oto 10 przykładów na to, jak jeden gracz potrafi drugiemu graczowi wyrządzić fizyczną krzywdę. W zestawieniu nie ujęto największych "przestępstw". Trudno także wszędzie dopatrywać się 100% perfidii i skutki tych zdarzeń nie zawsze miały smutny koniec (obyło się bez poważnej kontuzji oraz żmudnej rehabilitacji). Z pewnością jednak mają zalety dydaktyczne - przestroga, że czasem warto zastopować własną ambicję, aby uszanować swoje i cudze zdrowie.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
van Basten  -  Boli   (1993)
Zaczynam od nieco naciąganego przypadku, ale nie mogłem się powstrzymać. Marco van Basten był ikoną przełomu lat 80-tych i 90-tych. W ogóle jest on jednym z najznakomitszych napastników w dziejach futbolu. Jednak stwierdzenie, że w 100 % wykorzystał swój talent byłoby sporym nadużyciem... Główną tego przyczyną były problemy z kostkami. W pojedynku ligowym z Anconą Calcio doznał urazu, przez który wylądował na stole chirurgicznym. Udało mu się powrócić na końcówkę sezonu oraz jego "wisienkę" - finał Ligi Mistrzów (Olympique Marsylia - AC Milan, 1:0). Niepowodzenie w historycznym (pierwsza edycja rozgrywek) meczu nie było jego największym zmartwieniem. Po starciu z Bolim w ostatnich minutach spotkania van Basten doznał poważnej kontuzji. To jedynie w pewnej części jest wina rywala. Decyzja o powrocie genialnego Holendra do gry okazała się przedwczesna, brakowało zdrowia i podjęte ryzyko nie opłaciło się. Przez ponad dwa lata był wyłączony z gry. Długą batalię o powrót na boisko przegrał z kretesem i ostatecznie, nie mając nawet 29 lat, zdecydował się ogłosić zakończenie kariery zawodniczej.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Battiston  -  Schumacher   (1982)
Zdarzenie to bulwersuje do dnia dzisiejszego. Jedno z największych dramatów oraz infamii jakie w ogóle uświadczyły Mistrzostwa Świata. Kluczowa była akcja z 60 minuty spotkania, kiedy Battiston otrzymuje długie podanie na przedpole bramki przeciwników. Zaraz po oddaniu (niecelnego) strzału został bezpardonowo zaatakowany przez Schumachera. Ów bramkarz energicznie skoczył w kierunku Francuza i z pełnym impetem uderzył biodrem w jego głowę. Gracz klubu z Saint-Étienne pada bezwładnie na murawę. Przerażony Platini nawet sądził, że jego kolega nie żyje (miał niewyczuwalny puls i był blady). Bilans tej kolizji jest dla Battistona porażający: półgodzinny brak przytomności (podawano mu tlen, a później miał zapaść w śpiączkę), trzy pęknięte żebra, utrata dwóch zębów oraz uszkodzony kręgosłup. Co spotkało Schumachera za akt brutalizmu? Nic, bo holenderski arbiter nie dopatrzył się tu żadnego przewinienia! Brak komentarza. Niemiec wydawał się nie interesować stanem swojej ofiary, a jakiś czas potem miał zadeklarować, że sfinansuje jej wstawienie nowych zębów (cynizm?). Co gorsza, zespół RFN wygrał tamto starcie (po serii rzutów karnych) i awansował do wielkiego finału mistrzostw. We Francji wybuchło poruszenie, które załagadzali przywódcy obu państw wspólnym oświadczeniem oraz sami piłkarze (u Francuzów żywe są historyczne animozje względem Niemców).
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Čech  -  Hunt   (2006)
Czeski bramkarz na bardzo długo zapamięta ligowy pojedynek z Reading. Już na samym jego początku miał dramatyczny kontakt z pomocnikiem rywali, Huntem. Podczas interwencji został trafiony kolanem w głowę, w wyniku czego doznał złamania podstawy czaszki. Niestety, sędzia ponownie nie stanął na wysokości zadania, ponieważ nie pokazał żadnej kartki. Jak przekonuje agresor, był to zwykły wypadek i nie chciał graczowi "The Blues" zrobić krzywdy. Petra Čecha przetransportowano do Oxfordu i poddano operacji. Szpital opuścił po 10 dniach, zaś wznowić rywalizację sportową mógł po ok. 90 dniach. Poszkodowany uskarżał się na silne bóle oraz twierdzi, iż nie pamięta rozpatrywanego incydentu. Ponoć uraz zagrażał nawet życiu piłkarza. Od tamtej pory dla ochrony Čech nosi "szykowną czapeczkę" (kask).
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Cissé  -  Zhi   (2006)
Cissé to barwna i kontrowersyjna postać. Ekstrawaganckie fryzury, afery obyczajowe, krewki charakter, rola w popularnym filmie...cały on. Tę listę trzeba jeszcze rozszerzyć o koszmarne kontuzje, które nie omijały jego kariery. Wpierw w 2004 roku na Wyspach Brytyjskich doznał złamania nogi, które wyłączyło go z rywalizacji na ponad pół roku (najbardziej pesymistyczne prognozy mówiły o półtorarocznym rozbracie z futbolem). Skończyło się dla niego względnie szczęśliwie - podobno Francuzowi groziła nawet amputacja części nogi! Jeśli myślicie, że tym zdarzeniem wyczerpał swój limit krzywd, to jesteście w ogromnym błędzie. Niecałe dwa lata później znów ucierpiała goleń piłkarza (dla odmiany nie wytrzymała kość prawej nogi). Za "kata" robił kapitan Reprezentacji Chin, Zhi. Obaj zawodnicy wdali się w pojedynek biegowy i w pewnym momencie Chińczyk pociągnął za sobą nogę przeciwnika. Powstało z tego otwarte złamanie piszczela. Jak dla mnie, bardziej jest to rezultat splotu niepomyślnych okoliczności, niż boiskowego chuligaństwa. Poszkodowany mógł czuć dwojaką gorycz: niełatwa procedura leczenia oraz świadomość niemożności wyjazdu na globalny czempionat.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Lienen  -  Siegmann   (1981)
Makabra. Lekarze mówią, że istnieją urazy groźniejsze dla sportowca niż ten (m.in. zerwanie więzadeł stawu kolanowego), jednak mało który jest tak wielce "widowiskowy". Głęboka rana odsłaniająca kość działa na wyobraźnię i potrafi zapaść w pamięć niejednego obserwatora. Na własnym ciele przekonał się o tym Lienen. W meczu Werderu Brema z Arminią Bielefeld (1:0) w pewnym momencie został zaciekle zaatakowany wślizgiem przez defensora gospodarzy, Siegmanna. Zszokowany piłkarz padł z krzykiem na murawę, wstał, po czym położył się, aż wreszcie kulejącym krokiem udał się w kierunku ławek rezerwowych. Celem tej "wędrówki" był Rehhagel. „Ty kazałeś mu mnie kopnąć!” - tak w przybliżeniu zwrócił się do ówczesnego trenera Werderu, wymownie przy tym gestykulując (ponoć miał podżegać do brutalnej gry). Faulujący otrzymał żółtą kartkę i uniknął wyrzucenia z murawy, gdyż boiskowy rozjemca chyba nie widział kolizji zbyt dokładnie. Prawda jest jednak taka, iż ówczesny niemiecki futbol nie troszczył się przesadnie o bezpieczeństwo zawodników. Lienen szukał sprawiedliwości w sądzie (pozwał Siegmanna i Rehhagela), ale bez większego efektu. W rewanżowym spotkaniu Rehhagel przywdział kamizelkę kuloodporną, a Siegmanna ochraniała policja (grożono mu śmiercią). Główny winowajca, do którego przylgnął przydomek "Rozpruwacz", wysłał piękny list z przeprosinami oraz zapewnieniami o braku premedytacji w jego działaniu. Obaj panowie spotkali się po 31 latach i podali sobie ręce. Obrażenie Lienena to rozcięcie na udzie o długości 25 cm a głębokości 5 cm, przy szyciu którego użyto 23 szwów. Jego absencja trwała, bagatela, siedemnaście dni. Faul ten uchodzi za najsłynniejszy w całej erze Bundesligi.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Lubański  -  MacFarland   (1973)
Jeden z najważniejszych meczów polskiego piłkarstwa. "Biało-czerwoni" pokonali Anglików (2:0), znacząco przybliżając się do Mistrzostw Świata. Mimo historycznego triumfu (jedyna wygrana nad tym rywalem), polski kibic ma ambiwalentne odczucia wobec tego spotkania. Gdy w pierwszych minutach drugiej połowy Włodzimierz Lubański wykazując się sprytem strzelił bramkę, wszystko układało się dla nas pięknie. Niestety, ten błogi stan nie trwał zbyt długo, brutalnie zakończony starciem pana Włodka z MacFarlandem. Nasz napastnik upadł na ziemię, łapiąc się za prawe kolano. Diagnoza: zerwane więzadła i odprysk kości. Lubański nie widzi tu winy swego rywala, lecz traktuje to jako przypadek oraz nieodzowny element sportowego życia. Były gracz Górnika Zabrze miał z głowy ok. dwa lata, podczas których toczył twardy bój o swój powrót. Ponoć, wiele jest w tym winy lekarzy, którzy źle ocenili obrażenia oraz późno podjęli decyzję o operacji. Lubański po wznowieniu kariery nie był już tym samym zawodnikiem. Trykot reprezentacyjny założył po prawie 41 miesiącach pauzy, zaś w 1980 roku wystąpił w nim po raz ostatni - zdobywając zresztą gola.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Nilis  -  Wright   (2000)
Bramkarze to są wariaci. Tę płynącą od środowiska piłkarskiego prawdę zdaje się potwierdzać incydent z meczu Ipswich Town - Aston Villa (1-2). Próbujący wpakować piłkę do siatki Nilis, został staranowany przez golkipera gospodarzy (Wright). Dla tego pierwszego skończyło się to fatalnie. Jego prawa noga złamała się w dwóch miejscach, owijając się o interweniującego agresora. Nilisa zniesiono z boiska na noszach i przewieziono do szpitala. Na tym nie koniec przeciwności bramkostrzelnego Belga. W ranę wdała się infekcja i dopuszczano możliwość częściowej amputacji kończyny (ostatecznie udało się tego uniknąć). Z pewnością ostatek ubiegłego tysiąclecia - naznaczony bólem fizycznym oraz strachem - zapamięta na długo. Nilis nie ukrywa, że był to najgorszy okres jego życia, w którym zdarzały mu się łzy. Przeszedł dwie operacje, a po kilku miesiącach od doznania kontuzji zakończył swoją karierę. Miał wtedy 33 lata. Nie uprzedził się jednak do futbolu i aktualnie jest zatrudniony na stanowisku trenera napastników w holenderskim PSV Eindhoven.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Ramos  -  Leonardo   (1994)
Pamiętna sytuacja z pamiętnego Pucharu Świata. Amerykanie bardzo dzielnie stawiali czoła faworyzowanym Brazylijczykom w meczu o najlepszą ósemkę turnieju. Przy końcu pierwszej połowy, nie wytrzymał nerwowo jeden z graczy "Canarinhos" - Leonardo. W pojedynku z Tab Ramosem i ciągnięty przez gracza gospodarzy za koszulkę, brutalnie uderza go łokciem w twarz. Chamstwo w czystej postaci, na które nie ma wytłumaczenia. Faulujący otrzymał salwę gwizdów z trybun oraz błyskawiczny czerwony kartonik od arbitra Quiniou. Wobec Leonardo zastosowano dalsze sankcje, w wyniku czego musiał pożegnać się z imprezą. Kara czterech spotkań zawieszenie jest sroga, jeśli spojrzy się na historię Mistrzostw Świata (tylko w jednym przypadku wydano dłuższy zakaz gry). Brazylia uporała się z ekipą USA (1:0), a że w dalszych fazach nie znalazła swego pogromcy, to sięgnęła po najcenniejszy laur. Pytacie się o Ramosa? Biedak spędził w szpitalu ok. 100 dni, a badania wykazały złamanie czaszki (kość policzkowa). Otrzymywał od lekarzy różne opinie, nawet pojawiła się groźba jakiegoś paraliżu, gdyby w to samo miejsce został ponownie trafiony. Nie przestraszył się i dalej profesjonalnie uprawiał piłkę nożną, acz unikał stawania w murze... Leżąc w szpitalnym łóżku odwiedzony został przez swego szkodnika (przepraszał go ze łzami w oczach). Zdaniem Ramosa czyn był zamierzony, lecz nie ma o to żalu do przeciwnika.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
da Silva  -  Taylor   (2008)
I znowu wizyta w Anglii. Widać, że ostra gra jest tam pielęgnowana. Jedna z najsłynniejszych kontuzji z ostatnich lat, której obraz wywołuje szczękościsk. Miejscem akcji jest stadion w Birmingham i spotkanie tamtejszej drużyny z Arsenalem Londyn (2:2). Już na samym jego początku kibice mieli nadmiar emocji. Niestety nie wynikały one ze sportowego widowiska. Eduardo da Silva został agresywnie zaatakowany wślizgiem (cios wyprostowaną nogą w lewe podudzie) przez Taylora. Skutek był opłakany. Piłkarz złamał kość strzałkową oraz zwichnął (otwarte wypadnięcie kości ze stawu) kostkę, naruszeniu uległy naczynia krwionośne. Uraz skomplikowany i wielce niebezpieczny. Brazylijczykowi z chorwackim paszportem udzielono natychmiastowej pomocy już na miejscu (7-8 minut), następnie zoperowano go w pobliskim szpitalu a dzień później był już w Londynie. Gdyby nie szybka interwencja lekarzy, realne było nawet usunięcie stopy. Zdarzenie było na tyle ekstremalne, iż pewna telewizja zrezygnowała w relacji na żywo z powtórek faulu. Oburzony Wenger (trener gości) nawoływał do dożywotniej dyskwalifikacji winowajcy, ale później wycofał się ze swoich słów. Broniący Taylora twierdzą, że jego zachowanie nie miało na celu wyrządzenia krzywdy rywalowi i był to jednorazowy incydent. Ostatecznie zawodnik dostał "czerwień", jak też standardową w takich przypadkach karę - trzy mecze zawieszenia. Podobno swoją ofiarę odwiedził w szpitalu i przeprosił, ale sam rekonwalescent...tego nie pamięta. Z przyczyn oczywistych da Silva nie pojechał z Chorwacją na Mistrzostwa Europy, zaś po roku absencji ponownie wystąpił w meczu.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Wasilewski  -  Witsel   (2009)
Kończę znaną nad Wisłą historią. Widok brutalnie deptanego Marcina Wasilewskiego przez młodego Witsela, utkwił polskiemu kibicowi w pamięci. Starcie Anderlecht - Standard Liège (1:1) było prestiżowe i elektryzowało kibiców w Belgii. Oba kluby były wówczas hegomonami tamtejszej ligi i między sobą decydowały o mistrzostwie. Być może w tym należy upatrywać głównego czynnika późniejszych dramatycznych zdarzeń, jakie miały miejsce na obiekcie w Brukseli. Nasz reprezentant zdecydował się na wślizg (zresztą skuteczny) i wspomniany Witsel chamsko na niego skoczył. Popularny "Wasyl" aż zawył z bólu oraz sugestywnie chwycił się za głowę. Całkiem niezrozumiałe jest tu zachowanie agresora, który zdawał się protestować, gdy sędzia wyrzucał go z boiska. Prawa noga nie wytrzymała - otwarte złamanie kości piszczelowej i strzałkowej. Dalsza kariera wychowanka Hutnika Kraków była wielką niewiadomą, wszakże do młodych futbolistów nie należał (29 lat). Udało mu się jednak stawić opór przeciwnościom i piłkarska emerytura musi poczekać. Ba, wyszedł z tego silniejszy! Jego pauza trwała jakieś osiem miesięcy, a swój powrót do rywalizacji miał wprost wymarzony: zdobyty gol, wygrana zespołu oraz symboliczna data -> 8 maja jest rocznicą zakończenia Drugiej wojny światowej. Nawet pojechał na "polskie" EURO, występując w każdym z trzech spotkań (nie opuścił ani minuty). Jego "kata" wykluczono na osiem spotkań. Myślał o pozwaniu Witsela i uzyskaniu odszkodowania, jednak nie zdecydował się na ten krok. Dwie strony spotkały się w 2012 roku podczas meczu grupowego Ligi Mistrzów i podały sobie ręce. Jakkolwiek legenda "Fiołków" przyznała wcześniej, że żywi niechęć do przeciwnika.
--  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --  --
Aj, boli od samego patrzenia na niektóre faule. Dla rozładowania napięcia przywołam poza listą jeszcze pewne "zabawne" zdarzenie z ligi francuskiej. Mecz Stade Rennais-Olympique Marsylia z lutego ubiegłego roku pozostawił po sobie szeroki niesmak. Haniebny incydent zaistniał w 82 minucie wspomnianego spotkania, w starciu Mario Leminy z Ola Toivonenem. Toivonen aż tak uporczywie chciał odebrać futbolówkę Gabończykowi, że skopał leżącego na murawie rywala. Lemina nie pozostał mu dłużny i gdy jego oprawca nachylił się nad nim, to dosłownie wymierzył mu cios poniżej pasa! Szwed, co nie może dziwić, padł na murawę "jak rażony piorunem". Dla jego dziewczyny (para wzięła ślub w czerwcu 2015 roku) sytuacja ta nie ma prawa radować :) Arbiter wyciągnął konsekwencje wobec obu graczy - Lemina musiał nawet opuścić plac gry. To dobitny przykład tego, że sprawiedliwość bywa jednak "rychliwa". Dziękuję za obecność i do następnego razu. Czołem! :-D

Postępuj wobec innych tak, jak chciałbyś aby wobec ciebie postępowano
[Jezus Chrystus]

niedziela, 10 stycznia 2016

(Temat 37) Historia jednego gola, czyli...

Błysk geniuszu Zidane

Pogimnastykuję wasze umysły pytaniem. Czy może kojarzycie z czymś datę 15 maja 2002 roku? Brak u mnie złudzeń na ochoczo wyrywający się ku górze "las rąk" z odpowiedzią twierdzącą. Pewnie liczba takich "rodzynków" zbytnio nie odbiega od - że tak zażartuję - ilości niedźwiedzi polarnych penetrujących piaszczyste wydmy Sahary :D Poważniej jednak. Dzień ten nie przywołuję bynajmniej przypadkowo, gdyż wydarzenia z nim związane natchnęły mnie do dzisiejszego pisania. Z grubsza cała sprawa ogranicza się do pewnego niepozornego człowieka i jego nietuzinkowego talentu. Zinédine Zidane - oto przyczyna całego rabanu. Każdy szanujący się fan sportu zna doskonale nazwisko tego piłkarskiego maestro, którego korki już od dawna wiszą na kołku. W jego karierze zawodniczej nie brakowało błyskotliwych zagrań, zwodów i bramek, lecz to co zrobił w ów majowy wieczór sprzed niemal 14 laty było czymś wyjątkowym. Pochwalę się, doskonale pamiętam wydarzenia ze stadionu w Glasgow, kiedy to będąc w domowych pieleszach oglądałem w telewizji relację na żywo z meczu. Niech o mojej reakcji na popis słynnego Francuza świadczą rozdziawione usta ("rybka"), głupkowaty uśmiech i niedowierzające kręcenie głową. Usiądźcie wygodnie w fotelach. Czeka was krótka opowieść o golu wręcz wyjętym ze sfery marzeń!
Zaprzeczam. Przy doborze tematów nie kieruję się koniunkturalizmem - przynajmniej nie w tym przypadku...wersja oficjalna ;) Nie ma zatem znaczenia informacja, że "Zizou" został trenerem Realu Madryt. Ona aczkolwiek jest wartością dodaną oraz okazją do komentarza, którą z pełną premedytacją wykorzystam. Zwolenników decyzji Florentino Péreza zasmucę, bo w osobie Zidane nie widzę skutecznej recepty na bolączki "Królewskich". Nie mam do niego jakiś obiekcji typu ad personam, lecz wręcz przeciwnie - bardzo go lubię. Także jako aktywny piłkarz budził u mnie podziw i w mojej prywatnej klasyfikacji lokowałem go w ścisłej światowej czołówce. Rozdzielam to jednak. Bycie piłkarzem, a bycie trenerem to dwa zupełnie odrębne światy. Sukcesy odnoszone na piłkarskiej murawie nijak się mają do "trenerki". Oczywiście może to pomóc w nowej pracy, lecz ścisłej zależności nie ma. Osobom nieprzekonanym polecam np. prześledzenie poczynań Zbigniewa Bońka po 1988 roku. Tak więc Zidane na stołku madryckiego klubu zbyt długo nie widzę, ale...nie mam nic przeciwko abym się pomylił. Kto wie, może pójdzie w ślady swych kolegów z Reprezentacji Francji, Didiera Deschamps i Laurenta Blanc? Akurat ci dwaj "jegomości" dowodzą, że da się oba zajęcia skutecznie połączyć. Szkopuł w tym, że to byli defensorzy, którzy jak pokazuje życie najczęściej w tej materii odnoszą sukces. Kończąc ten pasjonujący wątek, kibicuję "Zizou" ażeby sprostał niełatwemu wyzwaniu oraz wyrażam pragnienie: pozytywnie mnie zaskocz. Akurat w tym drugim czynił tak już niejednokrotnie...
Przenieśmy się do pamiętnego meczu z wiosny 2002 roku. Powszechnie lubiany Roberto Carlos był "kołem zamachowym" całej akcji. Przyjął on piłkę przy samej linii bocznej (lewa strona) w okolicy połowy płyty boiska, a następnie zagrywa do nieopodal stojącego Solariego i biegnie w kierunku strefy obronnej przeciwników. Solari prędko oddaje futbolówkę koledze, podnosząc ją. Brazylijczykowi po długim rajdzie (jakieś 40 m) udaje się dojść do podania zwrotnego - ku rozpaczy Sebescena, którego ogrywa w pojedynku biegowym. Już tu powinny zabrzmieć fanfary. Roberto Carlos bez przyjęcia kopie odbitą od murawy piłkę i wychodzi z tego taka "zawiesinka" zaadresowana do, będącego na 16-stym metrze przed bramką, Zidane. Nie wiem ile w tej akcji było przypadku, a ile pełnej intencjonalności, ale zrodziła się z tego asysta "palce lizać". Zagranie było precyzyjne i w tempo, dzięki czemu Francuz uderzył futbolówkę niemal z miejsca. "Uderzył" jest zanadto trywialnym określeniem tego, co wtedy uczynił. Po prostu "genialne dotknięcie"! Zidane strzelił swoją lewą stopą, kopiąc piłkę "z powietrza". Wyglądało to majestatycznie: uderzenie "z biodra", gdzie nogi piłkarza tworzą niemal kąt 90°. Piłka robiąc niewielki łuk wleciała ze znaczną prędkością do bramki, niemalże w samo jej "okienko" (prawy górny róg z perspektywy bramkarza). Wspaniały moment. Pozostaje tylko gromko zaklaskać z zachwytu. Fani zgromadzeni na obiekcie w Glasgow mogą czuć pełnię satysfakcji. Bramka Zidane oprócz walorów estetycznych, miała również skutki czysto wymierne. Realowi Madryt dała ponowne prowadzenie (2:1) w finale Ligi Mistrzów i to tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania. Typowy "gol do szatni", który często przesądza o dobrym rezultacie. Więcej bramek już nie było, a "Zizou" został bohaterem i dołożył kolejną "cegiełkę" w budowaniu swej legendy.
Bez pierwiastka epickości się nie obędzie. „Iście deserowe delicje dopełniające piłkarską ucztę, zaspokajające nawet najbardziej wybredne kibicowskie podniebienie, których woń pieści nozdrza a słodki smak pozostaje jeszcze długo po konsumpcji ostatniego kęsku... - pompatyczne mowy same klecą się w głowie. Czy pokaz Zidane zasługuję na tytuł "Gola wszech czasów"? Raczej nie, ale to właśnie jemu poświęcam cały post (pierwszy tego rodzaju zresztą). Dlaczego tak? Moja nieukrywana sympatia do osoby strzelca wszystkiego nie tłumaczy. Historia futbolu zna multum pięknych bramek i pewnie część z nich swą urodą przewyższa dzisiejszą "pięknotkę". Ocena ich jakości jednak nie ogranicza się wyłącznie do technicznego kunsztu autora, dystansu do bramki rywali i precyzji strzału. Być może stanowi to clou, lecz problematyka jest bardziej złożona. Otóż, dopełnieniem wyjątkowości jakiegoś trafienia jest ranga pojedynku (także przeciwnika). Finały wielkich turniejów i rozgrywek same z siebie wytwarzają ogromny prestiż. Kiedy naprzeciwko sobie stają bodaj najlepsze drużyny z najlepszymi graczami, to o każde udane zagranie (a już bez wątpienia piękną bramkę) niezwykle trudno. Dochodzi jeszcze stres, wywoływany przez kibiców i historię. Myśl, że jeden mecz decyduje o zostaniu mistrzem może zdemobilizować nawet ludzi z mocną psychiką. Zidane spełnia wszystkie wymogi. Pojedynek z Bayerem Leverkusen był niczym innym jak decydującym starciem Ligi Mistrzów sezonu 2001/02. Zrobić tak piękną rzecz i w tak bardzo ważnym czasie - tandem idealny. Analizując finały Mistrzostw Świata i Mistrzostw Europy (reprezentacja) oraz Ligi Mistrzów (klub) z ostatnich dekad, nie przypominam sobie akcji, będącej konkurencją dla wyczynu francuskiego pomocnika. Sam gol jest kwestią gustu, ale już fakty tu przedstawione są bezsporne.
Pomijając bramkę, mecz z przedstawicielem niemieckiej Bundesligi był dla niego nad wyraz udany. Mam przed oczami jego "siatki" i "rolety", którymi zawstydzał rywali. Jego gra wręcz emanowała luzem i finezyją. Spotkanie, z grona tych topowych w kontekście całej kariery. Postura Zidane zawsze budziła u mnie szacunek. Zastanawiało mnie jak to możliwe, że ten łysiejący oraz obdarzony "żyrafimi kończynami" piłkarz tak świetnie panuje nad piłką. A wówczas niczym mityczny Midas czego się nie tknął zamieniało się w złoto. Mistrz świata, mistrz Europy, gracz najlepszego klubu na kontynencie i najdroższy futbolista świata (aż do ery Cristiano Ronaldo) - wpływa na wyobraźnię. Tym bardziej smutna i paradoksalna jest sytuacja z Mistrzostw Świata 2002. Kilka tygodni po spektaklu w Glasgow, broniąca tytułu Reprezentacja Francji okazała się być obrazem nędzy i rozpaczy - ostatnie miejsce w grupie, nawet bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej! Dzierżący kapitańską opaskę "Zizou" niestety dopasował się do poziomu swoich kolegów. Do rangi symbolu urósł widok jak przewraca się w meczu z Danią (zaś czterech zawodników klubu z Leverkusen dostąpiło zaszczytu występu w wielkim finale imprezy). Takie nielicznie łyżeczki dziegciu w dzbanie miodu. Facet mimo niewybitnie licznej kolekcji bramek, w ich pięknie oraz wadze miał rzadki dar. Sądzę, że esencję jego możliwości pokazał tekst, którego - mam taką nieukrywaną nadzieję - fajnie wam się dzisiaj czytało. Mam pomysł, aby okresowo zamieszczać podobne posty i w ten sposób stworzyć swoisty cykl. Skoncentrowanie się na jednej akcji przypuszczalnie jest atrakcyjne. Tymczasem będę już powoli "leciał". Czołem! :-D