Translate

piątek, 11 grudnia 2015

(Temat 35) Reprezentacja Polski - "mega pack"

Kłaniam się po dłuższym rozbracie z pisaniem. Natchnieniem, aby jeszcze w tym roku skreślić kilka słów, była postawa naszych reprezentantów. Stworzyli oni wspaniałe widowiska, które czuję do dziś ("stado" endorfin wciąż grasują w moich żyłach). Tak dobrze nie było od daaawna. A przyszłość mieni się w jeszcze jaśniejszych kolorach. Spokojnie jednak. Przebyte zawody i wciąż rosnący licznik lat karzą mi tonować swe zapędy. Nie mniej trzeba pozytywnie o "Orłach" mówić, bo doprawdy zasłużyli na to. Rozwinęli pięknie skrzydła i...szykują się do lotu, pięknego lotu po francuskiej krainie! Poniosło mnie haha :) Wracając na ziemię, postanowiłem przeanalizować ostatnie miesięce w wykonaniu kadry Adama Nawałki, przekazać garść statystyk i w futurystycznych oparach debatować o nadchodzącym europejskim czempionacie. Postaram się mieć chłodną głowę i w miarę mych intelektualnych możliwości rzeczowo przedstawić sytuację i potencjał "Biało-czerwonych". Kilka laudacji nad polskimi piłkarzami mam jednak z tyłu głowy. Aż chce się zaintonować rozsławioną przez Kamila Grosickiego pieśń "Pijem, bawim się"!
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
STATYSTYKI  ZESPOŁOWE
Post podzielę na kilka rozdziałów, które tylko do pewnego poziomu są ze sobą spójne. W końcu nadrzędną koncepcją jest "mega pack", a więc dużo tematów być musi. Zacznę od...statystyk. W końcu to mój "konik". Gdy spojrzycie na tabele i zawarte w nich dane, to wasze usta wręcz automatycznie rozdziawią się w kształt banana - z wygięciem "końcówek" ku górze :) Cieszą wyniki naszej kadry także dlatego, że dają nam eksponowane lokaty w prestiżowych rankingach. Na europejskim podwórku robimy furorę ("Poland rulez!"). Pewnie młodsi kibice nie mają świadomości, iż jeszcze jeszcze paręnaście lat temu nasza strzelecka indolencja aż trąciła wstydem na cały kontynent. Przełom 1999 i 2000 roku był wręcz koszmarny (schyłek kadencji Wójcika i początek Engela) - przyniósł 6 meczów bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej (niemal 700 minut bez strzelonego gola!). Ba, gdyby nie gol Hajty przeciwko Hiszpanii (1:2), to byłoby jeszcze mizerniej: 9 meczów i ok. 950 minut "na zero"! Gwoli sprawiedliwości, przyszło nam wtedy stawiać czoła klasowym drużynom (np. Anglia, Francja i Szwecja). Niemniej, bezbramkowych remisów z Finlandią i Węgrami nie sposób wybronić. Przykłady "słabości" naszych napastników macie przedstawione w tabelce poniżej.
Po co w zasadzie przypominam o tych "wyczynach"? Ano dlatego, aby uświadomić was o wybornej dyspozycji naszej ofensywy w ostatnich miesiącach! Kontrast pomiędzy legendarnym już rokiem 2015, a zdarzającą się w przeszłości piłkarską niemocą jest aż nadto widoczny. Przejdę teraz do konkretów. W ostatnich 12 miesiącach nasz zespół zdobył aż 25 bramek. Bywało w historii co prawda więcej (grubo ponad 30), ale nie często się zdarzało (jeśli w ogóle) abyśmy byli najskuteczniejszym zespołem w Europie! Tak, to nie żart. Każdy inny zespół ze "Starego Kontynentu" pod tym względem nam ustępuje. Pięknie to brzmi. Częstotliwość trafień zresztą budzi porównywalny respekt - 2,8 gola na mecz. Nasi piłkarze nie oszczędzali golkiperów przeciwnych drużyn, które "cieniasami" nie są. No dobrze, Gibraltaru (8:1) nie ma co przeceniać, lecz pozostały zestaw ekip to już było spore wyzwanie. Taka Irlandia (dwa razy), Szkocja i Islandia to wszakże przedstawiciele "wyspiarskiego" stylu gry, którego wizytówką jest twarda gra i solidna gra w defensywie. Grecja to w ogóle słynie z "zasieków" obronnych. Niemcy to...Niemcy (dalszy komentarz jest zbędny). Zostają jeszcze Czechy i Gruzja. Nasi południowi sąsiedzi są dla nas niewygodni i z dwie poprzednie potyczki nie przyniosły nam nawet gola. Petr Čech to marka sama w sobie i pokonanie go nie jest najłatwiejszym zadaniem. Wreszcie Gruzja. Choć przyjaźń polsko-gruzińska kwitnie, to podopieczni Nawałki okazali się mało "przyjacielscy". Cztery gole (w dwumeczu aż 8!) to naprawdę godny podkreślenia fakt. Gruzini to nie są "chłopcy do bicia". Nie wierzycie? Niech przemówią fakty. W zakończonych eliminacjach Gruzja w 8 meczach (Niemcy, Irlandia, Szkocja i Gibraltar) puściła łącznie...8 bramek! W rankingu najskuteczniejszych drużyn Polacy wyprzedzili m.in. Belgów, Szwajcarów czy świetnie dysponowanych Anglików. Takie potęgi jak Holandia, Włochy, Portugalia czy Hiszpania plasowani są daleko w tyle. Belgia mogła być "numerem jeden", ale z powodu zagrożenia atakiem terrorystycznym ich towarzyski mecz z Hiszpanią został odwołany. Zestawienie raczej nie ulegnie znaczącym modyfikacjom, bo są małe szanse na grudniowe sparingi.
Jeszcze co nieco o innej radosnej wieści. Otóż okazuje się, iż polskie stadiony są nie tylko piękne, nowoczesne i pełne kibiców, ale do tego stanowią piłkarskie twierdzy! Zwłaszcza mowa o "Stadionie Narodowym". Wyobraźcie sobie, że nasze "Orły" nie zaznali goryczy porażki w ostatnich 10 meczach na własnym terenie. Tylko rewelacyjna Belgia wypada pod tym względem lepiej (11 meczów). W Europie podobnym wyczynem co my, mogą pochwalić się tylko zespoły Islandii i Rumunii. Jak widać zespół "znad Karpat" będzie trudnym przeciwnikiem w eliminacjach "Mistrzostw Świata 2018" - ale to odrębny temat. Serię nieprzegranych spotkań u siebie możemy wydłużyć już w marcu, kiedy kadra zagra towarzysko dwa mecze. Tak trzymać chłopaki!!!
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
"MISTRZOWSKI"  SKŁAD
Teraz czas skupić się na zasobach osobowych naszej kadry. Na pół roku przed imprezą docelową przedstawię pierwszy skład, który najprawdopodobniej Nawałka wystawi w meczu "otwarcia". Przy doborze nazwisk bazowałem przede wszystkich na dotychczasowych decyzjach selekcjonera oraz postawą samych reprezentantów. No dobra, trudno będzie uniknąć "skazy" mojego subiektywizmu - ale czy to wada? Do rzeczy. Proszę zerknąć poniżej na grafikę, gdzie macie pokazany proponowany, wyjściowy zespół na "EURO 2016". Moim skromnym zdaniem - na dzień dzisiejszy - wygląda on następująco:
Oparłem się na klasycznym ustawieniu "4-4-2", który jest faworyzowany przez Nawałkę. Miejcie tu jednak baczność nad ogólną umownością rozstawiania zawodników. Często przecież gracze wymieniają się pozycjami. Dla przykładu jeden z pomocników może skupić się głównie na wspomaganiu formacji obronnych (wtedy można mówić o "4-1-3-2") czy jeden z napastników trochę się cofnąć ("4-4-1-1"). Zresztą pozycja danego zawodnika to niekiedy fikcja, gdy spojrzy się np. na Lewandowskiego, który wraca się i "de facto" staje się rozgrywającym. Dzisiejsza piłka czerpie wiele z wizji tzw. "futbolu totalnego" (w nieco mniejszej skali) i od napastników wymaga się pomocy w defensywie, a od bocznych obrońców rajdów w "16-stkę" przeciwników. Dość o tych technicznych dywagacjach, bo przynudzam :) Chciałem tylko uświadomić was, iż wiele zależy od przyjętej strategii i tego z kim przyjdzie rywalizować. Można domniemywać, że na silnego rywala zagramy zachowawczo, z dwoma defensywnymi pomocnikami. Wówczas obok Krychowiaka widzę...Jodłowca, którego nazwiska na "wirtualnym boisku" nie umieściłem. Zawodnicy mają swoje uwarunkowania. Posiadają atuty, ale i ograniczenia. Jeden jest utalentowanym "destruktorem" i nie straszny mu twardy bój, drugi zaś dobrze czuje się w ataku pozycyjnym a jeszcze inny ma świetne warunki fizyczne, które są mile widziane przy stałych fragmentach gry. I tu właśnie jest pole do popisu dla selekcjonera, aby to wszystko umiejętnie poskładać. Musi on dokonać bilansu "za" i "przeciw" każdego z graczy - a przede wszystkim - ich przydatności dla zespołu. Właśnie termin "zespół" jest tu kluczowy. Nierzadko byliśmy przecież świadkami kiedy świetni piłkarzy nie dostali powołań do swych drużyn narodowych. Życie jest bardzo złożone i nie zawsze wystarcza sam talent oraz jakość czysto piłkarska. Choć jakiś zawodnik wyróżnia się w klubie, to może wybitnie nie pasować do koncepcji reprezentacyjnego trenera i jest przez niego pomijany czy odsuwany na plan dalszy (m.in. Wichniarek za kadencji Engela). Nie zapominajmy również o cechach charakterologicznych piłkarza, które mogą zanieczyszczać atmosferę w zespole (m.in. Anelka w "Reprezentacji Francji") i najlepiej takiego "delikwenta" już w "przedbiegach" skreślić. Na drugim biegunie warto pochylić się nad obecnością w składzie piłkarza, który tworzy pozytywny mir. Dlatego ja widzę miejsce na mistrzostwach dla Sebastiana Mili. Jego konsolidacyjny styl bycia i doświadczenie mogą okazać się zbawienne dla kolegów z drużyny, zwłaszcza w chwilach trudnych. Jeśli będzie w odpowiedniej formie za pół roku, to już w ogóle nie ma sprawy - należy się mu powołanie za umiejętność świetnego "dotknięcia" piłki. Jednak o mojej wizji ostatecznego wyglądu kadry na "EURO 2016" nieco później.
Teraz kilkanaście zdań reasumujący mój wywód, bo jak zwykle napocząłem kilka ciągów myśli (ach te dygresje...) i pasuje to wszystko dokończyć. Wszakże "nie ważne jak mężczyzna zaczyna, lecz jak kończy" :D A więc...przedstawiona przeze mnie "jedenastka" odzwierciedla względnie najsilniejszy zespół jaki Polska obecnie może wystawić. Rzecz jasna, dotychczasowi wybrańcy Nawałki zostali uprzywilejowani. Przed osobą trenera ogromna zagwozdka na kogo finalnie postawić. Jak na razie ma czas na takie poważne wybory i wiele ułatwiły niedawno zakończone eliminacje ("wytypowały" one z 70% nazwisk). Decyzje osobowe to jedno, bo pozostaje cała reszta: podtrzymanie formy w okresie posezonowym, maksymalne zgranie zespołu, ostatnie szlify taktyczne etc. To nie temat na dziś, ale chce podkreślić że Nawałka jak na razie obrał dobrą ścieżkę, a jego drużyna spisuje się znakomicie. Przychylność opinii publicznej i kredyt zaufania ma. Jak było mówione wcześniej, wygląd wyjściowej "jedenastki" jest "płynny" - założenia taktyczne, kartki, kontuzje czy ranga przeciwnika może wprowadzić zmiany. Wreszcie o samej metodologii przy wyborze bądź rezygnacji z usług jakiegoś piłkarza. W centrum troski każdego trenera znajduje się drużyna. Jej dobro jest najważniejsze. Każdy piłkarz winien się mu podporządkować i nawet jeśli ma za sobą silne argumenty sportowe, to przy negatywnym wpływie jego osoby na kolegów daje prosty wynik: brak powołania. Nie da się nie powiedzieć, że jednak trzon drużyny jest powszechnie znany. Nasza nacja wydała na świat kilku wybitnych graczy, którzy spokojnie mogli by znaleźć miejsce w "Reprezentacjach" o bardziej ugruntowanych markach. Poniżej wymieniam zawodników, którzy w moim mniemaniu powinni francuski bilet otrzymać. Zachęcam do autoanalizy.
"Króciutko" skomentuję mój "występek". Obecność takich nazwisk jak Lewandowski, Krychowiak, Milik, Glik, Fabiański, Grosicki, Piszczek czy Rybus w zasadzie nie trzeba tłumaczyć. Gdy dopisze im zdrowie, są "pewniakami" do gry w wyjściowym składzie, a nie tylko do wyjazdu na turniej. Milę umieściłem z przyczyn już wcześniej opisanych, a ponadto lubię tego faceta. Jeszcze większą sympatią darzę Błaszczykowskiego. Kubę cenię nie tylko za postawę na murawie - w moich oczach jeszcze lepiej wypada jako człowiek. Chciałbym bardzo, aby był podstawowym wyborem pana Adama. Wiem jednak, że przez kłopoty zdrowotne pozycja Kuby w kadrze znacząco się obniżyła. Wydaje się również, iż najlepsze lata ma za sobą. Niemniej jestem jego fanem i liczę, że po raz kolejny pokaże swój charakter. Niektórych może zaskoczyć powołanie dla Jodłowca, lecz jak mówię - Tomka uważam po Krychowiaku za najlepszego defensywnego pomocnika w Polsce i jego predyspozycje przydadzą się, gdy zagramy z mocnym przeciwnikiem. Głównym zmiennikiem Piszczka jest Olkowski, którego Nawałka testował także w drugiej linii. Nieco inaczej jest z Rybusem, który z pomocnika stał się obrońcą. Dlatego też umieściłem na jego flance (lewa) aż dwóch innych piłkarzy (JędrzejczykWawrzyniak). Z Wawrzyniaka polscy kibice mają "bekę", lecz jak widać nie jest taki słaby, skoro rozegrał w narodowych barwach niemal 50 spotkań. No, zagadką jest jego obecna forma... To samo tyczy się Jędrzejczyka. Do czasu kontuzji był objawieniem kadry, a teraz jest trochę taka "mizeria". Jego atutem jest czas i uniwersalność (może grać na prawej obronie, a nawet na pozycji stopera). Mączyński to ulubieniec Nawałki i jak pokazał czas - jeśli selekcjoner do kogoś się przekona, to stawia na niego często i "w ciemno". Na szczęście tacy piłkarze odwdzięczają mu się z nawiązką. Zamiast niego mógłby zagrać Zieliński. Nie ukrywam, że nigdy nie byłem specjalnym piewcą talentu aktualnego gracza Empoli. Po meczu z Czechami (3:1) jednak jego "akcje" poszły w górę (ma świetne "czucie" piłki). Ponadto jest bardzo młody i ewentualny wyjazd nad Sekwanę może zaowocować w przyszłości.
No właśnie - młodość! Zieliński nie jest jakimś "rodzynkiem" w moim zestawieniu. Reprezentacyjna piłka nie kończy się przecież na "EURO 2016". Trzeba dbać o płynną wymianę pokoleniową i ogrywać "młodziaków". Spore szanse na powołanie ma Kapustka. Chłopak pochodzący z okolic Tarnowa (taki mój "lokalny nacjonalizm" :P) na dniach skończy dopiero 19 lat. Mimo tak młodego wieku gra bez kompleksu w narodowej koszulce. Statystyki imponują: 3 mecze, 2 gole i 2 asysty! Gracz Cracovii już teraz jest na celowniku europejskich potęg. Żeby nie było tak słodko, to we wspomnianych meczach zaliczył trochę strat. Zrezygnowałem z trzeciego młodego pomocnika i mowa tu o Linettym. Przyznam, że jego gra mnie nie przekonuje, choć lubię tego piłkarza. Nie do końca udaje mu się przenieść dyspozycję z klubu na kadrę. Również wśród pominiętych, acz w orbicie zainteresowania, znalazł się Peszko. Sławek błysnął w meczu z Irlandią (1:1), ale to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Nie można mu za to odmówić "serducha" do gry i za to kibice na pewno go szanują. Myślę, że z trójki Mila-Linetty-Peszko jeden pojedzie na turniej (ja wybieram tego pierwszego). Wreszcie ostatni z "młodych" - Stępiński. To moja propozycja-niespodzianka. 20-latek Ruchu Chorzów w "Ekstraklasie" prezentuje się wybornie, gdzie jest najskuteczniejszym polskim graczem (ogólnie w tej kategorii plasuje się na 3 miejscu). Chłopak ma talent i warto go zabrać do Francji. Wytypowałem łącznie czterech napastników. Stawkę uzupełnia Teodorczyk. Według ekspertów to on jest na tej pozycji "numer 3" naszej kadry. Długo leczył uraz (złamana noga), ale powoli wraca do dobrej dyspozycji. Potencjał ma spory o czym świadczy klub, w którym występuje - Dynamo Kijów. Najprawdopodobniej Sobiech zostanie "w domu". Jego mecze w kadrze są...nijakie. Ostatnio jego forma zwyżkuje, ale to trochę za mało. Zostali jeszcze stoperzy i bramkarze. Na teraz na środku defensywy, obok Glika, pewne miejsce ma Pazdan. Popularna "Pirania" nie jest może graczem z "najwyższej światowej półki", jednak przekonuje do siebie swoją solidnością, odwagą i zadziornością. Korzysta też z "posuchy", z jaką od dawna mamy do czynienia z defensorami. Wspomniana dwójka ma tylko jednego nominalnego zmiennika - Szukałę. Długo był pierwszym wyborem Nawałki, jednak zmienił klub (opuścił ligę rumuńską, żeby wybrać atrakcyjną finansowo ofertę arabskich szejków) i jego forma pikuje. Teraz "odbudowuje się" w Turcji (niedawno doznał kontuzji). Na koniec golkiperzy, czyli nasze "towary eksportowe". Hierarchia jest pozornie znana: prym wiedzie Fabiański, za jego plecami Szczęsny, dalej Boruc i Tytoń. Szczęsny chyba na własną prośbę i krnąbrność ma kłopoty z regularną grą, a Artur dopiero co wyleczył uraz. W tej sytuacji notowania Tytonia rosną, który pokazuje się z nie najgorszej strony w "Bundeslidze". Jego walorem jest "EURO 2012", na którym godnie zastąpił w bramce Szczęsnego (m.in. obronił "karniaka"). Mimo to, ja biorę na mistrzostwa Boruca (może z sympatii?). Uff...doszliśmy do "finału". Zdaję sobie sprawę, że kompletowanie zespołu na pół roku przed imprezą docelową jest zadaniem karkołomnym, jeśli nie bezsensownym. Widać, porwała mnie fala optymizmu, jaką wywołali "Biało-czerwoni". Życie jest najlepszym weryfikatorem. Zobaczymy komu przytrafią się kontuzje lub nie trafi z dyspozycją. Pragnąłbym, ażeby o przepustkach nie decydowały urazy, lecz sportowa rywalizacja wewnątrz drużyny.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
RANKINGI
Nie tak dawno temu natrafiłem na bardzo interesującą informację w jednym z polskich portali sportowych. Odnosiła się ona do artykułu brytyjskiego "The Telegraph", który zdecydował się prześwietlić wszystkie te drużyny, które awansowały na "EURO 2016". W wyniku tych działań powstał ranking. Zestawienie ma prozaiczny charakter: uporządkowanie zespołów od najsilniejszego po najsłabszy. Dla mnie najistotniejszym akcentem jest lokata "Biało-czerwonych". Doceniono nas. Miejsce "10" jest bardzo dobre. Po czasie naszła mnie myśl, czy to aby nie mrzonka. Mimo wątpliwości moje stanowisko jest podobne. Podopieczni Nawałki są gdzieś pośrodku wszystkich finalistów, a przy "dobrych wiatrach" czołowa "ósemka" wydaje się być na osiągalna. Twórca rankingu tak uargumentował lokatę Polski: „Polska ma teraz w osobie Roberta Lewandowskiego chyba najlepszego piłkarza Europy i jeśli utrzyma on taką formę w przyszłym roku, to będzie możliwy ćwierćfinał lub nawet wyższy pułap turnieju”. Wspomniano również o trzech innych "filarach" naszej drużyny: Miliku, Grosickim i Krychowiaku. A jak ma się sprawa z innymi uczestnikami przyszłorocznych mistrzostw? Jak dla mnie kilka nieporozumień jest. Sam "szczyt" i "dół" klasyfikacji nie budzą większych zastrzeżeń. Wysokie "akcje" Portugalii, Walii i Irlandii Północnej tworzą jednak dysonans poznawczy. "Ronaldo & Spółka" nie ma aż tak wielkiej "siły rażenia", Walia ogólnie wydaje się być przeceniana (zdobywa mało goli, nawet z "przeciętniakami"), a faworyzowanie Północnych Irlandczyków wywołuje "niestrawności". Rzekomo są mocniejsi od Ukrainy, Rumunii i Słowacji? Nonsens. Przeto w grupie eliminacyjnej znaleźli się za Rumunią, której nawet gola nie wbili. Zresztą pierwsza weryfikacja mojej opinii przyjdzie w marcu, kiedy to sprawdzi ich "Reprezentacja Polski". Na innym biegunie są: Szwajcaria, Anglia oraz (wspomniane wcześniej) Słowacja i Ukraina. Tak nisko Szwajcaria? To powinna być pierwsza "12-stka"! O miejscu Anglii (nieco zaniżonym wg mnie) specjalnie się nie dziwię. "Synowie Albionu" przyzwyczaili do klęsk na wielkich imprezach i w ich kraju wolą "dmuchać na zimne". Eliminacje przeszli "jak burza": 10 spotkań i tyleż samo triumfów. No dobra, wcześniej bywało podobnie (imponująca dyspozycja przed turniejem i powrót z niego do domu "na tarczy"), ale tym razem może być inaczej. Słowacja i Ukraina to przecież "zespoły ze środka". Nasi południowi sąsiedzi grać w futbol potrafią, o czym Polacy w ostatnich latach mieli okazje się przekonać. Na "Mistrzostwach Świata 2010" nawet wyszli z grupy, a nie tak dawno ograli samą Hiszpanię. Ukraina to duża solidność. Tak niskie sklasyfikowanie drużyny Konoplaki i Jarmołenki to pomyłka.
Wszystko to zainspirowało mnie do dalszego poszukiwania podobnych koncepcji. Ku mojej radości znalazłem coś podobnego w wykonaniu "Eurosportu" (znów w brytyjskim wydaniu). Nie ma sensu znów odnosić się szerzej do zawartych w nim konkluzji, acz o jednym fakcie muszę powiedzieć - Polska znalazła się na..."7"! Ci to już "pojechali", ale...nie ma nic przeciwko, a..."apetyt rośnie w miarę jedzenia" :) Fajnie brzmi uzasadnienie tak prominentnej lokaty naszych "Orłów", które można sprowadzić do tezy: jeśli Lewandowski jest formie, a Polska ma "swój dzień" to może pokonać każdego! Chyba wiele dodać się nie da :) Jeszcze pokrótce dwa "niusy". Aura znakomitej gry w ostatnim czasie Lewandowskiego i jego kolegów udziela się także portugalskim dziennikarzom, dla których Polska jest w gronie faworytów całej imprezy. Z kolei jeden z kibiców opublikował komentarz (być może na oficjalnej stronie "UEFA"), który nazwał naszą drużynę narodową "czarnym koniem" turnieju ("black horse"). Żyjemy w "pięknych czasach" :D
Teraz już krótko (oby). Spodobała mi się ta zabawa w rankingi i konsekwencje tego macie poniżej. Już uprzedzam, że nie dokonałem swojego prywatnego zestawienia, lecz oparłem się na danych zewnętrznych. I tak oto powstały dodatkowe cztery klasyfikacje. Moimi polami badawczymi były: "FIFA", "UEFA", "Piłkarski Ranking Elo" oraz branża bukmacherska. Pierwsze dwa rankingi może nie są przesadnie miarodajne (zwłaszcza ten dotyczący światowej federacji) i dlatego okryję je "zasłoną milczenia". Inaczej sprawa ma się z pozostałymi. Taki "Ranking Elo" to swoista "perełka", która przy ukazywaniu sportowego potencjału korzysta z naukowej wiedzy (przykład praktycznego zastosowania matematyki). Jest on wykorzystywany do opracowywania rankingów szachowych - dobra rekomendacja. Obdarzam go nieporównywalnie większą estymą, aniżeli kontrowersyjny "Ranking FIFA". Na koniec (a jak!) zostaje "forsa". Jak słusznie zauważa znany red. Rafał Ziemkiewicz - jeśli chodzi o pieniądze to ludzie mniej kierują się emocjami, a bardziej racjonalnością. O tak, tu kończą się żarty. Postanowiłem więc przyjrzeć się odpowiednim kursom w renomowanych zakładach sportowych. Owocnej lektury.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
LOSOWANIE  PRÓBNE
Przed nami jeszcze ostatni rozdział dzisiejszego posta. Najbliższy sobotni wieczór zarezerwowała sobie uroczystość losowania grup "Mistrzostw Europy 2016". W międzyczasie obudziło się we mnie dziecko. Postanowiłem wcielić się w rolę popularnej "sierotki" i sam rozlosować grupy turnieju finałowego. O tym przedsięwzięciu nieco później, a teraz kilka moich dygresji, dotyczących nadchodzącego paryskiego widowiska. Wpierw musicie wiedzieć, że lubię dobieranie tychże kulek. Ma ono w sobie dreszczyk emocji - dodam- pozytywnych. Taka "słodka nerwówka", na którą de facto nikt nie ma wpływu, uzależnione od czystego przypadku a finalny wynik jednoznaczny nie jest. No bo tak: trafiamy na "słabiaków" i od razu widzimy się w fazie pucharowej, a w przypadku "mocarzy" zdarza nam się ulec aurze rozmarzenia o sprawieniu wielkiej sensacji. Trochę podobnie sądzi obecny prezes "PZPN", Zbigniew Boniek. Nie tak dawno oznajmił, iż losowanie traktuje jako zabawę. "Zibi" uważa - z czym ciężko polemizować - iż ocenianie potencjału przyszłych rywali jest w dużym zakresie względne. Podstawowi gracze doznają urazów, wkrada się do drużyny niepewność, spada skuteczność etc. i taki zespół mimo początkowych wysokich "notowań" zawodzi w bezpośredniej rywalizacji. Rzeczywiście, można podejść do zagadnienia rozrywkowo, zazwyczaj jednak na tak wczesnym etapie, kibice wolą oszczędzić swych pupili od konfrontacji z hegemonami. W ostatnich latach "fart" był po naszej stronie i aż zaciskam zęby, gdy pomyślę sobie o analogicznej sytuacji sprzed lat czterech. Wówczas chyba nie dało się lepiej wylosować (przypominam: Rosja, Grecja i Czechy). I co? Nico. Nie pomógł nawet przywilej bycia gospodarzem imprezy i optymizm w narodzie. Co prawda, fragmentami "Biało-czerwoni" pokazywali swój spory potencjał, jednak fragmenty i skąpa ich wymierność były niewystarczające. Niech to będzie dobrą lekcją - nie możemy oglądać się na rywali, lecz liczyć wyłącznie na siebie. "Gęstniejąca atmosfera" udziela się w futbolowym środowisku. Za typowanie biorą się kibice, piłkarze czy różnej maści eksperci. À propos tych ostatnich to dobrze przytoczyć niedawną debatę grupy zasłużonych polskich komentatorów sportowych. W jednym miejscu zebrały się takie tuzy jak: Szpakowski, Borek, Smokowski i Pol (w roli prowadzącego). Miłym akcentem ich rozmowy były typy na tzw. "grupę marzeń". "Nestor" polskiego dziennikarstwa marzyłby o Portugalii, Szwajcarii i Islandii. Młodszy "narybek" również podziela opinię, iż Portugalia jest najlepszym rywalem, ale dalej mają nieco inną koncepcję. Obaj chcą Ukrainę, lecz przy trzecim przeciwnikiem bardzo się rozjeżdżają. Smokowski widzi tu Irlandię twierdząc, iż ostatnio polskim piłkarzom udanie się nimi gra i warto dać szanse, żeby tę serię przedłużyć. Ja mam odmienną opinię i obawiam się graczy z "Zielonej Wyspy". Są oni bardzo ciężcy do ogrania i ewentualny sukces mógłby oznaczać twardy bój - z podkreśleniem słowa "twardy". Dla Borka optymalna jest "toporna" Albania. Rzeczywiście, zestaw pochodzącego z Dębicy komentatora wydaje się być jednym z najłatwiejszych. Wreszcie, gdy w pogoni za wiedzą o zbliżającym się losowaniu wertowałem zasoby internetowe, natrafiłem na fajną "stronkę". Znajdował się tam automatyczny system losowania i każdy mógł wziąć udział w tej osobliwej zabawie. Postanowiłem spróbować raz...i o mało z fotela nie spadłem :) Francja, Włochy oraz Turcja i Polacy mogli się przekonać jak to jest być w "grupie śmierci". Z kolei na innej witrynie znalazłem już gotowe wyniki "próbnego" losowania. Jak najbardziej "strawnie" wyglądała grupa z Hiszpanią, Austrią i Albanią. Dość tej "paplaniny". Czas przejść do sedna. Poniżej zamieszczam (w formie graficznej) wszystkie grupy, które powstały w wyniku mojego osobistego (ręcznego) losowania.
Nie ma sensu przesadnie rozwodzić się nad tym, ale tak z teoretycznej perspektywy przedstawię pokrótce kilka podstawowych wniosków. Sama procedura doboru drużyn była zbliżona do tego, które będzie obowiązywać przy rzeczywistym losowaniu (tak gwoli formalności). Moja ręka chyba jest szczęśliwa, bo 2 miejsce w grupie jak najbardziej byłoby realne. Ewentualny triumf to już spore wyzwanie. Decydujący bój toczylibyśmy z Francją, czyli gospodarzem. Zapowiadałoby się prestiżowo, bo potyczka z "Trójkolorowymi" odbyłaby się już w ramach tzw. "meczu otwarcia". Wszystkie oczy piłkarskiego świata zwrócone wtedy na nasz zespół, co wytwarzałoby dodatkową presję. Niemniej pozytywny rezultat dałby naszym "kopa" na dalsze mecze. Jeszcze trochę o innych rozstawieniach. Za "grupę śmierci" można uważać "Grupę E" bądź "Grupę D". Miano najsłabszej i najmniej atrakcyjnej przypada "Grupie B". Zestaw Portugalia-Austria-Rumunia-Islandia z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby brak podaży na bramki. Obok jest "Grupa C", która stanowi najbardziej wyrównaną. "Grupa F" zaś można nazwać "grupą przyjaźni". Rywalizacja toczyłaby się "dwutorowo" (dwa zespoły bardzo mocne + dwa zespoły bardzo przeciętne).
Starczy na dzisiaj. Szerzej o ceremonii losowania przyszłorocznych mistrzostw będzie możliwość poopowiadania w następnym artykule. Pamiętajcie: już 12 grudnia o godz. 18:00 rozpocznie się "zabawa z kulkami". Każdy amator tego typu widowiska nie może tej daty pominąć. Słowa uznania za wytrwałość przy lekturze tegoż posta i liczę na dalsze odwiedzanie niniejszej strony. Czołem! :-D

sobota, 11 lipca 2015

(Temat 34) O pewnym pustym miejscu w gablocie

Brazylia gigantem piłki jest i basta! Tego obrazu nie zacierają nawet ostatnie lata, które trudno uznać dla nich za udane. Ewidentnie piłkarze "Canarinhos" od dłuższego już czasu zbierają ostre cięgi. Niewyobrażalna klęska z Niemcami (1:7) na "swoich" Mistrzostwach Świata, urasta wręcz do rangi symbolu ich rozkładu. Upokorzenie, hańba i niedowierzanie. Niemniej jednak to właśnie Brazylijczycy są numerem jeden na świecie. Tą szacowną pozycję przyznaje im historia. Sukces gonił sukces, z czego najcenniejszymi są liczne (5) mistrzostwa globu (najwięcej w dziejach). Raczej nikt nie dorównuje im kroku, nawet Niemcy. Fani "samby na boisku" mogą spać spokojnie - mistrzowie powrócą na szczyt. To nie "pragnieniowe gadanie", a teza oparta na faktografii. Wszakże w przeszłości przytrafiały się im podobne kryzysy (słabe lata 70-te czy pomimo świetnej generacji piłkarzy niezadowalające lata 80-te), lecz udawało im się je przezwyciężać. Nic nie stoi na przeszkodzie aby teraz też tak było. To zbyt wielki kraj, zbyt zaawansowany piłkarsko, ze zbyt dużą liczbą graczy i ogromną miłością do futbolu, ażeby długo był poza głównym nurtem. Ach...chyba po raz kolejny zdarza mi się odchodzić od centrum wybranej tematyki - dzisiaj o diagnozie i leczeniu brazylijskiej piłki w zasadzie nie będzie. Tak więc biję się w pierś i wchodzę na właściwą ścieżkę. Tym razem refleksji zostanie poddana piłkarska niemoc. Nie ogólna i nie byle jaka, gdyż brazylijska. Pomimo licznych osiągnięć "Canarinhos" nie posiadają w swej kolekcji pewnej istotnej zdobyczy...
Jak się okazuje, prawdziwą "piętą achillesową" Brazylijczyków są Igrzyska Olimpijskie. Wielokrotni mistrzowie świata, posiadacze 8 pucharów Copa América czy zwycięzcy 4 edycji Pucharu Konfederacji nie zaznali nigdy radości z olimpijskiego złota. "Suche dane" są dla latynoskich piłkarzy bezlitosne. Jak dotąd odbyło się aż 25 piłkarskich turniejów olimpijskich i żaden z nich nie zakończył dla Brazylijczyków pełną satysfakcją. Gdy spojrzeć na sprawę przez pryzmat czasu, to aż włos się jeży na głowie. W tym roku mija bowiem 115 lat od debiutu futbolu na największej sportowej imprezie świata! Doszło?! No ja myślę :) Spokojnie jednak - informacje te muszą być okraszone odpowiednim komentarzem, który nieco usprawiedliwia rodaków Pelégo. Po pierwsze, od 1930 roku olimpijski prestiż piłki nożnej znacząco się obniżył. Od tamtego czasu prym wiodą już Mistrzostwa Świata, które organizuje FIFA. Trzeba zdawać sobie sprawę, że piłka wówczas żwawo się rozwijała i generowała coraz większą uwagę w społeczeństwach wielu państw. W parze z modą szły pieniądze i piłkarstwo stało się zawodem. Najlepsi zawodnicy byli finansowani. Mniejsza czy o to właściwe czy nie, ale to godziło z ideą olimpizmu (ówczesna rywalizacja sportowa miała być "czysta" i nie opierać się na "forsie") i tacy piłkarze mieli zakaz gry podczas Igrzysk Olimpijskich. O Więcej o amatorach będzie później. Drugą kwestią jest procedura uczestnictwa w zawodach. Eliminacje (w "klasycznym" tego słowa znaczeniu) wprowadzono po raz pierwszy dopiero na Igrzyskach Olimpijskich 1956 w australijskim Melbourne. Sytuację wcześniejszą trudno komentować, lecz można wnioskować, iż decydujące było samo wyrażenie woli udziału. Chyba Brazylijczycy długo traktowali Turnieje Olimpijskie "z przymrużeniem oka", ponieważ ich dziewiczy występ miał miejsce późno, bo w 1952 roku. Wreszcie trzeci i chyba najważniejszy aspekt, a mianowicie amatorski charakter turnieju. W wyniku przyjęcia takiej a nie innej koncepcji, wielu genialnych zawodników nigdy nie dostąpiło zaszczytu zagrania na "olimpiadzie". Wśród nich byli tacy brazylijscy giganci jak np. Pelé, Carlos Alberto, Zico, Sócrates... Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż gdyby Brazylia mogła wystawić swe "najcięższe działa" to swych rywali obróciłaby w pył. Przez szereg lat występowało też pewne negatywne zjawisko, które ograniczało szanse piłkarzy "Canarinhos". Europejskie państwa komunistyczne wystawiały zespoły złożone z graczy, którzy de facto byli zawodowcami. Dlatego właśnie reprezentacje z tej części świata swego czasu hurtowo sięgały po olimpijskie laury (dobrym przykładem są tu "Biało-czerwoni", którzy zwyciężyli w 1972 roku). W związku z tym można śmiało postawić tezę o występowaniu nierówności szans, co chyba z olimpijskim etosem nie ma wiele wspólnego - jednak MKOl jakoś tego widział. Tej problematyki nie ma sensu bliżej podejmować, bo nie ma na to po prostu czasu. Być może zostanie ona wykorzystana w odrębnym artykule.
Na przyzwoite lokaty brazylijscy kibice czekali długo, bo aż do lat 80-tych. Wówczas dwa razy z rzędu ich pupile doszli do finału. W 1984 roku mieli niebywałą wręcz szansę, gdyż część państw "demokracji ludowej" w ogóle zbojkotowała Igrzyska Olimpijskie. Jakby nie było, wśród nich znajdowali się kandydaci do wygranej. W 1988 roku było bardzo blisko, a morale wysokie. W końcu wygrane z Argentyną i - co nie zdarza się często - po konkursie rzutów karnych z Niemcami, dawało podstawy do optymizmu. No cóż, na ZSRR brakło już argumentów. Tamta kadra "Canarinhos" z perspektywy czasu robi niemałe wrażenie. Wszakże Cláudio Taffarel, Bebeto i legendarny Romário to mistrzowie świata z 1994 roku! Zresztą wspomniany Romário został z 7 bramkami królem strzelców olimpijskiej imprezy. Prawdziwa rewolucja miała miejsce w 1992 roku. Ostatecznie zrezygnowano z amatorstwa i od tej pory Turniej Olimpijski należał już do młodzieży (zawodnicy, którzy nie ukończyli 23 roku życia). Niewątpliwie ten zabieg był korzystny dla piłkarskich potęg. Kiedy zaś w następnej edycji zawodów pozwolono grać starszym piłkarzom (maksymalnie 3 na każdą reprezentację) - dla Brazylii było to jak "podanie ręki". Do USA wybrali się z takimi brylantami jak Dida, Flávio Conceição, Roberto Carlos i wielki Ronaldo. Za "starszaków" robili za to Bebeto i Rivaldo. Cel mieli tylko jeden - wygrać. Szło im "tak sobie", ale w 1/2 się znaleźli. Tam zastopowali ich Nigeryjczycy, z którymi w dramatycznych okolicznościach ulegli 3:4 (mimo, iż do 78 minuty meczu prowadzili 3:1!). O ich mocy przekonała się za to Portugalia, którą w meczu o brązowe krążki rozgromili 5:0. Następne dwa podejścia to wyraźna "wtopa". Najpierw w 2000 roku swą przygodę zakończyli na ćwierćfinale, a w 2004 roku mecze mogli oglądać co najwyżej w roli widza, bo nie przebrnęli nawet olimpijskich eliminacji. Po wiktorię na chińskich Igrzyskach Olimpijskich "Canarinhos" miał poprowadzić sam Ronaldinho. W pierwszych pięciu meczach prezentowali się znakomicie: same zwycięstwa, mnóstwo zdobytych bramek i "na czysto" w obronie. Nic to jednak, gdyż polegli w prestiżowym boju z Argentyną (0:3). Lionel Messi, Sergio Agüero, Ángel Di María, Juan Román Riquelme i pozostali gracze "Albicelestes" byli zbyt mocni. Brąz co najwyżej otarł im łzy. Wreszcie ostatnie olimpijskie zawody z 2012 roku. Chyba najlepszy turniej w ich wykonaniu w historii mimo, iż do tej pory europejska ziemia była dla nich nieprzyjazna. Przyszło im się "bić" o najwyższe laury z Meksykiem. Nawet nie minęło 30 sekund i cała Brazylia przeżywała koszmar. "Katem" był Oribe Peralta. Kiedy ten sam zawodnik podwyższył w 75 minucie spotkania na 2:0 było wiadomo, że znowu się nie uda. Nawet 20-letni wówczas Neymar nie pomógł.
Jak nie idzie to nie idzie. Mądrość ta objawia się również w poczynaniach piłkarek. Otóż, od prawie 20 lat panie również mają możliwość stawania w olimpijskie szranki. Co prawda, ich sukces nie raduje aż tak jak w przypadku "menów" (taki mały szowinizm :P), ale zawsze to duma i okazja do ulgi. No cóż...nie w przypadku Brazylii! Nawet udało im się zajść 2-krotnie do wielkiego finału, ale zawsze kończyło się na 2 miejscu. W obu przypadkach ulegały Amerykankom. W sumie stoczyły 4 batalie z USA i za każdym razem było "w plecy". A jakie prognozy na przyszłość? Słodko-gorzkie. Za rok obie płcie na pewno zaprezentują się na Igrzyskach Olimpijskich, gdyż ich organizatorem będzie Rio de Janeiro. Niby sytuacja "handikapowa", lecz stwarzająca dodatkową presję. Czasem ona nosi - czasem ciąży. Ostatni okres nie wlewa w zielono-niebiesko-żółte umysły za dużo wiary. Pomijając infamię Mistrzostw Świata 2014, "Canarinhos" zawiedli na tegorocznej Copa América. Ćwierćfinał to stanowczo za mało. Do tego nie sprostali Paragwajowi. Drużyna to solidna, lecz w półfinale została zmieciona przez Argentynę 6:1! Dobrze nie jest. W niedawno zakończony Mistrzostwach Świata U-20 młodzi brazylijscy zawodnicy osiągnęli znakomite 2 miejsce, lecz tamtejsze oczekiwania są jeszcze większe. Na koniec o paniach. W mistrzostwach globu odpadły już na etapie 1/8. Co gorsza, to nie Amerykanki, Niemki czy Japonki pokazały im miejsce w szeregu, lecz Australijki. Jedno jest pewne - za rok czekają nas wszystkich wielkie emocje. Pora na mnie. Trzymajcie się ciepło, uważajcie na kąpieliskach i przestrzegajcie zasady "jadę - nie piję". No cóż, piłkarski blog również może prowadzić misję społeczną :D Czołem! :)

sobota, 4 lipca 2015

(Temat 33) Morten Olsen - trener XXI wieku

W ostatnim okresie w piłce działo się bardzo wiele. Ewentualne głosy zdziwienia (oby nie oburzenia) ukierunkowane na temat dzisiejszego posta nie będą mojej osoby dziwić. "Perfidnie" szerokim łukiem omija on aktualne wydarzenia. Nie mniej jednak na swej atrakcyjności bynajmniej nie traci, chociaż jego materia raczej z rzadka jest opisywana. Chodzi z grubsza o instytucję trenera, a mówiąc ściślej - selekcjonera reprezentacji narodowej. Nie będzie wywodu o trudach tej pracy i predyspozycjach do jej wykonywania. Również nie należy się spodziewać rozprawy o ewolucji czy nowinkach w taktyce. Tym razem analiza dotyczyć będzie przede wszystkim pewnego wycinka tego zagadnienia. Wszystko wyjaśnią dalsze akapity.
Nazwisko Mortena Olsena wśród zagorzałych piłkarskich fanów jest doskonale znane. U osób "mniej uświadomionych" pewnie wiele ono nie mówi, tak więc nadarza się świetna okazja, aby poszerzyć swe horyzonty myślowe. Pan Olsen w świecie wielkiej piłki to człowiek nietuzinkowy. Jego niezwykłość nie dotyka jednak sfery zawodniczej, chociaż wstydzić się tu nie musi. Już jego staż reprezentacyjny budzi szacunek. Dla Reprezentacji Danii grał przez 19 lat i dla której wyszedł na murawę w ponad 100 spotkaniach (do dzisiaj tylko 8 piłkarzy mogą się poszczycić takim wyczynem). We wrześniu 1970 roku rozpoczął swoją przygodę poprzez występ w meczu drużyny młodzieżowej (2:2 z Polską). W późniejszym czasie wywalczył awans na Igrzyska Olimpijskie, zagrał na dwóch Mistrzostwach Europy (zdobył brązowy medal) i wraz z zespołem zaznał udziału w Mistrzostwach Świata. Jego ostatni mecz dla Danii to wielka klasa. W wieku prawie 40 lat zdobył bramkę w towarzyskim spotkaniu z Brazylią, a zespół którego był kapitanem wygrał 4:0. Ponadto w 1983 roku jako gracz klubowy sięgnął po Puchar Europy (dzisiaj to Liga Europy). Imponująca kariera, aczkolwiek "na emeryturze" nie próżnował.
Czas po zawieszeniu korków na kołku jest tu sednem. Olsen postanowił pozostać w piłce (dość częste postępowanie u postpiłkarzy) i spełniać się jako szkoleniowiec. Na początek pracował w rodzimej lidze (dwa mistrzostwa), następnie został zatrudniony w Niemczech (utrzymał klub przed spadkiem) i wreszcie obrał kierunek na Holandię, w której jego podopieczni ugrali mistrzostwo i krajowy puchar. W lipcu 2000 roku otrzymał zaś posadę trenera Danii, która wcześniej została "zraniona" na Mistrzostwach Europy 2000 (w grupie z Holandią, Francją i Czechami nie ugrali nawet punktu oraz nie ustrzelili bramki). Właśnie to stanowisko przynosi bohaterowi tego artykułu sławę i podziw. Dlaczego? Trener Olsen nieprzerwanie do dnia dzisiejszego pełni swoją funkcję! Jakby nie było, w lipcu tego roku będzie obchodził rocznicę swej pracy, a mowa o 15-leciu. Naprawdę ta liczba działa na wyobraźnię. W rankingu długości pracy w roli reprezentacyjnego selekcjonera jest obecnie zdecydowanym liderem (skala globalna). Aby przybliżyć wielkość tego wyczynu można spróbować porównać to z działaniami "PZPN". W "erze Olsena" Polska miała aż ośmiu trenerów! W jakiejś mierze swoją "długowieczność" zawdzięcza długoterminowej polityce tamtejszego związku. To zdroworozsądkowe podejście wydaje się być trafniejsze, aniżeli dokonywanie częstych zmian trenerów. Zresztą to świadczy o profesjonaliźmie, a nie emocjonalnym podejściu do problemu - Skandynawowie znani są z "chłodnego charakteru", który i tu się przejawia.
Morten Olsen cieszy się dużym zaufaniem, które jednak chodzi w parze z zadowalającą grą drużyny. W sumie brał udział w 8 eliminacjach (licząc obecne) i jak do tej pory ma 50% skuteczności (z dużym prawdopodobieństwem Dania zakwalifikuje się na Mistrzostwa Europy 2016). Uzyskał 2 razy awans na globalne mistrzostwa (raz wyszedł z grupy) i tyle samo razy pojechał na mistrzostwa "Starego Kontynentu" (raz wyszedł z grupy). Może te osiągnięcia "nie powalają na kolana", ale zachowajmy proporcje. Trzeba pamiętać, że Dania liczy niewiele ponad 5 i pół miliona mieszkańców - jest to mały kraj. Do tego mają przeciętną ligę, która wydaje się być słabsza niż jeszcze 15-20 lat temu. Po prostu Olsen efektywnie wykorzystuje prawie zasoby swojej ekipy, które przekładają się na co najmniej solidne rezultaty. Dla "Biało-czerwonych" jest to zresztą rywal niewygodny. W tym tysiącleciu Polacy grali z nimi wyłącznie towarzyskie spotkania, których bilans z perspektywy "piłkarzy znad Wisły" jest mało radosny. Polacy tylko raz wygrali (w ostatnim pojedynku), raz zremisowali i aż 4 razy polegli (w tym zawstydzająco 1:5). Praca Olsena nacechowana jest jakością i głównie stąd nazbierały się te imponujące 15 lat.
To może wydać się nieprawdopodobne, ale Olsen nie znajduje się nawet na podium, pośród najdłużej dowodzących trenerów reprezentacyjnych. Kiedyś Josef Herberger trenował Niemcy przez prawie 27 lat! Jeśli chodzi o ilość prowadzonych spotkań to ten niemiecki szkoleniowiec również jest rekordzistą (ponad 160!). Oczywiście chodzi o selekcjonerów, którzy daną reprezentacje prowadzili nieprzerwanie. Pan Olsen w najbliższej przyszłości może jednak pobić osiągnięcie Herbergera, do którego brakuje mu ledwo 5-10 meczów (na razie ma ich 157). Rekord jest niemal faktem, gdyż ma pracować do zakończenia przyszłorocznych mistrzostw. Będzie to piękny prezent dla niego. Dziękuję za czas tu spędzony. Do zobaczenia. Czołem! :-)

niedziela, 31 maja 2015

(Temat 32) España 2015

Kolejny wspaniały sezon ligi hiszpańskiej przeszedł już do historii. Były emocjonujące mecze, padało wiele bramek a na stadionach żywiołowo dopingowali kibice. Na ustach cisną się same "ochy" i "achy". Nie pierwszy raz najwyższe laury były wewnętrzną sprawą dwóch klubów, czyli FC Barcelony i Realu Madryt. Pewnie wielu ten duopol mierzi czy wręcz irytuje, ale nie da się ukryć, że przynosi on wielki "plus". Rzecz w tym, iż taki stan obie drużyny mocno "nakręca" i pozwala to wykrzesać z nich wszystko co najlepsze. Ostatni okres z pewnością dla Realu nie należy do udanych. Ba, patrząc na ambicje włodarzy madryckiej drużyny można tu mówić nawet o upokorzeniu. Na mistrzostwo Hiszpanii czekają już trzy lata i co najmniej przez następne 12 miesięcy jeszcze sobie muszą poczekać. Z krajowego pucharu "wylecieli" już na etapie 1/8 i co gorsza - okazali się słabsi od lokalnego Atlético Madryt. Z tym samym przeciwnikiem polegli zresztą w "Superpucharze", który rozpoczynał sezon. Wreszcie "Królewscy" nie powtórzyli ubiegłorocznego sukcesu i nie weszli do finału prestiżowej "Ligi Mistrzów". Tego wszystkiego było stanowczo zbyt wiele i Carlo Ancelotti musiał stracić stanowisko trenera. Apetyty były jednak ogromne, czego dowodem była ofensywa transferowa. Takie nazwiska jak Tono Kroos, James Rodríguez, Keylor Navas czy Gareth Bale (przyszedł w 2013 roku) robią ogromne wrażenie i stanowią rzeczywiste wzmocnienie. Jak widać było to za mało na Barcelonę. No i właśnie, to "Barça" jest ogromnym zwycięzcą ostatnich miesięcy. Oprócz zdobytego nie tak dawno 23 tytułu mistrzowskiego, mają okazję "na dniach" sięgnąć po dwa inne puchary. Najpierw na rozbudzenie emocji zagrają w finale "Pucharu Króla" (i to na własnym obiekcie!), aby później stoczyć decydujący bój o triumf w "Lidze Mistrzów". Dla fanów "Dumy Katalonii" najbliższe tygodnie mogą być ogromnie radosne.
Wracając na niwę "Primera División" warto zastanowić się co zaważyło o klęsce Realu. W sumie zabrakło im tylko dwa punkty do wielkiego katalońskiego rywala. Rzucają się w oczy 3 aspekty mogące wyjaśnić ich niepowodzenie. Po pierwsze, na przestrzeni wszystkich kolejek prezentowali bardzo nierówną dyspozycję. Imponującą serię kolejnych zwycięstw mieszali z serią spotkań nieudanych. Barcelona za to była niezwykle powtarzalna i w zasadzie nie gubili punktów w dwóch meczach z rzędu. Największa zadyszka Realu miała miejsce od lutego do połowy marca, gdzie w 7 spotkaniach ugrali ledwie 10 puntów. Kłopoty rozpoczęły się po rozegraniu meczu z Sevillą FC (pojedynek przełożony z grudnia). Po drugie, mają stosunkowo spore "dziury" w formacjach defensywnych. Łącznie 38 puszczonych bramek to mimo wszystko zbyt dużo (średnio bramka na mecz). Tradycyjnie już byli słabsi w tej materii od Barcelony (prawie dwa razy szczelniejsza obrona - 21) oraz trzech innych zespołów. Przykro to powiedzieć, ale Iker Casillas chyba najlepsze lata ma już za sobą i jego czas w Realu raczej zmierza ku końcowi. Jest wspaniałym bramkarzem, ale ostatnio nad wyraz często zdarzają mu się "kiksy" i nie najlepsze decyzje (tak w klubie, jak i w reprezentacji). Oczywiście ilość traconych bramek nie tylko obciążą jego osobę, ale w znacznym % i owszem. No i wreszcie po trzecie - kompleks Atlético. O tak, w ostatnim czasie wyjątkowo nie radzili sobie w starciach z "klubem zza miedzy". Piłkarze Diego Simeone musieli znaleźć "złoty środek" na "Los Blancos", bo na ostatnie 8 spotkań wygrali aż cztery i tylko w jednym zostali pokonani! Chyba klęska z nimi w finale "Ligi Mistrzów" (2014 rok) podziałała niezwykle mobilizująco. No cóż, swoją postawą w dużej mierze przyczynili się do "ubogich zbiorów" Realu z ostatnich 12 miesięcy.
Kto wie czy rywalizację klubową nie zakrył pojedynek "na gole" piłkarzy. Mowa o - nie może być inaczej - wyścigu Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego. Ta para elektryzuje świat piłki już kawał czasu i...bardzo dobrze! Przed ich erą w piłce panowała doktryna o pilnowaniu własnej bramki. Futbol stawał się coraz bardziej siłowy i ogromne znaczenie miała motoryka. Nie ma co twierdzić, że obecnie jest jakoś inaczej - bo nie jest. Ale wspomniana dwójka swoim talentem udowadnia, że piłka może być i efektywna i efektowna, co tylko może cieszyć kibica. W tym sezonie ich personalna rywalizacja odbywała się w rekordowej aurze. Wyczyn sprzed roku powtórzył Ronaldo, który został królem strzelców całych rozgrywek. Zdarzyło mu się to już 3 raz w karierze - czym zrównał się z Messim - ale co najważniejsze, ustrzelił rekordową dla siebie liczbę bramek (aż 48!). Jest to drugi wynik w historii "Primera División" po...Messim (50 bramek). Pierwsza część sezonu była niezwykle udana dla Portugalczyka i mówiło się wtedy, że może nawet przekroczyć granicę 60 goli. Czas pokazał, że nie jest to takie łatwe. Na pewno na jego tegoroczny strzelecki rezultat wpłynęła duża liczba egzekwowanych rzutów karnych i gdyby zachował w nich 100 % skuteczność to doścignąłby historyczny wyczyn Argentyńczyka. Ponadto należy zdawać sobie sprawę, że "pod Ronaldo" gra cały zespół i sam zawodnik często zachowuje się samolubnie pod bramką przeciwnika. Oczywiście popularnemu "CR7" nie należy zbytnio ujmować jego piłkarskiej klasy, bo naprawdę prezentował wyborną formę.
Messi nie jest aż tak pazerny na bramki i często asystuje kolegom. Lionel w tym sezonie ligowym uzbierał 43 bramki, dzięki czemu jest na pierwszym miejscu wszech czasów pod względem łącznej liczby zdobytych goli (284 trafień). Z pewnością jest to jego najlepszy sezon od dłuższego czasu. Wpływ na to miała dyscyplina żywieniowa (zrzucił zbędną tkankę tłuszczową) i znakomita atmosfera w zespole. Nie da się ukryć, że w tym aspekcie Katalończycy górują nad kastylijską drużyną. Filozofią "Barçy" zawsze była gra drużynowa i ambicje piłkarzy miały się temu podporządkować (idea, aby w 2009 roku Zlatan Ibrahimović przyszedł do zespołu była idiotyczna). Były obawy jak będzie wyglądać relacja Messiego z Neymarem, a później z Luisem Suárezem. Te rozterki okazały się jednak "małą histerią", bo wspomniani piłkarze znakomicie się zrozumieli i potrafią uzupełniać się na boisku. Ta fantastyczna południowoamerykańska trójka w samych tylko hiszpańskich rozgrywkach ustrzeliła 81 bramek (na 110 bramek FC Barcelony). Także pod względem liczby asyst prezentowała się imponująco. Gracze ci stanowili czołówkę najlepiej podających w zespole i uczynili to 39-krotnie (ok. 50% całej drużyny). Widać, że każdy zna swoje miejsce w ekipie i widać tu mądrość samych zawodników. Neymar i Suárez jak wchodzili do zespołu to posłusznie podporządkowali się klubowym liderom i strzelanie goli nie było ich priorytetem. Obecnie wszystkich trzej łączy stosunki przyjacielskie, grają zespołowo a po meczach robią sobie wspólne "fotki". To czyni zespół silnym.
W "Lidze Mistrzów" obaj zawodnicy tworzą historię. Mają po 77 trafień i ex aequo prowadzą w klasyfikacji wszech czasów. W tegorocznej edycji obaj zgromadzili po 10 goli i okupują pierwsze miejsce, aczkolwiek przed Messim jeszcze wielki finał i może poprawić swoje indywidualne strzeleckie osiągnięcia. Ronaldo ma już 30 "wiosen na karku" i powoli jego forma będzie spadać. Swoich piłkarskich wyczynów na iberyjskiej ziemi może nawet nie powiększyć - pojawiły się bowiem informacje, że może opuścić klub z "Santiago Bernabéu". Najprawdopodobniej jednak przez najbliższe sezony będzie przywdziewał biały trykot Realu. Przed Messim natomiast jeszcze kilka lat gry na wysokim poziomie. Jeśli będzie się "dobrze prowadził" i omijać go będą kontuzję to może jeszcze pobić wiele piłkarskich rekordów (czy poprawiać rekordy należące do siebie). Starczy na dzisiaj. Najbliższe tygodnie to "spijanie samej piłkarskiej śmietanki", tak więc na brak emocji żaden fan piłki narzekał z pewnością nie będzie. Nie ma co dłużej się nad tym rozwodzić, bo może to posłużyć za treść następnych postów (artykułów). Nie przedłużając - dzięki za wytrwałość, bezczelnie proszę o więcej i miłego dnia/wieczoru. Czołem! :-)

sobota, 23 maja 2015

(Temat 31) Mecze piłkarskie z polityką w tle

Część II

...
Piłkarskie embargo
Eliminacje EURO 1992 okazały się wielkim sportowym sukcesem Jugosławii. Nikt nie strzelił więcej bramek od nich (24 w 8 meczach) i obok Francji pozostawili po sobie najlepsze wrażenie. Nic to jednak, bo na krótko przed rozpoczęciem docelowej imprezy Jugosłowian z hukiem pozbawiono możliwości sportowej rywalizacji. Absencję na szwedzkich stadionach zawdzięczają pośrednio ONZ, które uchwaliło rezolucję ws. wojny w Bośni i Hercegowinie (1992-1995). W niej prawnie zdyscyplinowano państwo jugosłowiańskie, które było czynnie zaangażowane w konflikt. FIFA nie zastanawiając się zbytnio podjęła decyzję o zawieszeniu bałkańskiej reprezentacji. Na jej miejsce zaproszono Danię, która (o ironio!) sięgnęła po tytuł mistrzowski. Dramat Jugosławii zaś rósł. Przez 2,5 roku nie zagrali ani jednego międzynarodowego spotkania, aż do Eliminacji Mistrzostw Świata 1998 nie mieli prawa uczestniczenia w żadnym wielkim turnieju i wreszcie najważniejsze - kraj rozpadł się. Abstrahując od zasadności kroków podjętych przez ONZ i FIFA, to powstaje niemały dysonans poznawczy. Bowiem taka np. Rosja najeżdża w ostatniej dekadzie dwa inne państwa (Gruzja i Ukraina) i mimo to jej piłkarski zespół nie doświadczył niemiłych konsekwencji. Widać są równi i "równiejsi".
Gniew dyktatora
Jest to jeden z najsłynniejszych rzutów wolnych w historii piłki. Impreza: Mistrzostwa Świata 1974. Miejsce: Gelsenkirchen. Mecz: Zair-Brazylia. W 85 minucie prowadzący 3:0 piłkarze "Canarinhos" wykonują rzut wolny. Sytuacja nabiera znamion absurdu, kiedy z muru wybiega afrykański zawodnik - niejaki Mwepu Ilunga - i wykopuje futbolówkę (filmik powyżej). Czyni to przed gwizdkiem arbitra (żółta kartka), czym nie jeden kibic mógł pukać się w czoło. Odebrano to jako ignorancję przepisów. W rzeczywistości miała być to świadoma manifestacja pewnego sprzeciwu (swoje też mogła zrobić presja i piłkarska indolencja). Cała afera dotyczyła Mobutu Sese Seko - ekstrawaganckiego dyktatora Zairu. Był to człowiek hojny, aczkolwiek mający zmienne nastroje. Sam awans na mistrzostwa był już ogromnym sukcesem "Panter", które zostały pierwszym "czarnym" zespołem z Afryki, który doświadczył takiego zaszczytu. Mobutu w nagrodę "sypnął" graczom mieszkania i samochody, a jeszcze w perspektywie miały być wielkie pieniądze. Jego pupile jednak przegrały pierwsze spotkanie i przed potyczką z Jugosławią poszedł sygnał, iż "kasy" nie będzie. Zniechęceni piłkarze polegli aż 0:9, co Mobutu spodobać się nie mogło. Pojawiła się groźba, że w przypadku porażki z Brazylią (wyżej niż 0:3) mogą mieć problem z zobaczeniem jeszcze swych rodzin. Piłkarzom udało się zmieścić w "limicie", zaś Ilunga za swój wybryk chciał otrzymać czerwoną kartkę - swoisty "prztyczek w nos" zairskiego przywódcy.
Rewolucja
Już chociażby w okresie II Wojny Światowej węgierska piłka nożna służyła jako polityczne narzędzie. Węgry rozgrywały mecze aż do 1943 roku, zresztą 5 pojedynków stoczyły z głównym agresorem wojny - Niemcami. Były z nimi w sojuszu, a ponadto łączyła je podobna doktryna państwowa. Spotkania piłkarskie miały ostentacyjnie pokazywać solidarność krajów, pomagającym niemieckim aspiracjom podboju świata. I tak mecze z Italią, Chorwacją czy Rumunią były na porządku dziennym. Po wojnie nastał czas rządu komunistycznego, który sport wykorzystywał do wzmacniania swego reżimu. Węgrzy wówczas dochowali się wspaniałej drużyny, która w pewnej mierze utrzymywała niezadowolenie społeczne w ryzach. Spektakularna klęska w finale Mistrzostw Świata 1954 (2:3 z RFN) dokonała "naruszenia fundamentów". Wreszcie w październiku 1956 doszło do wojny domowej. Ludzie mieli m.in. dość poziomu jakości życia i wzięli sprawy w swoje ręce. Wiele wigoru i wiary dał społeczeństwu rezultat towarzyskiego meczu ich drużyny z graczami ZSRR. W Moskwie "główny wróg" został pokonany 1:0. Ostatecznie rewolucję krwawo stłumiły czołgi radzieckie, które przybyły z "bratnią pomocą" swym towarzyszom.
Równoleżnik 38
Chyba mało kto nie słyszał o Korei Północnej. Kraj permanentnej komunistycznej indoktrynacji, "ruchomych obrazów", wielkiej armii i głodu. W takiej atmosferze futbol musi mieć swoją "specyfikę". Dla Azjatów losowanie Mistrzostw Świata 2010 najszczęśliwsze nie było. Brazylia, Portugalia i WKS to "egzekucja". Północnokoreańscy gracze pomimo braków w umiejętnościach mogli jednak budzić podziw, gdyż emanowała z nich ogromna determinacja - wszakże nie wolno zawieść narodu i "umiłowanego przywódcy". Władze zachęcone udanym występem w pierwszym meczu (1:2 z "Canarinhos"), postanowiły potyczkę z Portugalią transmitować "na żywo". Piłkarze nie wytrzymali "ciśnienia" i polegli aż 0:7 (ich "rekord"). Najwyższym dygnitarzom państwowym to się nie spodobało i ponoć po powrocie do domu zawodnicy trafili do ciężkich obozów pracy (informacje nie potwierdzone, ale możliwe). W przeszłości już takie "rewelacje" się pojawiły. Powodem była porażka z...Portugalią (3:5, przy prowadzeniu 3:0). Nie pomogło nawet wcześniejsze zwycięstwo nad Włochami (1:0). Ech...taki kraj. Żaden piłkarz i nikt z delegacji nawet nie pomyślał w RPA o ewentualnej "dezercji". Dlaczego? "Na roboty" poszłyby ich rodziny (podobno sankcje nakładane są nawet na potomków i dalszych krewnych "zdrajców"!). Wielka żenada związana była z ich "kibicami". W Afryce dopingowali im...Chińczycy, poprzebierani w barwy swych "idoli". Mecze z "braćmi z południa" wychodzą z ram stricte sportowej rywalizacji. Tego rodzaju rywalizacja tylko raz miała miejsce na terytorium Korei Północnej. Było to w 1990 roku i przy 150 000 widzach gospodarze wygrali 2:1 (to ich jedyny triumf nad tym przeciwnikiem).
Dron
Życie rodzi niezwykłe historie. Jeden z nich miał miejsce w październiku 2014 roku. Mecz Serbia-Albania (Eliminacje EURO 2016) to mieszanka wybuchowa. Obie nacje są od dawna są zwaśnione, gdzie o Kosowo (parapaństwo, zamieszkane głównie przez Albańczyków i które Serbia uważa za swoje terytorium) zażarcie się kłócą. Niemal do końca pierwszej połowy atmosfera była znośna. Jednak gdy albański gracz przygotowywał się do wykonywania stałego fragmentu gry, w jego kierunku pofrunęły petardy serbskich "kibiców". To jednak była tylko "przystawka" do "dania głównego". Nad stadionem pojawił się dron z przyczepioną flagą tzw. "Wielkiej Albanii" (nawiązująca do zjednoczenia ziem albańskich). Tkaninę przejęli piłkarze i doszło do "zadymy" (zdjęcie powyżej). Mecz przerwano (przy stanie 0:0), a kiedy Reprezentacja Albanii odmówiła dalszej gry - zawody zakończono. Ponoć powodyrem był brat premiera Albanii, niejaki Olsi Rama. Miał on ze strefy VIP niesławny dron sterować pilotem. Całe te wydarzenia miały miejsce na krótko przed wizytą szefa albańskiego rządu (Edi Rama) w Serbii. Wydarzenie bez precedensu od niemal 70 lat (ostatecznie delegacje obu państw spotkały się 10 listopada)! Wcześniej Edi Rama w rozmowie z serbskim ambasadorem powiedział: „Serbia nie jest już wrogiem Albanii”. Miły i potrzebny gest - oby nie kurtuazyjny. Bilans "bałkańskiej bitwy": walkower 3:0 (na korzyść Serbii), -3 punkty (Serbia), dwa mecze eliminacyjne przy pustych trybunach (Serbia) oraz 100 000 € kary (Serbia i Albania). Obie strony "solidarnie" odwołały się od decyzji UEFA.
Anschluss
W czerwcu 1938 miało dojść do meczu Austria-Szwecja w ramach Mistrzostw Świata 1938. Stadion w Lyonie nie uświadczył jednak obu zespołów (walkower dla Szwedów). Przyczyną tego było wydarzenie sprzed 3 miesięcy, które dotknęło państwo austriackie. Mowa o napaści nazistowskich Niemiec na Austrię, w wyniku czego druga strona...przestała istnieć (zostali "wchłonięci" przez swych agresorów). Na turnieju część austriackich piłkarzy reprezentowały Niemcy (ok. 40% całej kadry), które długo tam nie pobawiły. Drużyna "Die Mannschaft" potknęła się już na pierwszej przeszkodzie, którą była Szwajcaria (1:1 i 2:4). Kraj słynący z zegarków, banków i krowich dzwonów urasta tu do rangi symbolu - to sąsiad zarówno Niemiec, jak i Austrii. Życie na szczęście czasem bywa sprawiedliwe.
"Minuta ciszy"
To była niecodzienna sytuacja. Mieszanina powagi, śmiechu i zacnej porcji goryczy. Starcie Holandii z Brazylią (2:0) podczas drugiej fazy Mistrzostw Świata 1974 przeszło do historii nie tylko z brutalnej gry obu zespołów. Jego "bohaterem" został niemiecki sędzia, Kurt Tschenscher. Zarządził on bowiem tzw. "minutę ciszy". Sama idea takich gestów jest jak najbardziej pozytywna i stanowi piękną część świata piłki. Ten przypadek jednak budzi spore kontrowersje. Po pierwsze - arbiter "przypomniał" sobie o niej w...trakcie spotkania! W 10 minucie zatrzymał grę i piłkarze stanęli na baczność (zdjęcie powyżej). Po drugie zaś - upamiętniono osobę, która wywoływała różne odczucia (w tym negatywne). "Aferka" dotyczyła Juana Peróna, zmarłego dwa dni wcześniej prezydenta (raczej dyktatora) Argentyny.
Igrzyska skandali
Dwa lata po faszystowskich mistrzostwach świata, doszło w 1936 roku do jeszcze większego nieporozumienia. Przyznanie nazistowskim Niemcom organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich to po prostu kpina z idei sportu. Smutne, że "gangrena" panoszyła się również w turnieju piłkarskim. Już pierwszy mecz (Włochy-USA) pozostawił spory niesmak. Amerykanie długo skutecznie się bronili, co musiało rozwścieczyć Włochów. Na początku drugiej połowy miał miejsce haniebny incydent - poszkodowanych zostało dwóch graczy USA, a Achille Piccini odmówił opuszczenia placu gry. Niemiecki arbiter (Carl Weingartner) aż 3-krotnie nakazywał niesfornemu graczowi Italii zejście z boiska, ale te próby spaliły na panewce. Włoch grał dalej, w czym pomogli koledzy z drużyny, którzy "wytłumaczyli" sędziemu jego "błąd" (przytrzymywali go i zakrywali dłońmi usta!). Większy skandal wybuchł 5 dni później. W spotkaniu Peru-Austria (ćwierćfinał) doszło do dogrywki (2:2), w której norweski sędzia nie uznał Peruwiańczykom aż 3 bramek! Mecz przerwano na sekundy przed jego zakończeniem, kiedy gracze z Ameryki Południowej prowadzili już 4:2. Idealnym pretekstem było wtargnięcie na murawę peruwiańskich "fanów", którzy mieli być uzbrojeni i zranić jednego z austriackich zawodników (strona peruwiańska twierdziła, że to prowokacja). Oficjalny powód przerwania pojedynku? Nieregulaminowe wymiary boiska! Zarządzono powtórzenie starcia, lecz Peru na to nie przystało i manifestacyjnie opuściło Niemcy. W sprawę mogli być zaangażowani gospodarze, dla których triumf Latynosów byłby ideologiczną klęską (osoby o czarnej karnacji uważali za przedstawicieli "gorszej rasy człowieka"). I tak organizatorzy turnieju nie mogli być radzi, bo ich pupile wcześnie odpadli...jest to jakiś pozytyw.
Mecze, do których nie doszło
Przykłady pojedynków Peru-Austria i Austria-Szwecja nie należą niestety do rzadkości. W przeszłości (także tej bliskiej) bywało, iż z przyczyn natury czysto politycznej mecze piłkarskie nie udawało się rozegrać. Turniej Olimpijski 1980 został zbojkotowany przez część państw (powodem była wojna radziecko-afgańska). Do Moskwy nie pojechała m.in. Norwegia. W jej miejsce gospodarze zaprosili Finlandię - kraj częściowo zależny od Sowietów. Cztery lata później lwia część krajów komunistycznych zrewanżowała się "Zachodowi" i nie wzięli udziału w amerykańskich Letnich Igrzyskach Olimpijskich. W 1986 roku mistrzostwa globu miały gościć w Kolumbii. Ostatecznie z przyczyn gospodarczo-politycznych zrezygnowano z tej idei. Wybrano za to Meksyk, co zresztą wywołało głosy niezadowolenia (dobry temat na odrębny artykuł). We wrześniu 2007 roku nie doszło do dwóch pojedynków pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem w ramach Eliminacji EURO 2008 (federacje nie porozumiały się co do miejsc rozgrywania spotkań). Oba kraje są skonfliktowane ze sobą i punktem spornym jest terytorium Górskiego Karabachu. Od tamtej pory międzynarodowi piłkarscy decydenci dbają o to, aby te reprezentacje nie trafiały na siebie w eliminacjach wielkich imprez. Takie rozwiązania uniemożliwiły rywalizację Gruzji z Rosją (Eliminacje EURO 2012) czy Gibraltaru z Hiszpanią (Eliminacje EURO 2016). Słodko-gorzka sytuacja miała miejsce podczas losowania aktualnych eliminacji. W normalnym trybie Hiszpanie trafili na zespół gibraltarski i zgodnie z regulaminem musiano dolosować ich do innej grupy. Może lepiej, że "dmucha się na zimne" aniżeli "udaje Greka" i później "budzi się z ręką w...nocniku".
Pora na Polskę
Już przed wojną w naszym kraju starano się obniżać znaczenie śląskich klubów. Tę niechęć czuć w przypadku słynnego gracza Ruchu Chorzów, Ernesta Wilimowskiego, którego nie zabrano na Turniej Olimpijski 1936 ("Biało-czerwoni" zajęli na nim 4 miejsce). Nadmierne spożywanie alkoholu było w tym przypadku raczej dobrym pretekstem (gwoli sprawiedliwości - Wilimowski lubił się "zabawić"). Nie można tu nie napisać o pojedynku Polska-ZSRR z 1957 roku (Eliminacje Mistrzostw Świata 1958). Zawsze starcia z naszym "wschodnim bratem" wywołują po naszej stronie ogromne emocje (czyt. bojowe). Już na początku radziecki zespół nie miał łatwo, kiedy cały chorzowski stadion (ok. 100 tysięcy!) ich wygwizdał. Naszym piłkarzom udało się sensacyjnie wygrać 2:1. Bohaterem został Gerard Cieślik, który 2-krotnie okazał się lepszy od legendarnego Lwa Jaszyna. Uradowani kibice swym pupilom...wymyli stopy. Ćwierć wieku później ma miejsce kolejne historyczne starcie z tym rywalem. Tym razem było 0:0, które smakowało jak zwycięstwo. Wynik ten bowiem pozwolił naszej reprezentacji zagrać w półfinale Mistrzostw Świata 1982, a dla przeciwników oznaczał powrót do domu. Należy pamiętać, że działo się to ledwie 8 miesięcy po wprowadzeniu w naszym kraju stanu wojennego. Powszechne były obawy, że wjadą do nas radzieckie tanki z misją pacyfikacyjną. Skutkiem tych decyzji politycznych był także bojkot naszej drużyny, która przed mistrzostwami nie rozegrała żadnego międzypaństwowego meczu. Remis na "Camp Nou" to także legenda "zdobyczy bitewnej" Zbigniewa Bońka. Popularny "Zibi" powędrował do polskich dziennikarzy z...koszulką ZSRR (zdjęcie powyżej). Tamten turniej przyniósł Polsce 3 miejsce na świecie.
Trochę dużo tych niemiłych historii, dlatego "na odtrutkę" coś pozytywnego. Dla dwóch państw Eliminacje Mistrzostw Świata 2010 były przełomowe. Choć sportowo było "cienko" (obie reprezentacje nie uzyskały awansu) to zyskały coś znacznie cenniejszego - pojednanie. No dobrze, tak różowo nie było, ale gesty normalizacji wzajemnych stosunków wykonano. Mowa o Armenii i Turcji. To bardzo radosna wiadomość, zwłaszcza kiedy pozna się ciężką historię obu krajów. Około 100 lat temu doszło do niebywałej zbrodni, w której Turcy wymordowali ok. 1,5 miliona Ormian! Już jedno istnienie ludzkie jest bezcenne, a przy takiej informacji rozum ludzki nawet nie jest w stanie pojąć rozmiarów okropieństwa. Co gorsza, do dziś Turcy nie przyznają się do dokonania rzezi i twierdzą, iż była to...epidemia. Tak czy inaczej rozegrano dwumecz (dwa zwycięstwa zespołu tureckiego), który zainicjował nowy etap w stosunkach obu państw. Pierwszy mecz w Erywaniu był zaskakująco spokojny - w armeńskiej stolicy sędzia pokazał tylko dwie żółte kartki. Rewanż był bardziej "bojowy", acz w granicach rozsądku. Nie obyło się niestety bez przykrych incydentów (np. gwizdy przy odgrywaniu hymnu Armenii), które jednak "zmalały" przy wymownym wypuszczeniu białych gołębi. Doszło do spotkań prezydentów obu państw, wznowiono stosunki dyplomatyczne i uzgodniono otwarcie granic. Hmmm...czyli się da. I jeszcze o meczu Argentyna-Holandia z Mistrzostw Świata 2014. Niezwykle "ciężki wybór" komu kibicować miała małżonka następcy holenderskiego tronu. Wszystko dlatego, iż z pochodzenia jest Argentynką. Ostatecznie para książęca wydała wspólne oświadczenie, iż będą dopingować zespół "Oranje". Taka o to zabawna historia na koniec.
Dojechaliśmy szczęśliwie do mety. Mam nadzieję, że dzisiejszy "wyścig" przypadł do gustu. Już niebawem dwa mecze naszej kadry, w tym bardzo ważny z Gruzją. Na pewno będą wielkie emocje. A już jutro dzień wyborów prezydenckich - nie agitując - nasza Polsko "kwitnij" nam! Co jeszcze? Nie rozrabiajcie ;) Trzymajcie się ciepło. Czołem! :-)

wtorek, 19 maja 2015

(Temat 30) Mecze piłkarskie z polityką w tle

Część I

Futbol to nie tylko emocje, rozrywka, pieniądze czy rywalizacja o sławę. Nierzadko kroczy obok tego wszystko również polityka. Ba, czasem nawet to ona wysuwa się na pierwszy plan. Czy to dobrze? Raczej nie, bo sport powinien być łączony z prawdziwymi wartościami, a nie służyć tak mętnemu celowi jak np. ta propaganda. Z drugiej zaś strony jedna z definicji polityki brzmi, iż jest ona działaniem służącym dobru wspólnemu - a więc czemuś jak najbardziej pozytywnemu. No dobrze, wystarczy tej terminologii. Dzisiejszy post posłuży ukazaniu relacji piłki nożnej z szeroko rozumianą polityką i ogranicza się do reprezentacji międzynarodowych. Opisane przypadki należą do bardziej popularnych i pikantnych, co tylko zapowiadać może ekscytującą lekturę. Uprzedzając fakty - pojawią się również polskie wątki.
Wojna
Już na początek "mocne uderzenie". Zdarzyło się kiedyś tak, iż mecz piłkarski wywołał rzeczywisty konflikt zbrojny między państwami. W 1969 roku Salwador podejmował u siebie Honduras (spotkanie w ramach eliminacji mistrzostw świata). Gospodarze okazali się być lepsi i wygrali 3:0, ale bynajmniej rezultat czysto sportowy w ogóle nie jest tu istotny. Armia Salwadoru najechała swoich sąsiadów, w wyniku czego śmierć poniosło ok. 3 000 ludzi (obie strony, w tym cywile). Po prawdzie trzeba powiedzieć, iż niesnaski na linii Salwador-Honduras istniały od dłuższego czasu i były związane z emigracją i osadnictwem salwadorskich chłopów na honduraską ziemię. De facto wojna rozpoczęła się dzień przed samym meczem, aczkolwiek spolaryzował on negatywne nastroje społeczne. Po ok. 4 dniach ogłoszono zawieszenie broni, toteż te wydarzenia spopularyzowano przydomkiem "Wojna Stugodzinna". Obie reprezentacje później rozegrały dodatkowy mecz o awans do kolejnej fazy eliminacji (na neutralnym terenie Salwador wygrał po dogrywce 3:2, mimo iż w 115 minucie przegrywał 1:2!). Ostatecznie piłkarze Salwadoru nie mięli sobie równych w całych eliminacjach i pojechali na meksykańską imprezę.
Słodka zemsta po latach?
Początkiem kwietnia 1982 roku zrobiło się naprawdę "gorąco" na wodach oblewających wybrzeże Argentyny. Wtedy to rządząca krajem junta wojskowa postanowiła zająć kilka pobliskich wysp, w celu podreperowania swojej mizernej reputacji wśród społeczeństwa (to terytorium od lat elektryzowało Argentyńczyków). Szkopuł w tym, że wspomniane "części lądu" były własnością Wielkiej Brytanii, która bynajmniej nie chciała się ich pozbywać. Wybuchła zatem wojna, która przeszła do historii jako "Wojna o Falklandy". Po 73 dniach było już "pozamiatane". Siły argentyńskie doznały sromotnej klęski, wyspy zachowały swój dotychczasowy status zależności administracyjnej i w sumie śmierć poniosło ponad 900 ludzi. Cztery lata później miał miejsce "rewanż"... Reprezentacjom obu nacji przyszło rywalizować w ćwierćfinale Mistrzostw Świata 1986 i co to był za mecz! Nie dość, że o awans do strefy medalowej i z podtekstem politycznym, to jeszcze z niesamowitymi bramkami. Niemal 115 tysięcy zgromadzonych na stadionie w stolicy Meksyku było świadkami popisu Diego Maradony. Esencją tamtego pojedynku były pierwsze 10 minut drugiej połowy. Najpierw "Złoty Chłopiec" zdobył dla "Albicelestes" gola po zagraniu...ręką, aby niedługo później przeprowadzić niezapomnianą akcję bramkową. Po ponad 50-metrowym rajdzie z piłką, minięciu czterech Anglików z pola oraz przechytrzeniu bramkarza wpakował piłkę do siatki swych przeciwników (filmik powyżej)! Powszechnie ta bramka uchodzi za jedną z najlepszych (jeśli nie nr 1) w historii futbolu. Argentyna wygrała wówczas 2:1 i z nieopisaną radością odprawili Anglików "do domu". Acha...tydzień później Argentyńscy gracze unieśli nad swymi głowami puchar dla najlepszej drużyny globu.
Królewska interwencja
A teraz podróż wehikułem czasu. W 1930 roku rozegrano w Urugwaju pierwsze piłkarskie mistrzostwa świata. Eliminacji nie było, a więc awansować było "łatwiej" - w zasadzie wystarczyło chcieć. Wielu jednak nie zdecydowało się na daleką podróż do Ameryki Południowej. Nie chodziło tu nawet o męczący rejs parowcem (wtedy jeszcze nie było transatlantyckich samolotów pasażerskich), co o...miejsca pracy. Wówczas futbol miał w zasadzie charakter amatorski, a świat zmagał się przy tym z ogromnym kryzysem gospodarczym. Nie ma co się dziwić, że z Europy na udział w imprezie zdecydowały się tylko cztery kraje. W tym gronie była Rumunia. "Przygoda" rumuńskich piłkarzy nie byłaby wcale możliwa, gdyby nie zaangażowanie młodego króla Rumunii - Karola II. Władca osobiście zaangażował się w rozmowy z pracodawcami, aby po powrocie z mistrzostw piłkarzom nie groziła utrata miejsc zatrudnienia. Karol II przejawiał również "talenty dyktatorskie", wchodząc w kompetencje trenera. Swój udział w turnieju rozpoczęli od potyczki z Peruwiańczykami (3:1). Przy rekordowo niskiej frekwencji na trybunach (mówi się o ok. 300 widzach) zdobyli jedną z najszybszych bramek w historii całej imprezy (już w 1 minucie). Zagrali jeszcze jedno spotkanie (0:4 z Urugwajem) i mogli spokojnie udać się w podróż powrotną.
Serdeczny krok ku normalności
Rok 1979 był wzrotnym w dziejach Iranu. Wtedy to wybuchła rewolucja religijna wprowadzająca ten na kraj na nową drogę, wrogo nastawioną do tzw. "Zachodu". Stany Zjednoczony jako największa emanacja tego "skisłego świata" została głównym adresatem wrogości. Stosunki między dwoma narodami były cierpkie, żeby nie powiedzieć wojenne. Francuski Lyon 21 czerwca 1998 roku był świadkiem historycznego wydarzenia. Obie reprezentacje spotkały się w fazie grupowej mistrzostw świata. Był to pierwszy mecz piłkarski w historii obu reprezentacji. Miał on swoje sportowe konsekwencje - porażka oznaczała definitywny koniec marzeń o grze w następnej fazie imprezy. Po końcowym gwizdku sędziego szczęśliwe były wyłącznie "Książęta Persji", które wygrały z "Krajem Wolności" 2:1, a ozdobą meczu była piękna "główka"z 40 minuty spotkania (Hamid Estili). Ostatecznie, oba zespoły "zgodnie" zakończyły swój udział w turnieju na rywalizacji grupowej (w pozostałych meczach nie potrafiły strzelić gola). Tak naprawdę ważniejsze rzeczy działy się tuż przed meczem. Najpierw kapitanowie obu ekip czule powitali się: uścisk dłoni, uśmiechy, wymiana proporczyków i upominki w formie kwiatów (zdjęcie powyżej). Następnie wszyscy piłkarze pozowali do wspólnego zdjęcia. Kolejny "akt pojednawczy" miał miejsce dwa lata później, kiedy to Reprezentacja Iranu udała się w podróż do Kalifornii. Rozegrała tam trzy spotkania, w tym jedno z gospodarzami (1:1). W ostatnim czasie znów na linii Iran-USA mamy do czynienia z wyraźną odwilżą i miejmy nadzieję, iż ta tendencja będzie się dalej utrzymywać.
Pięści w ruch
Mimo, że od tamtych wydarzeń minęło prawie 53 lata, to i dziś wywołują one niesmak. Na Mistrzostwach Świata 1962 miał miejsce niezwykle brutalny "mecz" (użycie cudzysłowu jest tu zasadne), który przeszedł do historii jako "Bitwa o Santiago". W niej naprzeciwko sobie stanęło Chile (gospodarz turnieju) i Włochy. Na boisku pojawiło się więcej kopania, bicia, przepychanek oraz plucia, aniżeli prawdziwego grania. Było powalenie konkurenta kopniakiem w głowę, złamany nos czy parę interwencji policji (karabinierzy potrzebni byli m.in. w sytuacji, gdy jeden z Włochów nie chciał opuścić płyty boiska, chociaż wcześniej sędzia mu to nakazał). Prowadzący grę angielski arbiter w sumie dwa razy pokazał (mówiąc umownie) czerwony kartonik, chociaż mógł więcej i nie tylko piłkarzom z Italii. A teraz coś o futbolu - Chilijczycy wygrali to spotkanie 2:0 i trybuny miały powód do radości. Skąd ta agresja u obu drużyn? Wszystkiemu winni dwaj włoscy "pismacy". Mocno skrytykowali oni organizację imprezy, pisząc chociażby o "wielkim wysypisku, pełnym ubogich pań lekkich obyczajów". Doprawdy twórczy opis sytuacji...ech. Wspomniane "wysypisko" łączy się ze smutnymi wydarzenia z 1960 roku. Wówczas ten południowoamerykański kraj dotknęło ogromne trzęsienie ziemi - śmierć wielu ludzi i liczne zniszczenia materialne. "Wylewni" dziennikarze dla swego bezpieczeństwa byli zmuszeni opuścić Chile. Ucierpiał za to pewien argentyński żurnalista, którego pobito w jednym z tamtejszych barów (myślano, że jest Włochem).
Manifestacja "wielkości i siły"
Mistrzostwa Świata 1934 to prawdziwa farsa i akt wstydu. Organizację imprezy przyznano Włochom, wówczas przesiąkniętym faszyzmem. Benito "Duce" Mussolini miał świetną okazję do propagowania swej "sfermentowanej" ideologii. Ażeby misja zakończyła się pełnym sukcesem, włoscy piłkarze musieli zdobyć puchar - i zdobyli. Nic nie ujmując drużynie Azzurri (również wtedy Włochy należały do światowej futbolowej czołówki), to swój cel osiągnęli dzięki rażącego faworyzowania na murawie. Idealnym przykładem-dowodem jest mecz z Hiszpanią. Sędziujący go René Mercet nie karał gospodarzy za brutalną grę, zaś dwóch bramek hiszpańskim graczom po prostu nie uznał. Mecz ostatecznie zakończył się remisem (1:1) i został powtórzony. Mercet po powrocie do Szwajcarii, ponoć za swe "zasługi" dostał od rodzimej federacji zakaz prowadzenia spotkań piłkarskich. Powszechnie twierdzi się, iż rząd włoski wpływał na arbitrów (np. łapówki). W powtórzonym spotkaniu gospodarze odnieśli zwycięstwo (1:0), ale zadanie mieli już ułatwione. Hiszpański zespół był zmuszony wystawić rezerwowego bramkarza, bo dotychczasowy nie był w stanie grać (w pierwszym pojedynku "nie oszczędzali" go włoscy piłkarze). "Ozdobą" turnieju było wykonywanie faszystowsko-nazistowskiego gestu, czyli salutu rzymskiego (zdjęcie powyżej). W aurze niesławy Italii przypadł najcenniejszy laur, a podwójnie mógł się cieszyć jej szkoleniowiec - Vittorio Pozzo. Rzekomo Mussolini groził mu utratą życia, gdyby jego podopieczni nie spełnili oczekiwań. Hmmm...niektórzy sport traktują śmiertelnie poważnie.
Pojedynek braci
Jesienią 1949 roku Niemcy rozpadły się na dwa rywalizujące ze sobą twory państwowe: RFN (kraj kapitalistyczny) oraz NRD (kraj komunistyczny). Reprezentacje obu państw co do zasady nie rozgrywały ze sobą meczów piłkarskich, zwłaszcza "strona wschodnia" unikała takich starć. Bano się sportowej klęski, którą mogłaby osłabić system polityczny (NRD miało przeciętną drużyną, która w porównaniu z zachodnim "sąsiadem" wyglądała wręcz słabo). W sumie rozegrano cztery starcia, z czego tak naprawdę trzy były niepełnowartościowe (chodzi o Turnieje Olimpijskie, gdzie RFN wystawiało "realnie" amatorski skład). Tak więc można mówić o jednym poważnym meczu, ale za to niezwykle symbolicznym. Doszło do niego podczas Mistrzostw Świata 1974, rozgrywanych na terenie...RFN. Mimo optycznej przewagi gospodarzy, to NRD-owscy gracze zeszli z murawy w chwale zwycięstwa (1:0). Sensacyjny triumf w Hamburgu partia skwapliwie wykorzystała w swej propagandzie. Niewykluczone, iż Die Mannschaft "odpuściło" sobie tamto spotkanie. Powód był prozaiczny: paradoksalnie porażka dawała (teoretycznie) łatwiejszych rywali w następnej fazie turnieju. Nie od dziś wiadomo, iż Niemcy są "rozsądni". Do kolejnych potyczek obu ekip miało dojść w eliminacjach EURO 1992, lecz zostali uprzedzeni przez...zjednoczenie (3 października 1990 roku Niemcy ponownie stały się jednym bytem państwowym).
...