Translate

środa, 4 lutego 2015

(Temat 26) Rumunia - pokolenie zmarnowane?

Złota era - tak oto przyjęło się metaforycznie opisywać wybitny okres czasowy dla jakiejś dziedziny. Nic nie stoi na przeszkodzie by swobodnie używać tego terminu do opisu piłkarskiej rzeczywistości. Są tacy szczęściarze (czyt. Niemcy, Włosi, Hiszpanie i inni), których piłkarskie pokolenia płynnie zdobywają futbolowe szczyty. Dla wielu, tak naprawdę nigdy nie udało się osiągnąć wymiernych sukcesów. Są też tacy, którym historia sporadycznie dawała szansę, aby spełnili swe ambitne sny i marzenia. Tak mieli chociażby w przeszłości Węgrzy, Polacy czy Chorwaci. Wspomniana trójka z różnym skutkiem swój czas wykorzystała. Zdobyli co prawda medale Mistrzostw Świata, jednak mogliby głośno westchnąć, gdyż możliwości posiadali znacznie większe. Są wreszcie tacy, o których z perspektywy czasu można powiedzieć, iż wypuścili potencjalny sukces ze swych rąk. Dzisiaj porozmawiamy o jednym z takich właśnie przypadków. Przyjrzymy się Złotej Erze Reprezentacji Rumunii z lat 90-tych. Z mojej strony Was witam i zapraszam do owocnej lektury.
Jak to jest z tą Rumunią?
Kraj ten można zakwalifikować do grona "solidnych", lecz nie "silnych". To chyba trafne usytuowanie, zwłaszcza kiedy prześledzi się ich drogę w różnych turniejach, a głównie w kontekście meczów eliminacyjnych. Niewątpliwie warte odnotowania jest to, iż Rumunia wystąpiła w trzech pierwszych edycjach Mistrzostw Świata (1930, 1934 i 1938 rok). To o tyle ważne, gdyż łącznie tylko 4 kraje mogą pochwalić się takim wyczynem. Oprócz Rumunii, mowa tu o: Belgii, Brazylii i Francji. Nie przeceniajmy jednak tego. Pomijając mniejszą niż dziś popularność futbolu w Europie i wynikającego z tego małej liczbie "poważnych" reprezentacji, warto wiedzieć że eliminacji Mundialu 1930 wcale nie było. Światowa organizacja piłkarska wręcz prosiła poszczególne zespoły, aby zdecydowały się na udział w imprezie. Należy pamiętać, że w tamtym czasie na świecie panował głęboki kryzys gospodarczy, który nie ominął również kontynentu europejskiego. Wszystko kosztowało, zwłaszcza że turniej miał być rozegrany daleko od Europy - w Urugwaju (Ameryka Południowa). Dochodzi też amatorstwo. Dla graczy piłka nożna była co do zasady pasją i zarabiali na życie podejmując pracę w innej branży. Dobrym przykładem są tu właśnie Rumuni. Piłkarzom groziły zwolnienia z pracy i wybrali się na mistrzostwa tylko dzięki ówczesnemu "młodemu" królowi - Karolowi II. Władca Rumunii osobiście zaangażował się w rozmowy z pracodawcami, aby gracze mieli gwarancję utrzymania swoich miejsc pracy (Karol II ponadto ingerował w selekcję zespołu). Wreszcie Reprezentacja Rumunii wyruszyła z włoskiej Genui w długi rejs statkiem pasażerskim do Urugwaju. Wielkiej kariery tam nie zrobili - odpadli w fazie grupowej. Decydujący był mecz z gospodarzami, który przegrali 0:4. To nie wstyd, wszakże ich rywale byli jedną ze światowych potęg i niedługo później zostali mistrzami globu. Cztery lata później odpadli już po pierwszym meczu z Czechosłowacją (1:2) - ich rywale 14 dni później sięgnęli po tytuły wicemistrzowskie. Najmniej udany był Mundial 1938. Tu już wstydzić się mogą, gdyż wyeliminowali ich Kubańczycy. Mecz z tym rywalem zremisowali 3:3 (po dogrywce) i zgodnie z ówczesnymi przepisami zarządzono dodatkowe spotkanie. W nim mimo prowadzenia do połowy przegrali 1:2 i musieli wracać do domu. O "sile" Reprezentacji Kuby wiele mówi ich następna potyczka, w której Szwecja rozgromiła ich 8:0.
W późniejszych dekadach Rumuni notorycznie omijali wielkie imprezy. Byli jednak zespołem z tych "niewygodnych" i raczej niewielu chciało z nimi rywalizować w eliminacjach. Stadiony w Rumunii były "gorącym terenem" i potrafili tam odbierać punkty uznanym piłkarskim markom. Dopiero eliminacje meksykańskich mistrzostw (Mundial 1970) okazały się dla nich sukcesem. Rywalizowali w grupie z niezłymi zespołami (Grecja, Portugalia i Szwajcaria) i dzięki remisowi w ostatnim meczu z Grecją u siebie, uzyskali awans. Sam turniej mogą raczej uznać za udany, pomimo odpadnięcia już na poziomie rywalizacji grupowej - wiem jak to brzmi :) Rywalizowali jednak z wybitnie silnymi reprezentacjami. Już w pierwszym meczu zagrali z obrońcami tytułu - Anglią. Minimalna porażka 0:1 wielkiej ujmy im nie przynosi. Następnie przyszło zwycięstwo z silną Czechosłowacją (wicemistrzowie świata z 1962 roku), mimo iż przegrywali z nimi do połowy. Wreszcie w ostatnim spotkaniu dzielnie bojowali z gigantami piłki - Brazylią. Z późniejszymi mistrzami świata (mieli też tytuły z 1958 i 1962 roku) pokazali charakter, ulegając im tylko 2:3. Do 1990 roku jeszcze tylko w jednej poważnej imprezie - EURO 1984. Należą się im ogromne słowa uznania zwłaszcza za postawę w eliminacjach. W 8 meczach puścili tylko 3 bramki i tylko raz przegrali. Co najistotniejsze - okazali się najlepsi, mimo naprawdę zacnych przeciwników. Nie licząc słabego Cypru, wyprzedzili Szwecję, Czechosłowację i Włochy. Co prawda, Italia była wtedy w głębokim kryzysie, jednak to aktualni mistrzowie świata sprzed dwóch lat! Na EURO nie było jednak rumuńskiej sielanki i zakończyli zmagania w grupie na ostatnim, 4 miejscu (zremisowali tylko z Hiszpanią 1:1, ponadto minimalnie polegli z RFN i Portugalią). Mimo "odbicia się od ściany", ich gra dawała nadzieję na optymistyczną przyszłość...
Pierwsze sygnały
Tak, francuska impreza pokazała, że w rumuńskiej piłce znajdują się spore złoża talentu. Co warto zauważyć, przeciwnicy niezbyt często wówczas trafiali im gole, a przecież dobra gra zaczyna się właśnie od obrony. Wkrótce Rumuni pokazali światu, że trzeba się poważnie z nimi liczyć. Wielu przecierało oczy ze zdumienia, jak klub z Bukaresztu wygrał w sezonie 1985/86 Puchar Europy (dzisiaj to Liga Mistrzów). Sukces tym większy, iż klub bazował na rodzimych zawodnikach. Wisienką na torcie był finał z FC Barceloną, rozgrywany zresztą na hiszpańskiej ziemi - w Sewilli. W całym meczu (wraz z dogrywką) zebrani na stadionie kibice nie zaznali radości z goli i seria rzutów karnych zadecydowała komu przypadnie główna nagroda. Ku rozpaczy Barçy, trafiła ona do rąk graczy rumuńskich (głównie dzięki swemu bramkarzowi, który obronił...cztery "jedenastki"!). Niecały rok później, klub sięgnął po Superpuchar Europy. W następnych latach znów pokazał, że ich gra to żaden przypadek. W sezonie 1987/88 doszli do półfinału Pucharu Europy (przegrali dwumecz z Benfica Lizbona, 0:2), a sezon później po raz drugi zagrali w finale tych rozgrywek. Tym razem nie było radości, gdyż polegli z AC Milan aż 0:4. Potencjał piłki klubowej musiał dać i dał upust w piłce reprezentacyjnej. Zawsze przy tego typu zagadnieniu, przypominam sobie analogiczne sytuacje w innych krajach. W Polsce na europejskiej arenie popisywały się zespoły Górnika Zabrze oraz Legii Warszawa i to zaowocowało sukcesami polskiej piłki w latach 70-tych. Innym dobitnym przykładem jest tu np. Turcja. Galatasaray Stambuł wygrał Puchar UEFA w 2000 roku i Turcja zajęła 3 miejsce na Mundialu 2002.
Jeszcze EURO 1988 nie dało oczekiwanych owoców. Rumunów zastopowano już w eliminacjach. Znaleźli się "za plecami" Hiszpanów, ale awans mieli na "wyciągnięcie ręki". Zdecydował tak naprawdę ostatni mecz, na który wybrali się do Austrii i tam bezbramkowo podzielili się punktami - gdyby ten mecz wygrali, to piłkarze La Furia Roja oglądaliby turniej co najwyżej z perspektywy kibica. Spokojnie, następne lata były dla kibiców rumuńskich słodkie jak miód (łyżeczki dziegciu też były). Mistrzostwa Świata z 1990 roku były pierwszym sygnałem, iż Rumunia ma spore piłkarskie aspiracje. W eliminacjach pozostawili w pokonanym polu m.in. Danię (za niedługo wiodącą europejską reprezentację) i z nadziejami wyruszyli na rozgrywany w Italii turniej. Już pierwsze ich spotkanie miało swoją pikanterię. Rywalizacja z drużyną ZSRR miała silny podtekst społeczno-polityczny. Wszakże, jakieś pół roku temu Rumuni krwawo obalili komunistycznego dyktatora - Nicolae Ceaușescu (on i jego żona zostali rozstrzelani po "sądowniczej parodii"). Jak łatwo się domyśleć, ewentualne zwycięstwo nad "wschodnimi towarzyszami" miało ogromną wartość dla rumuńskiej społeczności. Piłkarze sprostali temu wyzwaniu i pokonali radziecki zespół 2:0. Następnie zagrali ze zgoła odmienną, "barwną" i prezentującą "radosny futbol" Reprezentacją Kamerunu. Decydujący był ostatni kwadrans spotkania, gdzie padły wszystkie trzy bramki (z czego tylko jedna dla Rumunów). No i wreszcie mecz z obrońcami tytułu - Argentyną. Tricolorii nie sparaliżowała renoma przeciwników, z którymi zdołali zremisować 1:1. Rumunia zajęła drugie miejsce w tabeli i uzyskała promocję do 1/8. Teraz przyszło im rywalizować z Irlandią. Zespół z niezwykle szczelną defensywą i sercem do gry (zremisowali m.in. z Anglia i Holandią) i wynik 0:0 można było przewidzieć. Niestety dla Rumunii seria rzutów karnych nie zakończyła się pomyślnie (nie trafili jednego "karniaka"). Rumunia powróciła przedwcześnie do domu i plany o swym "panowaniu" musiała odłożyć na później...
Rumuńska eksplozja!
W krajach komunistycznych panował proceder, polegający na zakazie gry rodzimych graczy w klubach zagranicznych - z dużym naciskiem na tzw. "kraje zachodnie". Jak widać "zimna wojna" obowiązywała również w futbolu. Podobnie było w przypadku Rumunii. Ich piłkarstwo jednak przy tym wszystkim trafiło na dobry czas. Boom z połowy lat 80-tych mógł się dalej rozwijać, dzięki zmianom ustrojowym z przełomu 1989/90 roku. W 1990 roku rynek piłkarski nie był już dla rumuńskich graczy tylko sferą marzeń. Teraz bez większych utrudnień mogli oni szukać pracy poza swoim rodzinnym krajem. To skutkowało nie tylko wzrostem ich dochodów finansowych, ale też piłkarskiej jakości. Ówczesne utalentowane pokolenie dojrzewało bowiem w rywalizacji z najlepszymi zawodnikami, którymi "napakowane" były europejskie ligi. Żal, że w polskim przypadku końcówka lat 80-tych to wyraźny kryzys, po niezwykle owocnych latach 70-tych i początku 80-tych. Tak naprawdę nie odbudowaliśmy swojej piłki aż do dnia dzisiejszego. Osiągaliśmy tylko epizodyczne sukcesy (drużyna olimpijska z 1992 roku, Legia Warszawa i Widzew Łódź w Lidze Mistrzów czy 3 awanse naszej Reprezentacji na wielkie turnieje). Zwłaszcza w latach 90-tych mieliśmy wielu zdolnych młodych zawodników, którzy jednak nie potrafili "rozwinąć skrzydeł". Rumunom w tym kontekście poszła zdecydowanie lepiej. Po 1990 roku trafili do takich klubów jak np. Real Madryt, Bayer 04 Leverkusen czy PSV Eindhoven. Nie zapominajmy też o rumuńskich klubach, które prezentowały fajny poziom. Metaforycznie mówiąc - "z tej mąki musiał powstać dobry chleb"!
Jeszcze eliminacje EURO 1992 odbiły się im czkawką. Na usprawiedliwienie trzeba kategorycznie powiedzieć, że w grupie rywalizowali z silnymi zespołami. Tak naprawdę, liczyły się tu aż 4 reprezentacje, z których na turniej mogła pojechać wyłącznie najlepsza z nich. W tabeli wspomniana czwórka była punktowo bardzo blisko siebie. Przeliczając na dzisiejszą punktację, zwycięzca grupy miał nad 4 drużyną w klasyfikacji miał tylko 3 punkty przewagi! A z kim Rumunia rywalizowała? Grali ze Szkocją (oni pojechali na szwedzką imprezę), Szwajcarią, Bułgarią oraz "kelnerami" z San Marino. Rumuni zajęli 3 miejsce i w dużej mierze ich marzenia zakończyli sąsiedzi, Bułgarzy. Obie nacje silnie ze sobą konkurują - może nie są to aż tak zażarte boje jak te polsko-niemieckie, ale i tak mocno elektryzują. U siebie zostali upokorzeni wynikiem 0:3, a w ostatnim pojedynku na bułgarskim terenie padł wynik 1:1 - ewentualne zwycięstwo w tym spotkaniu najprawdopodobniej pozwoliłoby Rumunii awansować. Acha, warto jeszcze wspomnieć o wyjazdowym pojedynku z San Marino - tak dla otuchy Biało-czerwonym. Pokonali co prawda San Marino, ale rezultat 3:1 raczej należy uznać za "wstydliwy" (do połowy było 1:1 po dwóch rzutach karnych!).
No i wreszcie doszliśmy to amerykańskiej imprezy z 1994 roku. Fani rumuńscy pewnie wspominają go z rozrzewnieniem i nie ma co się im dziwić. Naprawdę ich ulubieńcy prezentowali wtedy znakomitą dyspozycję. Po kolei jednak i zacznijmy od eliminacji. W nich rywalizowali z pięcioma drużynami, z których tak naprawdę liczyły się tylko dwa - Belgia i Czechosłowacja. Dwie pierwsze pozycja gwarantowały awans. Początek był obiecujący: 2 zwycięstwa i 12 zdobytych bramek (tylko 1 zaaplikowali im rywale). Jednak później przytrafiła się im mała "zadyszka". Przegrali wtedy z Belgią 0:1 (wyjazd), później zremisowali z Czechosłowacją 1:1, następnie rozegrali dwa mecze z Cyprem (w drugim spotkaniu ledwo wygrali u siebie 2:1) i wreszcie "nokaut" w postaci porażki 2:5 z Czechosłowacją. To było zbyt dużo i dotychczasowy selekcjoner został zdymisjonowany. Zastąpił go były utalentowany piłkarz, a od paru lat uznany trener - Anghel Iordănescu. To był odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie! Piłkarze zaczęli grać lepiej i ostatnie 3 mecze wygrali (w tym bardzo ważny z Belgią, 2:1 u siebie) i z pierwszego miejsca awansowali na Mundial 1992! W zespole wyróżniało się przede wszystkim 3 graczy: Gheorghe Hagi, Ilie Dumitrescu i Florin Răducioiu. Pierwszy z nich to prawdziwy wódz drużyny, mający kapitańską opaskę na ramieniu, napędzający grę i posiadający wspaniały strzał z dystansu. Skutecznością za to popisywał się Răducioiu, który ustrzelił 9 goli (bodajże najskuteczniejszy europejski gracz w eliminacjach). Rumuńska paczka miała jednak spory problem - obrona. Rzadko "grali na czysto w tyłach" i wygrywali dzięki niezwykle efektywnej grze graczy ofensywnych. Jak się okaże, braki w formacjach obronnych będą mieć bolesne skutki podczas ich mundialowej przygody, ale...do tego odniosę się w swoim czasie.
A więc ekipa Iordănescu awansowała na trzeci Mundial w historii swej federacji. Co zabawne, każdy z nich odbył się na innym kontynencie. Tym razem padło na Amerykę Północną, a ściślej mówią na Stany Zjednoczone. Kraj bynajmniej nie kojarzony z piłką nożną, otrzymał organizację imprezy aby właśnie ją rozpromować wśród amerykańskiego społeczeństwa. Rumunia trafiła do Grupy A i przyszło im toczyć boje o awans do 1/8 z gospodarzami - USA oraz Kolumbią i Szwajcarią. Rywale wymagający, ale na Mistrzostwach Świata łatwo po prostu nie jest. Należy pamiętać, ze wówczas na turnieju były 24 reprezentacje i z grupy mogły wyjść nawet 3 ekipy. Oczywiście awans do strefy pucharowej to był - z perspektywy rumuńskiej reprezentacji - plan minimum. Pierwszy mecz zespół Iordănescu zagrał 18 czerwca z Kolumbią. Rywal niezwykle groźny i przed turniejem typowany na tego, który może sporo "namieszać" w całej imprezie. Nie ma co się dziwić, wszakże rok wcześniej pokonali w eliminacjach dwukrotnie Argentynę. Zwłaszcza mecz na terenie przeciwnika miał sporą wymowę. Otóż, w Buenos Aires wynikiem 0:5 po prostu upokorzyli Albicelestes. To jedna z najwyższych porażek w historii Argentyny, a na swoim obiekcie tylko raz przegrali w podobnych rozmiarach - klęska 0:5 z Urugwajem w 1959 roku! Ten wyczyn musiał budzić podziw i nie ma się co dziwić, iż sam Pelé uznam Kolumbię za jednego z głównych faworytów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Na tezy Króla Futbolu trzeba patrzeć nieco z przymrużeniem oka, często zdarza mu się mówić "mało poważne rzeczy" i zazwyczaj jego prognozy "spalają się na panewce" (kiedyś Romário dał mu wyraźnie do zrozumienie, że lepiej jest jak nic nie mówi :D). Ojoj...znowu zbaczam z głównego tematu. No dobrze...Rumuni wiedzą, iż czeka ich niezwykle ważny i zarazem trudny mecz. Arena zmagań niezwykle prestiżowa, bo w Pasadenie. To dziewiczy mecz na tamtejszym obiekcie w tym turnieju, na którym zresztą 17 lipca odbędzie się wielki finał. Publika dopisała w liczbie ponad 91 500 widzów, co jest ogromną liczbą zważywszy na to, że nie grają Amerykanie czy uznane reprezentacje (zresztą frekwencja na całych mistrzostwach była niezwykle wysoka). Na szczęście piłkarze nie zawiedli i stworzyli duże widowisko okraszone bramkami. To był świetny mecz europejskiej drużyny. Nie dali szans swym rywalom, pokonując ich 3:1. Ozdobą meczu był piękny lob z ponad 25 metrów autorstwa Gheorghe Hagi, nad którym zresztą rozpływała się później amerykańska prasa. Formę z eliminacji powtórzył Răducioiu, który strzelił pozostałe gole. Martwić może postawa w obronie, gdyż Latynosi dochodzili nierzadko do pozycji strzeleckich. Cztery dni później następny mecz. Przeciwnik: Szwajcaria. Piłkarze z Alp w eliminacjach postawili się dwukrotnie Włochom, z którymi potrafili wygrać i zremisować (2:2, ale długo prowadzili 2:0). No cóż, tym razem Tricolorii musieli "przełknąć gorzką pigułkę". Szwajcarzy sprowadzili ich twardo na ziemię, pokonując aż 4:1. Zwłaszcza słaba była druga połowa meczu, w której Rumuni 3-krotnie wyciągali piłkę ze swojej siatki - formacje obronne były niezwykle nieporadne i ten mecz unaocznił wszystkim, że ten element piłkarskiego rzemiosła muszą poprawić. Na szczęście dla nich przydarzyło się to w fazie grupowej - lepiej doświadczyć kryzysu właśnie teraz, niż później kiedy każdy błąd boleśnie skutkuje. Znów swój popis dał Hagi, który doprowadził do remisu pięknym uderzeniem z dystansu. W trzecim meczu nieznacznie pokonali USA 1:0. Ostatecznie wygrali grupę (nie wyszła tylko Kolumbia) i ze sporymi apetytami oczekiwali na dalsze spotkania. Tu chyba nie trafili najlepiej, bo w 1/8 zmierzą się z Argentyną. Mimo, że Albicelestes nie prezentowali specjalnie wysokiej formy w ostatnich miesiącach, to jednak są aktualnymi wicemistrzami świata i zwycięzcami ostatniej edycji Copa América (1993 rok).
Mecz rozegrano 3 lipca w Pasadenie. Miejsce najlepsze z możliwych - oprócz Kolumbii, Rumunia ograła tu również USA. Argentyna przystępowała do meczu zraniona brakiem Diego Maradony (zdyskwalifikowany za doping). Sam mecz miał zwariowany przebieg i przez swą dramaturgię śmiało znajduje się wśród najlepszych spotkań tamtego turnieju. Tempo gry było niezwykle wysokie, zwłaszcza że odbywało się przy słonecznej aurze (początek meczu od godz. 13:35 czasu lokalnego). Mecz ten można ująć w bokserskim slangu jako "pojedynek na wyniszczenie" czy "cios za cios". Do rzeczy jednak. [1:0] Dorinel Munteanu zostaje faulowany w bocznej strefie boiska, przy polu karnym Argentyńczyków. Do piłki podchodzi Ilie Dumitrescu i technicznym uderzeniem umieszcza piłkę blisko lewego słupka bramki rywali. Było wtedy niewiele ponad 10 minut tego spotkania. [1:1] Ledwo 5 minut później mamy już remis. Gabriel Batistuta wykorzystuje zdobyty przez siebie rzut karny. Popularny Batigol otrzymał piłkę w polu karnym Rumunów i asysta dwóch rywali wypchała Argentyńczyka na jego obrzeża. Batistuta wówczas decyduje się na zwód z piłką i gdy biegnie przy linii bramkowej czuje, że jest przytrzymywany i "nurkuje". W mojej opinii "karniak" nieco "naciągany", ale wielkiej pomyłki arbiter spotkania nie zrobił. [2:1] Nie minęło 3 minuty, a Rumuni ponownie objęli prowadzenie. To była przepiękna zespołowa akcja! Prawdziwy kunszt piłkarski. Argentyńczyk Fernando Redondo pozwala sobie odebrać piłkę na 25 metrze przed rumuńską bramką i Rumuni rozpoczynają kontrę. Piłkę otrzymuje Hagi, który znajduje się przy prawej linii bocznej w okolicach linii środkowej. Przytrzymuje futbolówkę i podaje do Ioana Lupescu, który nadbiega zza pleców Argentyńczyków. Przyjmuje piłkę i oddaje ją do biegnącego prawą stroną Hagiego. Ten nieco zwalnia i przekłada piłkę na swoją lewą nogę. W tempo zagrywa za plecy przeciwników, w polu karnym przejmuje piłkę Dumitrescu i nie zastanawiając się bez przyjęcia kopie po ziemi przy bezradnym golkiperze drużyny przeciwnej. Dumitrescu podążał za tą akcją od ok. 25 metra sprzed własnej bramki! Naprawdę wyborny gol Rumunów! W pierwszej połowie bramki już nie padły, choć okazji ku temu nie brakowało. [3:1] Ale kontra! Argentyńczycy mają rzut rożny, który katastrofalnie egzekwują. Piłkę przejmuje Dumitrescu, który decyduje się holować ją przez ok. 50 metrów. Dobiega przed "16-stkę" rywali, czeka na nadbiegającego z prawej strony Hagiego i precyzyjnie mu zagrywa - a ten pewnie posyła piłkę do siatki. [3:2] Argentyna w szoku, ale nie poddaje się. Kwadrans przed końcem jeden z Argentyńczyków decyduje się na strzał ze znacznej odległości. Bramkarz rumuński (Florin Prunea) nie popisuje się i odbija piłkę przed siebie. Dobiega do niej Abel Balbo i mocno uderza piłkę-prezent. Ta po odbiciu się od bramkowej poprzeczki trafia do siatki. Więcej goli już nie było i Rumunia po znakomitym meczu "z hukiem" melduje się w ćwierćfinale Mistrzostw Świata! To już wtedy był największy wyczyn w dziejach rumuńskiej piłki! Niewątpliwie bohaterami tego pojedynku był Dumitrescu i Hagi. Zwłaszcza pierwszy z nich, który rozegrał "mecz zycia". Do tej pory był nieco "uśpiony" w tej imprezie, ale z nawiązką zastąpił pauzującego za kartki Răducioiu. Sukces wywołał euforię nie tylko w rumuńskiej drużynie, ale też tysiące kilometrów dalej, w ich kraju. Niezliczone tysiące ludzi wyległo na ulice rumuńskich miast, aby świętować awans Tricolorii do grona najlepszych 8 reprezentacji świata!
W 1/4 czekała na nich już Szwecja. Organizatorzy ostatnich Mistrzostw Starego Kontynentu (EURO 1992) w pierwszym meczu fazy pucharowej mieli łatwe zadanie - ich rywalem była Arabia Saudyjska. Bardziej miarodajnym wyznacznikiem potencjału zespołu Trzech Koron była ich postawa w fazie grupowej. Tam dzielnie zagrali z Brazylią, z którą zremisowali 1:1. Mecz ćwierćfinałowy odbył się 10 lipca. Oba zespoły nie chciały się nadmiernie "odsłoniać", co przełożyło się na wynik 0:0 do połowy. Druga część meczu to już inna historia. Wynik spotkania otworzył słynny Tomas Brolin, który wykończył wspaniale rozegrany rzut wolny. Była to 78 minuta meczu. Później rozgrywający świetny turniej Hagi miał swoją okazję z rzutu wolnego, ale szwedzki bramkarz stanął na wysokości zadania. Gdy mecz zbliżał się do końca Rumuni pokazali charakter i doprowadzili do remisu. W 88 minucie wykonywali rzut wolny ze sporej odległości. Piłka została źle uderzona, jednak po rykoszecie trafiła w polu karnym pod nogi Răducioiu, który zachował zimną krew, podniósł piłkę i uderzył nie do obrony. Sędzia zarządził dogrywkę. W 101 minucie znów naszym bohaterom dopisało szczęście. Jeden ze Szwedów chcąc wybić piłkę z własnej "16-stki" skiksował i na bramkę bez przyjęcia uderzył Răducioiu. Ku rozpaczy szwedzkich kibiców piłka znów po jego strzale znalazła drogę do bramki. Rumuński napastnik niczym mityczny Midas - "co nie dotknął to zamieniało się w złoto". Gdy wydawało się, że Tricolorii przejdą kolejną przeszkodę w drodze do finału, w 115 minucie czekał ich zimny prysznic. Będący pod ścianą Szwedzi, dośrodkowują długą piłkę w pole karne przeciwników. Do zawieszonej w powietrzu piłki doskoczył jeden ze szwedzkich napastników i uprzedzając rumuńskiego bramkarza wpakował piłkę do jego bramki. Szok. To już ich 9 puszczona bramka w turnieju...w 5 meczu. Niedługo później Szwedzi mogli ich dobić, ale rezerwowy Henrik Larsson (wszedł w drugiej części dogrywki) nie wykorzystał dogodnej sytuacji. Po prawdziwej huśtawce nastrojów dla obu ekip, sędzia spotkania zarządził serię rzutów karnych. Jak pamiętacie, na ostatnim Mundialu Rumuni pożegnali się z zawodami właśnie przegrywając w rzutach karnych (z Irlandią). Już w pierwszym "karniaku" jeden ze Szwedów posłał piłkę nad poprzeczką. Do 4 rundy oba zespoły zgodnie trafiały. Wtedy pomyłkę zaliczył jeden z Rumunów i oba zespoły miały teraz po 50% szans na końcowy triumf. Niestety Rumuni nie wytrzymali presji i to Szwecja przeszła dalej (w półfinale zagrali z ekipą Canarinhos). Szczęście było bardzo blisko, ale znów się nie udało. Zdecydowanie zabrakło jakości "w tyłach" i trochę zimnej krwi. Rumuni zostawili po sobie wspaniałe wrażenie - "gra na tak", emocjonujący przebieg spotkań i bramki wyjątkowej urody. Dobra postawa graczy Tricolorii zaowocowała ich angażami w znanych klubach. Zacznijmy od kapitana - Gheorghe Hagi. Zawodnik porównywany do Maradony, rozegrał na tyle wspaniały turniej, iż wybrano go do najlepszej "jedenastki" mistrzostw. Autor 3 pięknych bramek został zatrudniony przez FC Barcelonę. Ponadto Ilie Dumitrescu trafił do Tottenhamu, a Florin Răducioiu zawitał do innego katalońskiego klubu - Espanyolu Barcelona. Poprzestańmy tylko na tych trzech przykładach. Rumuńska piłka była "w gazie"!
Drugi oddech i rozpacz "Synów Albionu"
Gdy wydawało się, iż przed Tricolorii rozpościera się obraz idyllicznej przyszłości, to trafiają na przysłowiowy "dzwon". Zaraz po amerykańskiej przygodzie rozpoczęli zmagania w eliminacjach EURO 1996. Jakoś zmagania na Starym Kontynencie wyjątkowo nie wychodziły do tej pory Rumunom. Tym razem jednak przebrnęli selekcję wzorowo i z pierwszego miejsca w grupie otrzymali promocję uczestniczenia w kolejnej wielkiej imprezie. Tak naprawdę wraz z Francją mieli ogromną przewagę nad resztą zespołów i raczej ewentualne niepowodzenie nie wchodziło w grę. Jednym z ich rywali byli Polacy. Nasi graczy w pierwszym meczu (na wyjeździe) prowadzili nawet 1:0 po skutecznym rzucie karnym Andrzeja Juskowiaka, jednak na wiele to się nie zdało - przegraliśmy 1:2. W rewanżu u siebie padł wynik bezbramkowy. Na Mistrzostwach Europy trafili do fajnej geograficznie grupy. Z jednej strony była Hiszpania i Francja - z drugiej zaś Rumunia i Bułgaria. Jak się okaże, po fazie grupowej pakować walizki musiała dwójka znad Morza Czarnego. Już w pierwszym meczu Rumuni zagrali z dobrym znajomym z eliminacji - Francuzami. Przegrali 0:1. Następna porażka oznaczałaby brak możliwości gry w ćwierćfinale. Rywal bardzo dobrze znany, bo Bułgarzy. W pojedynku Hagi-Stoiczkow górą był ten drugi. Lider bułgarskiej reprezentacji zdobył jedynego gola w tym meczu (na samym początku). Ostatni mecz z Hiszpanią był "o pietruszkę" dla nich, jednakże dla ich rywale to był bardzo ważny pojedynek (potrzebowali zwycięstwa, aby przedłużyć swoją bytność w turnieju). I znowu Rumuni dają sobie wbić bramkę w pierwszych 30 minutach spotkania, jednak wreszcie przełamują się w ataku i do przerwy na tablicy wyników widnieje rezultat 1:1 (gola zdobył Răducioiu). W końcówce meczu ich boiskowi przeciwnicy znów wpakowali im goli i Rumuni ze wstydem wrócili do domu.
"Hagi i spółka" zacisnęli zęby, czego efektem były świetne eliminacje Mundialu 1998. Rumuni "rozjechali" swych przeciwników. Statystycznie zostali najlepszą drużyną eliminacji (w 10 meczach tylko 1 remis, a reszta to ich zwycięstwa!). Zdobyli najwięcej bramek (37) i w obronie też było pozytywnie (4). Będąc uczciwym, ich rywale nie byli "najwyższych lotów". O ile zespół Irlandii śmiało można uznać za godnego przeciwnika, to taką Litwę czy Macedonię to już raczej nie. Tak czy siak Tricolorii znów byli na "fali wznoszącej". W porównaniu do lat poprzednich w składzie nie było Răducioiu czy Lupescu. I tak skład Rumunów był dość "stary". Najmłodszy zawodnik (Radu Niculescu) miał ukończone 23 lata, a 30-latków nie brakowało (Hagi miał już 33 wiosny na karku). Z "młodszego pokolenia" z dobrej strony prezentował się zwłaszcza Viorel Moldovan (rocznik 1972). Przygodę we Francji zaczęli od meczu z Kolumbią. W Lyonie wygrali nasi bohaterowie, dzięki golowi tuż przed końcem pierwszej połowy. Kolumbijczykom nie udał się rewanż za porażkę sprzed lat 4. Tydzień później czekał ich w Tuluzie niezwykle prestiżowy pojedynek z Anglikami. Synowie Albionu w eliminacjach uporali się m.in. z naszą reprezentacją, więc chyba nikt w naszym kraju nie płakałby z ich porażki. Po emocjonującej końcówce Rumuni "pomścili" nas, wygrywając 2:1. Dzięki temu zwycięstwu byli już pewni gry w 1/8 Mistrzostw Świata (trzeci raz z rzędu). W ostatnim meczu zremisowali z najsłabszą w grupie Tunezją 1:1 (Moldovan zdobył swoją drugą bramkę w imprezie). O ćwierćfinał przyszło im się bić z nieobliczalną Chorwacją. Zespół, który na tym tym turnieju zostanie trzecią reprezentacją na świecie, wysłał Rumunów do domu dzięki wykorzystaniu rzutu karnego z doliczonego czasu pierwszej połowy - dodajmy, że podyktowanie go jest rzeczą sporną. Rumuni na tym turnieju promowali fajne zjawisko - można powiedzieć, że socjologiczne. Mianowicie podczas rywalizacji z najlepszymi, gracze Tricolorii solidarnie...przefarbowali sobie włosy na blond :D Idealnie ta ekscentryczna fryzura komponowała się z żółtymi strojami Reprezentacji Rumunii. Gest ten manifestował rywalom siłę i jedność drużyny, a jednocześnie "nakręcał" on rumuńskich piłkarze. No cóż, morale to niezwykle ważna rzecz :)
Rumuni nie zwalniali tempa. Po niezwykle owocnych eliminacjach (bez przegranej, pierwsze miejsce w grupie, tylko 3 puszczone bramki i cenny wyjazdowy triumf z Portugalią) jadą na EURO 2000. Jak się później okaże, zakończy ono dekadę Złotego Pokolenia w rumuńskim futbolu. Na turnieju wylosowali Anglię, Niemcy i Portugalię. Mimo zacnego grona przeciwników, udaje im się wejść do ćwierćfinału (ich najlepszy wynik na EURO). Co prawda, po raz kolejny zostają zastopowani przed strefą medalową, jednak pozytywnie wryli się w pamięć piłkarskich kibiców. Niesamowity przebieg miał ich pojedynek z Anglikami. Prawdziwa emocjonalna huśtawka. Świetnie zaczęli Rumuni, którzy w 22 minucie zdobyli przepiękną bramkę. Jej autorem był Cristian Chivu. Synowie Albionu jednak ich "brutalnie sprowadzili na ziemię" trafiając w ostatnich 5 minutach pierwszej połowy dwie bramki. To nie podłamało Rumunów. Z animuszem wyszli na drugą połowę, bo już w po 3 minutach dzięki pięknym strzale zza "16-stki" Munteanu wlał nadzieję w serca swoich kolegów i fanom, którzy im dopingowali. Gdy już wydawało się, że mecz zakończy się remisem (dawał on Anglii wyjście z grupy) do Rumunii "uśmiechnęło się szczęście" w postaci przyznanej "jedenastki" w samej końcówce spotkania. Nie zmarnowali swojej szansy i dzięki pozytywnego wyniku w meczu Portugalia-Niemcy, nieco niespodziewanie są w ósemce najlepszych europejskich drużyn. Jak już wcześniej zostało napomknięte - to jak do tej pory, był niestety ostatni wielki wyczyn tej reprezentacji.
Prosta pochyła oraz poprawa
Niewątpliwie XXI wiek dla Rumunów to "chudy okres". Nie dość powiedzieć, że do teraz tylko raz wybrali się na wielką imprezę. W tym czasie aż 7-krotnie próbowali szczęścia w eliminacjach Mistrzostw Świata czy Europy. Wynik marny, a w oczach pokolenia Hagiego - nawet wstydliwy. Czas tych niemal 15 lat, które nastały po EURO 2000 śmiało można podzielić na trzy etapy. Pierwszy z nich, względnie udany, uwieńczony udziałem Tricolorii na EURO 2008. Drugi to już prawdziwy krach, objawiający się postawą piłkarzy w latach 2008-2012. No i 3 faza, z którą mamy do czynienia obecnie. Można ja zatytułować jako: "Nadzieja", "Poprawa" czy "Odrodzenie". Oczywiście nie ma co przesadzać, bo co prawda od nieudanych eliminacji Mundialu 2010 jest widoczny postęp, ale jednak ciężko byłoby zagrać gorzej niż wtedy. I tak pokrótce jak Rumuni radzili sobie w danych eliminacjach. Zaczynając od Mistrzostw Świata. Wszystkie próby zakwalifikowania się na ten turniej spełzły na niczym. Dwa razy udało im się znaleźć w barażach, ale tam wiele nie pokazali (przegrali dwumecze ze Słowenią i Grecją). O eliminacjach Mundialu 2010 chyba rumuńscy kibice chcieliby "wyczyścić" ze swej pamięci. Rywalizowali wtedy z Austrią, Francją, Litwą, Serbią i Wyspami Owczymi. W tabeli uplasowali się dopiero na 5 miejscu, wyprzedzając tylko słabiutkich "wyspiarzy". Zdołali wygrać tylko 3-krotnie (dwa razy z Wyspami Owczymi i raz z Litwą). Tylko w dwóch spotkania zagrali "na zero" w obronie. Upokorzyli ich Serbowie, z którymi w Belgradzie ponieśli bolesną klęskę 0:5. Jedynymi wartymi uwagi rezultatami były dwa remisy z Francją (2:2 i 1:1). W meczach w ramach eliminacji EURO ogólnie prezentowali się lepiej. Do Portugalii nie pojechali w 2004 roku, ale wstydu swym fanom nie przysporzyli. Toczyli wyrównane "wojenki" z Duńczykami, Norwegami i Bośniakami, zajmując w grupie 3 miejsce (najlepsza Dania miała 15 punktów, a czwarta Bośnia i Hercegowina 13 punktów). Być może gdyby nie puścili z Duńczykami gola w doliczonym czasie, to awansowaliby - przynajmniej zagraliby w barażach. Następne eliminacje to ich wielki sukces. Wygrali swą grupę, w której mieli m.in. Holandię i Bułgarię. Zespół Oranje nie potrafił im w obu meczach strzelić bramki! Trzeba pochwalić tu ich formacje obronne, bo 7 puszczonych goli w 12 meczach to wynik przynajmniej zadowalający. Na EURO nie mogli trafić chyba gorzej - czekały ich potyczki z Francją, Włochami i...Holandią. To zabawne, bo na trzecim z rzędu EURO są w grupie z zespołem, z którymi rywalizowali w eliminacjach - z którymi na imprezie głównej przegrywają. Zresztą do piłkarzy z Niderlandów mają "szczęście", gdyż w ostatnich latach często z nimi "biją się o punkty" i dostawali od nich "mocno po pupie". Niemiłosiernie Holendrzy pokazywali im miejsce w szeregu, wygrywając 4:1, 4:0 i dwa razy po 2:0. No cóż, na boiskach w Szwajcarii też musieli uznać ich wyższość, ale 0:2 z rewelacyjnie grającym zespołem trenowanym przez Marco van Bastena jest przyzwoitym rezultatem. Zresztą Rumuni zajęli 3 miejsce w tej niezwykle silnej grupie (przed Francją) i remisy z Francuzami i Włochami to naprawdę więcej, niż można było po nich oczekiwać. Ówczesny skład Tricolorii mógł budzić respekt. Oprócz graczy z rodzimych lig i przywdziewającego wtedy kapitańską opaskę Cristiana Chivu, należy wyróżnić jedno nazwisko - Adrian Mutu. Obecny "emeryt", który grał chociażby w Interze Mediolan, to naprawdę "talent czystej wody". Drzemał w nim ogromny talent i osiągnąłby znacznie więcej, gdyby nie jego pociąg do używek czy problematyczny charakter. Mimo to jest obecnie najskuteczniejszym strzelcem Reprezentacji Rumunii (ex aequo z Gheorghe Hagi - obaj zdobyli po 35 bramek) i na omawianym EURO jako jedyny zdobył dla swojej drużyny gola (wykorzystał błąd Włochów).
Ostatnio Rumuni bardzo dobrze pokazują się w eliminacjach EURO 2016. Prowadzą w swojej grupie, mając po 4 meczach 10 punktów. Grają niezwykle czujnie "w tyłach" i stawiają na defensywę - można tak wnioskować po "szczupłym" bilansie bramkowym (6:1). Być może rumuńska piłka obecnie "chwyta ożywczy oddech w swe płuca". Co do awansu, to ten wydaje się być niezwykle realny. Nie dość, że awans uzyskają dwa pierwsze miejsca (a nawet trzecie), to jeszcze potencjalnie najgroźniejsza Grecja jest w katastrofalnej sytuacji (ledwo punkt po 4 meczach!). Zresztą mają stosunkowo łatwych rywali. Może francuski turniej będzie przełomowy dla Tricolorii. Zespołowi przewodzi Ciprian Marica i może zawodnik ten, w przeszłości grywający w lidze niemieckiej, choć w jakiejś mierze upodobni się do legendarnego już Hagiego. Chyba dobrą decyzją jest ponowne zatrudnienia Anghel Iordănescu. Ten legendarny trener od 2014 roku po raz trzeci objął stanowisko selekcjonera tej reprezentacji i jak widać, pod jego wodzą piłkarze dzielnie sobie poczynają. Rumunom ciężko będzie stworzyć równie udaną generację, jaką mieli w latach 90-tych. Nadzieja jednak zawsze jest. Skoro już kiedyś udało się im poczuć woń chwały, to czemu znowu nie mieliby tego zaznać? Myślę, że Złoci Chłopcy w sercach rumuńskich kibiców już mają wyjątkowe i nieulotne miejsce. Wszakże byli piersi, dzięki którym ich rodacy poczuli dumę z tego kim są. Ci piłkarze nie tylko są symbolami sukcesu w historii rumuńskiej piłkę, ale wręcz te historię stworzyli. Gdzieś obok tej dumy i radości, pojawiać się będzie drobinka goryczy. Złote Pokolenie osiągnęło wiele, jednak nie tyle, ile mogłoby.
Słowa uznania dla Was, że znowu przyszliście tutaj i poświęcając swój cenny czas przeczytaliście moje "wypociny". Tyle przymilania się z mojej strony :D Jak spoglądałem nie tak dawno na świat przez okno swego domu, to byłem nieco zmieszany - prawie luty, a aura zimowa bynajmniej nie była. Mówiąc metaforycznie, chciałoby się ażeby "wiosna" była w naszej "kopanej" (nie tylko w pojedynczych meczach). Wiem, że się powtarzam :D Wybaczcie mi, ale mam spore oczekiwania na ten i następny rok co do postawy Biało-czerwonych. W dużej mierze jest to "winą" samych piłkarzy, którzy narobili apetyty polskim kibicom tym, jaką mieli formę w ostatnim kwartale 2014 roku. Chłopaki, nie "pękajcie"! Tymczasem miłego dnia/wieczoru. Czołem! :-)

„Rumunia mogła pokonać każdego”
(Gheorghe Hagi)

piątek, 23 stycznia 2015

(Temat 25) Mały...nie znaczy słaby!

To znowu ja - notoryczny piłkarski natręt :D Postanowiłem tym razem zająć się sprawą hierarchii drużyn reprezentacyjnych. Spokojnie, nie będę tu opisywał najsilniejszych zespołów na świecie, gdyż...to nudne. Wszakże, byłaby to w dużej mierze kalka notowań Rankingu FIFA i przegląd sukcesów danych ekip w najważniejszych turniejach (czyt. Mistrzostwa Świata i mistrzostwa kontynentalne - np. EURO). I jak łatwo jest się domyślić, obowiązkowo artykuł dotyczył by Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Anglii, Brazylii, Argentyny, Francji... No ile można w kółko wałkować o nacjach-hegemonach w globalnym futbolu? To może mierzić, tym bardziej że to dość nieliczne grono. Co prawda, takowe rozważania mają też "smaczek" - w postaci szukania odpowiedzi na pytanie: „Jakim sposobem (sposobami) te kraje osiągają futbolowe szczyty?” - jednak dziś tego swoistego "wyścigu potęg" o to, kto posiada "najcięższy worek" medali i tytułów, po prostu nie będzie! Poza tym wszystkim to trochę bolesne, gdyż pomimo paru niewątpliwych sukcesów Biało-czerwonych, naszej Reprezentacji nie ma jednak w światowej czołówce. No dobrze, teraz o tym co dzisiaj. I tak bez przeciągania - pogadamy o krajach/nacjach, które niewątpliwie potrafią (kolokwialnie mówiąc) grać w piłkę nożną, jednak istotne jest to, iż nie są one zbyt liczebne bądź ich obszar funkcjonowania jest niewielki. Miłego czytania o małych, ale jarych! Zapraszam!
Obserwując rywalizację europejskich (i nie tylko) reprezentacji piłkarskich, czasem postawa niektórych z nich zasługuję na słowa zachwytu. Wyjątkowym podziwem można darzyć zwłaszcza te drużyny, które pomimo swych dostrzegalnych barier osiągają znakomite rezultaty. Bariery o których mowa, dotyczą ograniczonych możliwości osobowych i terytorialnych określonego państwa. Jak wiadomo nie wszyscy są Chinami oraz Rosją i przyszło im cierpieć na bardzo skromną ilość swych obywateli czy budować byt swej państwowości na niewielkim areale. Jak wiadomo: mniej ludzi=mniej talentów piłkarskich, zaś mniejsze terytorium=...mniejsza populacja. Nie da się ukryć, że aspekt ten poważnie wpływa na osiągnięcie potencjalnego sukcesu. Jak okazuje się jednak, nie jest to przy tym (na całe szczęście) kwestia decydująca - czego niepodważalnym dowodem są kraje podane w dalszej części tego postu. Może uda się pochylić nad zagadnieniem dotyczącym tego, jak udało się "małym" osiągnąć wysoki poziom swego piłkarstwa. Teraz pora na kilka zdań ogólnych i "technicznych". Zdecydowałem się przyjąć formę rankingu dla tego tematu. Pierwotna idea była taka, aby raczej ograniczyć się tylko do wymienienia i krótkiego opisania tych "państewek", bez przydzielania jakichkolwiek miejsc (no może wyróżnić najlepszą trójkę). A dlaczego właśnie ranking? Bo to efektowne :))) Od razu zaznaczam - być może to przejaw mojej samoobrony - aby bardzo lekko i umownie podchodzić do zaproponowanej przeze mnie klasyfikacji. Przecież to tylko mój czysto subiektywny obraz hierarchii "małych" reprezentacji. To sprawa z tych uznaniowych. Poniżej przedstawione zostanie nieco informacji o 10 takich drużynach (od 10 do 1 lokaty). Zwłaszcza podkreślam pierwszą trójkę, no może piątkę - pozostałe wymienione drużyny jednak nieco odstają poziomem (względnie mówiąc) od nich. W głównej mierze bazuję na aktualnej sytuacji, czyli teraźniejszość i latach nieodległych. Aspekt historyczny jednak też jest uwzględniany. Co jeszcze? Acha...pewnie kilka drużyn jest uwzględnionych w rankingu na wyrost czy pominięto te, które bardziej zasługują tu na uwagę. No cóż...ograniczam się tylko do dziesiątki, ale bardzo możliwe, że jeszcze odniosę się krótko do paru innych zespołów reprezentujących kraje o "skromnych gabarytach". Tak więc...zaczynamy!
Miejsce 10
Bośnia i Hercegowina
Ludność (mln): 3,9 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 51
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 29
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 13
Zaczynamy od Bałkanów. Państwo powstało po rozpadzie Jugosławii i od razu musiało zmagać się z cierpieniem wojny (tzw. "konflikt bałkański" - zakończony w 1995 roku). Bośnia i Hercegowina to kraj wielonarodowy i wielokulturowy, słaby politycznie i gospodarczo. Pomimo tego potrafili stworzyć całkiem niezłą reprezentację piłkarską. Przez lata ich wyniki nie były "powalające na kolana", jednak wszystko znacząco zmieniło się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Przełomowe były eliminacje Mundialu 2010. W grupie eliminacyjnej zajęli 2 miejsce (za Hiszpanią, a przed Turcją) i zagrali w dwumeczu barażowym o wyjazd do RPA. W nim nieznacznie przegrali z Portugalią ( dwukrotnie po 1:0). Później na stanowisko jej trenera został obrany Safet Sušić i był to bodajże najlepszy okres w historii tego kraju ze stolicą w Sarajewie. Następne eliminacje (o udział w EURO 2012) były niejako kalką poprzednich - znowu 2 miejsce i porażka w barażach z Portugalczykami (0:0 i 2:6). W grupie musieli uznać wyższość tylko Francji, a zadecydował o 1 miejscu mecz pomiędzy tymi zespołami na Stade de France (potrzebowali zwycięstwa). Padł wynik 1:1 - Trójkolorowych uratował "karniak" w ostatnim kwadransie meczu. Wreszcie eliminacje do brazylijskiego Mundialu okazały się ich ogromnym sukcesem. Drużyna Złotych Lilii wygrała swoją grupę (przed Grecją) i pojechała na turniej finałowy. Tam pokonali pokonali tylko Iran (przegrane z Argentyną i Nigerią) i wrócili do domu przed fazą pucharową mistrzostw. Niewątpliwie dobrą postawę Bośni i Hercegowiny na arenie międzynarodowej można tłumaczyć świetną generacją tamtejszych piłkarzy. Zwłaszcza ważne są tu dwa nazwiska graczy ofensywnych: Edin Džeko i Vedad Ibišević. Gracze, znani przede wszystkim z występów w lidze niemieckiej, łącznie dla swej kadry zdobyli aż 62 bramki! Inni istotni zawodnicy to np. Zvjezdan Misimović (już nie gra), Emir Spahić czy Sead Kolašinac. Warto dodać, że państwo to korzysta dużymi garściami z zagranicznych systemów szkolenia (zwłaszcza kierunek niemiecki), gdyż poziom ligi bośniackiej jest marny.
Miejsce 9
Kostaryka
Ludność (mln): 4,6 (2011 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 51
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 16
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 15
Zamieniamy Europę na Amerykę Łacińską. Przyznam, że nieco na siłę umieszczam ten kraj w zestawieniu, ale przynajmniej w ten sposób ranking nabierze charakteru globalnego. Kostaryka, bo o niej mowa, niewątpliwie swoją bojową postawą na ostatnich Mistrzostwach Świata zdobyła spory szacunek ze strony kibiców futbolu na całym świecie. A że nie jest to kraj "okazały", to podziw dla ich wyczynu tylko wzrasta. Etymologia nazwy państwa jest niezwykle miła. Mianowicie, można ją tłumaczyć z języka hiszpańskiego na polszczyznę jako Bogate Wybrzeże - jak na razie piłkarsko nie jest przesadnie "bogata", aczkolwiek przyszłość może być dla nich łaskawa :) Do rzeczy jednak. Nie będę tu opisywał ich drogi pełnej glorii i wiktorii podczas brazylijskiego turnieju, bo to "nieekonomiczne" (już to zrobiłem we wcześniejszych postach). Ale tak w skrócie: zwycięstwa z Włochami, Urugwajem i Grecją (po karnych) oraz remisy z Anglią i Holandią (z Oranje polegli dopiero w ćwierćfinale po serii rzutów karnych!)...to znakomite osiągnięcia! Do tego tylko 2 puszczone bramki, poprzedzone "harówką" piłkarzy na murawie. Ostatnio regularnie występują w Mundialach i można ich uznać za trzecią siłę eliminacji (za USA i Meksykiem - kolejność umowna). Pierwszy ich udział w tej imprezie miał miejsce w 1990 roku - wyszli wtedy z grupy. Cztery lata temu pozostali co prawda w domu, ale przegrany baraż z Urugwajem infamii im nie przynosi (0:1 i 1:1). Za najwybitniejszych graczy ich kadry można uznać Rolando Fonsecę i Paulo Wanchopa (strzelili kolejno 47 i 45 goli dla reprezentacji - najwięcej w historii!). Niestety, w drużynie ich już dawno nie ma. Obecnie dużą jakość prezentuje chociażby Joel Campbell czy Celso Borges. Zwłaszcza obiecujący jest pierwszy z nich - młody (niespełna 23 lata) i jest graczem uznanego klubu (Arsenal Londyn). Kostaryka to zespół, który potrafił w przeszłości "postawić się" uznanym markom. Warto przypomnieć przy tym parę ich wyników z Mistrzostw Świata (nie licząc ostatnich): ze Szwecją 2:1, z Turcją 1:1, z Brazylią 2:5, z Niemcami 2:4 i z Polską 1:2.
Miejsce 8
Słowenia
Ludność (mln): 2,1 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 20
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 46
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 15
Powracamy do Europy i Bałkanów, gdyż teraz trochę o piłkarskich możliwościach niewielkiej Słowenii. Ten kraj również uzyskał niepodległość w wyniku "rozczłonkowania" Jugosławii. W porównaniu do gabarytów Bośni i Hercegowiny, Słowenia jest nawet bardziej filigranowa (populacja niemal dwukrotnie mniejsza). Sporym "smaczkiem" jest fakt, że kraj w dużej części leży w górach i dominuje tam moda na sporty zimowe - więc futbol ma "pod górkę". Słoweńcy to charakterny naród. Na mnie robią niebywałe wrażenie, niemal "wyciskując" 100% swych możliwości. Nie dość, że "biją" nas niemiłosiernie w koszykówce, to również godnie rywalizują w piłce ręcznej czy mówiąc szeroko - w sportach zimowych. W piłce nożnej nawet nas upokorzyli. Przegraliśmy z nimi na wyjeździe w Lublanie aż 0:3 w ramach eliminacji Mundialu 2010 (w pierwszym meczu padł remis 1:1) i to Słowenia wybrała się do Afryki. Po drodze (w barażu) "papa" powiedzieli "ogromnej" Rosji (1:2 i 1:0 - awans dzięki golowi strzelonemu na wyjeździe). Na samej imprezie zbyt słodko nie było (4 punkty w 3 meczach), ale niemal awansowali do dalszej fazy turnieju. Nie myślcie, że impreza sprzed prawie 5 lat to jakiś "rodzynek" w historii ich piłkarstwa. Nic z tych rzeczy! Pojechali jeszcze na EURO 2000 i Mundial 2002, a dodatkowo w eliminacjach EURO 2004 odpadli dopiero na etapie baraży (1:1 i 0:1 z mocną Chorwacją). Na EURO 2000 zagrali niezwykle emocjonujące spotkanie z podtekstem, przeciwko Reprezentacji Jugosławii. Mecz zakończył się wysokim remisem 3:3 mimo, że Słowenia prowadziła 3:0 i grała z przewagą jednego zawodnika na boisku! Świetnie zagrał wtedy Zlatko Zahovič, strzelając 2 bramki (zdobył w reprezentacyjnym trykocie 35 goli - rekord). Nieco później oba zespoły również rywalizowały ze sobą o punkty (w obu meczach było 1:1). Słoweńska piłka klubowa też nie ma się czego wstydzić. NK Maribor dwukrotnie reprezentował swój kraj w fazie grupowej Ligi Mistrzów (ostatni raz w sezonie 2014/15). Przypomnijmy, że my czekamy na taki zaszczyt od...sezonu 1996/97! Trudno nie pokochać tego małego aczkolwiek dumnego kraju, zwłaszcza że w ich angielskiej nazwie pojawia się...miłość (Slovenia).
Miejsce 7
Norwegia
Ludność (mln): 5,1 (2013 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 385
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 67
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 2
Ach ta Norwegia! Skojarzenia aż same przychodzą na myśl: Skandynawia, fiordy, dorsz, przyjaźni ludzie, dobrobyt, ropa naftowa, wikingowie, chłód, biegi narciarskie i wreszcie Marit Bjørgen. Być może nie wszyscy zdają sobie nawet sprawę, iż do niedawna również futbol był wizytówka tego kraju. Wszystko dzięki "gejzer-generacji" z lat 90-tych. Wtedy to Norwegia stała się liczącą ekipą na europejskim i światowym "podwórku". To była wręcz rewolucja. Jeszcze eliminacje EURO 1992 nie zakończyły się dla nich specjalnym sukcesem (nie awansowali do turnieju, chociaż pokazali się z dobrej strony), ale następne do Mundialu 1994 to była ich bajka! Trafili do jednej grupy z Anglią, Holandią, Polską, Turcją i San Marino i...byli najlepsi! Tylko z Turcją przegrali (1:2, wyjazd) w ostatnim spotkaniu, ale grali wtedy o przysłowiową "pietruszkę". W turnieju finałowym już było znacznie słabiej (4, ostatnie miejsce w grupie), aczkolwiek dali sobie trafić tylko jedną bramkę. Zresztą, obrona była ich najsilniejszą bronią - "skała w tyłach". Na następny Mundial również pojechali (1998 rok, 1 miejsce w grupie eliminacyjnej) i awansowali do strefy pucharowej. Odpadli w 1/8 po przegranej 0:1 z Włochami (wcześniej pokonali Brazylię 2:1!). W EURO zagrali tylko raz (2000 rok), gdzie w 3 meczach trafili i puścili po 1 bramce. Regres w norweskim futbolu rozpoczął się od eliminacji Mundialu 2002. Rywalizowali wtedy m.in. z Polską (2:3 i 0:3) i z 10 spotkań wygrali tylko 2-krotnie. W latach 30-tych też dochowali się przyzwoitej drużyny. Na Turnieju Olimpijskim 1936 zajęli 3 miejsce (m.in. ograli nas 3:2), a dwa lata później pojechali na Mundial do Francji (odpadli po porażce 1:2 z Włochami, którzy zostali wtedy powtórnie najlepszą reprezentacją na świecie). Ich piłka klubowa też odnosiła paręnaście lat temu znaczące wyniki. Rosenborg Trondheim potrafił zagrać w fazie grupowej Ligi Mistrzów w 8 edycjach...z rzędu! Myślę, że sukces norweskiej piłki łączy się z odkryciem w tym państwie dużych złóż ropy naftowej w latach 80-tych. Kraj w krótkim czasie stał się niezwykle zamożny i zaczęto inwestować w futbol. Do tego stworzono efektywny system szkolenia, który można stawiać za wzór. Inspiracją była tu piłka angielska (gra prosta, twarda i oparta na wytrzymałości graczy) + duży nacisk na obronę. Zresztą wielu Norwegów grało w lidze angielskiej i tam "dojrzewali". Dla Norwegii grali tak znakomici piłkarze jak: Ole Gunnar Solskjær, Tore André Flo, John Arne Riise czy obecny trener Legii Warszawa - Henning Berg. Z tym rywalem Biało-czerwoni rozegrali pierwszy oficjalny mecz po wojnie (w 1947 roku przegraliśmy w Oslo 1:3).
Miejsce 6
Islandia
Ludność (mln): 0,3 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 103
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 33
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 28
Gdzieś miedzy Europą a Ameryka Północną leży wyspa - Islandia. Do tej pory znana była głównie z wulkanów, rybnych smakołyków czy leczenia gorączki...zimnem. Od niedawna jest również podziwiana za "piłkarski cud". Chyba inaczej nie da się określić tak dobrej w ostatnim czasie postawy piłkarzy, z kraju liczącego...niecałe 350 000 mieszkańców! Chociażby Lublin ma większą populację. To jeszcze nie wszystko. Kraj ten leży w chłodnym klimacie, lubi wiać, mało jest dni słonecznych a 1/10 jego powierzchni to lód. Do tego jeszcze jako samotna wyspa, dzieli ją od innych europejskich państw znaczny dystans - można powiedzieć, że ich rynek piłkarski nie jest dla nikogo naturalnym kierunkiem pozyskiwania piłkarzy (dla ligi włoskiej są to chociażby państwa bałkańskie). Czy w takich warunkach da się stworzyć reprezentację grającą dobry futbol? Widać da się! Dopiero od lat 70-tych tak kraj bierze regularny udział w eliminacjach do najważniejszych turniejów. Oczywiście, dotychczas ewentualne awanse tego zespołu traktowano jak dobry żart. Wszystko zmieniło się bardzo od eliminacji do Mundialu 2014. Wtedy to Islandia zajęła drugie miejsce w swojej grupie (za Szwajcarią, a przed m.in. Słowenią i Norwegią) i zagrała w barażu. W nim musieli uznać wyższość Chorwacji (0:0 i 0:2). Ktoś powie: „Raz się im udało!”. No właśnie nie do końca. W obecnych eliminacjach EURO 2016 zespół ten w swej grupie zajmuje na razie drugie miejsce - po 4 meczach mają aż 12 punktów! Wygrali z Łotwą (3:0), Turcją (3:0) i Holandią (2:0, piłkarsko "rozbili" drużynę Oranje). Przegrali tylko z Czechami (1:2, wyjazd), którzy ostatnio świetnie sobie radzą. Najbardziej znany islandzki piłkarz to Eiður Guðjohnsen (m.in. FC Barcelony i AS Monaco). Ostatnio jednak ten "wiekowy" zawodnik jest poza składem. Z bardzo dobrej strony w aktualnych eliminacjach pokazuje się za to Gylfi Sigurðsson (4 gole). Występujący na co dzień w lidze angielskiej gracz, zwłaszcza dał popis swych umiejętności w meczu z Holendrami (strzelił obie bramki). Przed Islandią bardzo istotne mecze: wyjazdowe z Kazachstanem (marzec) i rewanżowe u siebie z Czechami (czerwiec). Ewentualne triumfy nad tymi rywalami, mogą wlać dużo wiary w ich serca przed decydującymi jesiennymi potyczkami. Jak na razie dużo przemawia za tym, iż Wyspiarze będę biegać w przyszłym roku po francuskich murawach.
Miejsce 5
Dania
Ludność (mln): 5,7 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 43
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 30
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 3
Dla Jugosławii eliminacje EURO 1992 skończyły się ogromnym sukcesem - pierwsze miejsce w grupie, 7 zwycięstw na 8 spotkań i świetny bilans bramkowy (24:4). Piłkarze i ich kibice mieli realne podstawy do optymizmu przed turniejem w Szwecji. Niestety, nie był on im dany. Jugosławii z hukiem odebrano możliwość występu w zawodach, a przyczyny takiego kroku miały charakter pozasportowy: armia jugosłowiański zaangażowała się w konflikt w Bośni i Hercegowinie (największy tego typu w Europie po II wojnie światowej). FIFA zaproponowała udział ekipie Danii - drużyna ta rywalizowała z Jugosławią w eliminacjach i zajęła w nich 2 miejsce). Było to niedługo przed otwarciem imprezy i piłkarze zostali ściągnięci ze swych wakacji. Chyba tylko niepoprawni optymiści mogli przewidywać, iż drużyna wyjdzie z grupy. Początek był słaby: dwa pierwsze mecze, a gracze nie potrafili strzelić bramki i mieli ledwo punkt. Jednak to co było później to już bajka! Doszli do ścisłego finału zawodów, w którym zagrali z nie byle kim - Niemcami. Ówczesnych mistrzów świata ograli 2:0 i wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Choć to brzmi niesłychanie, lecz naprawdę Dania została mistrzem Europy! W nagrodę dwa lata później pojechali do Arabii Saudyjskiej na prestiżowy Puchar Konfederacji. Tam miał miejsce kolejny ich wielki triumf. Wygrali cała imprezę, a "wisienką na torcie" było zwycięstwo w finale z Argentyną (drużynę Albicelestes pokonali 2:0). Pomiędzy oboma sukcesami, musieli przełknąć jednak gorzką pigułkę. Nie udało im się bowiem przebrnąć eliminacji Mistrzostw Świata 1994, chociaż przegrali tylko raz i mieli niewielką stratę do najlepszych (3 miejsce - punkt mniej niż Hiszpania i tyle samo punktów co Irlandia). W Mundialach zresztą radzili sobie przeciętnie. Ledwo 4-krotnie brali w nich udział (pierwszy raz w 1986 roku) i najlepszym osiągnięciem była 1/4 (1998 rok, odpadli po klęsce z Brazylią). Na EURO za to radzili sobie wybornie: łącznie 8 udziałów. Oprócz triumfu na EURO 1992, zajęli 3 miejsce na EURO 1984 i 4 miejsce na EURO 1964. Dobrym osiągnięciem była też ćwierćfinał EURO 2004. Dania uzbierała sporo medali z Turniejów Olimpijskich (ostatni taki sukces w 1960 roku). Raz została mistrzem olimpijskim (nieoficjalnym), 3 razy była wicemistrzem i raz była na trzecim miejscu w tej imprezie. Zresztą Letnie Igrzyska Olimpijskie pokazują jak usportowione nastawienie jest w tym niewielkim państwie. Łącznie 43 medale z najważniejszego kruszcu i pod tym względem wyprzedza tak "duże" kraje jak np. Brazylia, Hiszpania, Argentyna czy Turcja. Okres przed I wojną światową był dla Danii piłkarską sielanką. Uchodziła wtedy za jedną ze światowych potęg - w swym pierwszym oficjalnym meczu międzypaństwowym (1908 rok) pokonała Francję aż...17:1 (rekord). Niestety, bardzo zmarnowała swe wielkie możliwości, gdyż później bardzo regularnie omijała udział w wielkich turniejach. Dopiero po II wojnie światowej nieco zmieniono tam perspektywę. Dania pozostawała długo na peryferiach wielkiej piłki. Głównym tego powodem wydaje się być przyjętą tam ideę piłkarstwa amatorskiego (zrezygnowano z niej dopiero na początku lat 70-tych). Kiedyś ich reprezentacja zawstydziła Biało-czerwonych. W 1948 roku pokonali towarzysko Polskę aż 8:0 (największa klęska w historii). Dla Danii grali/grają tak wybitni piłkarze jak np. Michael Laudrup (m.in. FC Barcelona i Real Madryt), Jon Dahl Tomasson (m.in. AC Milan), Nicklas Bendtner, Christian Poulsen czy Mortem Olsen. Ten ostatni jest od 2000 roku trenerem zespołu (156 meczów, z czego prawie połowa to zwycięstwa) i przez to mówi się często na jego podopiecznych Gang Olsena czy Jedenastka Olsena.
Miejsce 4
Chorwacja
Ludność (mln): 4,3 (2011 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 57
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 19
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 3
„Hrvatska! Hrvatska!” - aż chciało się wtórować chorwackim fanom na Mundialu 1998, kiedy ich pupile rozgrywali turniej życia. Bałkański walec zatrzymał się w półfinale, gdzie musieli uznać nieznaczną wyższość gospodarzy - Francji. Nie zrazili się jednak tym niepowodzeniem i trzy dni później pokazali swój charakter i możliwości, pokonując w meczu o 3 miejsce zespół Holandii. Bardzo wymowny był ich wykonaniu mecz ćwierćfinałowy, w którym rozgromili Reprezentację Niemiec aż 3:0. Co prawda, nasi zachodni rywale grali od 40 minuty o jednego zawodnika mniej po otrzymaniu czerwonej kartki, jednak Niemcy to...Niemcy. Sukces Chorwacji był ogromny, aczkolwiek typowano przed turniejem, iż zespół ten może "namieszać". Jest to "młoda" reprezentacja - tak naprawdę możemy mówić o ich oficjalnych meczach dopiero od 1992 roku. Przez wiele lat państwo to nie istniało na mapach Europy, gdyż było jedną z części wielonarodowej Jugosławii. Jak się okazało po jej rozpadzie - to właśnie Chorwaci byli tą nacją, która piłkarsko osiągnęła najwięcej. Wyobraźcie sobie, że wystartowali łącznie w 10 eliminacjach ważnych imprez (Mundial i EURO) i tylko 2 razy musieli pozostać "w domu" (EURO 2000 i Mundial 2010). Już ich debiut był niezwykle okazały. W eliminacjach EURO 1996 udało im się awansować i to z pierwszego miejsca w grupie! Byli przed Włochami, z którymi wygrali na ich terenie 2:1. Udowodnili, iż nie był to przypadek w meczu rewanżowym (1:1). Na samym turnieju wstydu nie przynieśli. Udało im się wyjść z grupy (rywale: Portugalia, Dania i Turcja). Odpadli dopiero w 1/4 z późniejszymi mistrzami Europy, czyli Reprezentacją Niemiec (1:2). W XXI wieku mieli jednak mniejsze osiągnięcia. Co prawda, spokojnie wchodzili do głównych turniejów, jednak w ich trakcie nieco zawodzili - raz tylko wyszli z grupy (EURO 2008 i odpadli w 1/4 po serii rzutów karnych i niezwykle emocjonującym meczu z Turcją). Teraz nieco statystyk. Od 1992 roku (debiut w przegranym 0:1 meczu z Australią) rozegrali łącznie 259 spotkania: 133 zwycięstw - 74 remisy - 52 porażki (co daje: 51,4% meczów wygranych i aż 79,9% meczów nieprzegranych!). W tabeli poniżej macie przedstawione parę danych statystycznych o meczach Reprezentacji Chorwacji. Podkreślę tylko, iż chorwackie stadiony to istne warownie. W 53 "meczach o punkty" tylko 3-krotnie przegrali! Ponadto, we wszystkich spotkaniach na własnych boiskach, aż w 53 z nich (niemal 55%) potrafili zagrać "na zero" w obronie!
Chorwacki futbol doczekał się sporego grona wybitnych zawodników i grających w wielkich klubach. Od razu na myśl przychodzi Davor Šuker. Był to (zakończył piłkarską karierę) legendarny król strzelów Mundialu 1998 i gracz m.in. takich klubów jak Real Madryt i Arsenal Londyn. Zagrał w 68 oficjalnych meczach kadry i zdobył dla niej rekordowe 45 bramek (aż 31 goli w "meczach o punkty"). Przykłady innych świetnych piłkarzy przywdziewających koszulkę w biało-czerwoną kratę: Darijo Srna, Eduardo da Silva, Mario Mandžukić, Ivica Olić, Luka Modrić, Niko Kovač, Ivan Klasnić czy Dario Šimić. W obecnych eliminacjach EURO 2016, Hrvatska prezentuje wyborną dyspozycję - po 4 rundach spotkań przewodzi w swojej grupie z 10 punktami (10:1 w bramkach). Za nią jest Italia, z którą potrafiła zremisować na wyjeździe (1:1).
Miejsce 3
Holandia
Ludność (mln): 16,9 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 42
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 5
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 1
Znajdujemy się już na podium. Holendrzy to niewątpliwie jedna z najwybitniejszych piłkarskich nacji. Nie przyznałem im 1 miejsca w tym zestawieniu, tylko z uwagi na dość dużą populację tego kraju, chociaż ma niewielką powierzchnię (to kryterium zdecydowało o miejscu w tej dziesiątce). Dla porównania: w Holandii mieszka ponad 2 razy mniej ludzi niż w Polsce, jednak jej powierzchnia jest...ok. 7,5 razy mniejsza niż naszego kraju! Holandia to "łebskie" państewko. Słynie m.in. z wiatraków i tulipanów mimo, iż to nie ona je "wymyślili". Prawie 1/5 jej terenu powstała sztucznie w wyniku...osuszenia morza! Piłka nożna również jest wizytówką Holendrów. Tak naprawdę "pomarańczowa siła" rozpoczęła się w latach 70-tych. Pierwszy poważny wyczyn ich reprezentacji to wicemistrzostwo świata zdobyte na Mundialu 1974. Cztery lata później powtórzyła swój wyczyn, zresztą znów przegrywając w finale z gospodarzami turnieju (kolejno: RFN i Argentyna). To był także piękny okres dla ich piłki klubowej, która wiodła prym na europejskim kontynencie (przez 4 sezony z rzędu wygrali Puchar Europy - "ojciec" współczesnej Ligi Mistrzów). Holandia w krótkim czasie stała się licząca, dzięki dwóm kwestiom: uzawodowieniu swego piłkarstwa w latach 50-tych oraz (przede wszystkim) stworzeniu systemu taktycznemu - tzw. futbolu totalnego. Ten innowacyjny sposób patrzenia na piłkę nożną, opierał się na płynnej wymianie pozycji między zawodnikami i można go krótko opisać: "wszyscy bronimy - wszyscy atakujemy". Pozwalało to na widowiskową grę, która również była efektywna w znakomite wyniki. Oczywiście do tego wszystkiego dochodziło perfekcyjne szkolenie młodzieży. Lata 80-te to, niestety dla nich, niemal "jałowy czas". Nie zagrali na trzech ważnych turniejach: Mundialu 1982, EURO 1984 oraz Mundialu 1986. Uratowali twarz tylko poprzez swą postawę na EURO 1988. Zbyt dużo umiaru z mojej strony - Oranje zdobyli wtedy szczyt! Na niemieckiej (czyt. RFN) imprezie sięgnęli po tytuł mistrzów Europy, a ozdobą był ich finał z ZSRR (2:0), w którym Marco van Basten strzelił jedną z najsłynniejszych bramek w historii futbolu. Lata 90-te to znów zwyżka w holenderskiej piłce (zwłaszcza klubowej, bo reprezentacja grała poniżej swych możliwości). Chyba od tego okresu rozpoczął się ogromny popyt na holenderskich trenerów i ich myśl szkoleniową. Obejmowali oni wiele słynnych europejskich klubów (i wiele reprezentacji obcych państw). Ostatnie dwa Mistrzostwa Świata to ogromne osiągnięcia holenderskich piłkarzy (aczkolwiek w ich kraju przyjęte z malutkim niedosytem) - 2 miejsce w 2010 roku i 3 miejsce w 2014 roku. Ważniejsze wyczyny Reprezentacji Holandii na wielkich imprezach: Mundial (3-krotnie wicemistrzostwo oraz 3 miejsce), EURO (jedno mistrzostwo i 4-krotnie 3 miejsce) oraz Turniej Olimpijski (3-krotnie 3 miejsce). Przykłady słynnych piłkarzy z tego kraju: Marco van Basten, Patrick Kluivert, Dennis Bergkamp, Johan Cruyff, Frank de Boer, Edwin van der Sar, Arjen Robben czy Clarence Seedorf. Obecnie drużyna Oranje prezentuje się mizernie (eliminacje EURO 2016: 2 porażki w 4 meczach i 3 miejsce w swojej grupie). Holandii zdarzają się takie "wtopy". Oprócz wspomnianych wcześniej lat 80-tych, nie potrafili przebrnąć eliminacji Mundialu 2002 a na EURO 2012 nie wyszli z grupy (3 porażki!). Być może ich słaba postawa jest wynikiem "ciężkiego" brazylijskiego Mundialu (zawodzą chociażby inni uczestnicy tej imprezy: Niemcy, Rosja czy Grecja). Jeżeli nie poprawią się w 2015 roku, to Pomarańczowi mogą oglądać francuski turniej co najwyżej w roli kibiców na trybunach.
Miejsce 2
Kraj Basków
Ludność (mln): 2,2 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 7
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: -
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: -
Nie słyszeliście o tym państwie? Nie dziwię się, wszakże takiego kraju...nie ma. Ich status prawny to wspólnota autonomiczna, należąca do Hiszpanii (w jej północnej części). Obejmuje ona 3 prowincje, a największym miastem jest Bilbao (ok. 350 tysięcy mieszkańców). Możemy też mówić o tym terytorium w szerszym ujęciu, jako krainy historycznej (w tym artykule będzie wiele o niej). Mam na myśli Baskonię, na którą składają się dodatkowo jeszcze cztery inne prowincje - jedna hiszpańska i trzy znajdujące się na terytorium Francji (łącznie nieco ponad 3 mln ludzi, zamieszkujących teren o powierzchni przekraczającej 20 tys. km²). Dużo tej geografii :D Baskowie to niezwykły lud. Po pierwsze uchodzi on za najstarszy w Europie, a swego czasu słynęli w świecie z wielorybnictwa. Potrafili polować na te ogromne ssaki nawet na dalekich wodach oblewających tereny współczesnej Kanady (to były czasy, gdy pływano miesiącami na drewnianych ożaglowanych statkach)! Przede wszystkim to ludzie dumni, potrafiący z dużą skutecznością bronić swoją kulturę i język przed asymilacją obcych oraz bardzo hołubiących idei wolności i niezależności. Kraj Basków nie należy ani do FIFA ani do UEFA. Ich reprezentacja nie może grać w wielkich turniejach, tylko co najwyżej rozgrywać mecze towarzyskie (przeważnie rozgrywa jedno spotkanie na rok, głównie w grudniu). Tak więc są w tym rankingu wyjątkiem: będą jedynym terytorium zależnym i patrzę tu głównie przez pryzmat ich nacji. A czym Baskowie sobie to na zasłużyli? Postaram się to wytłumaczyć. Zacznijmy od wartościowych (aczkolwiek towarzyskich) rezultatów ich reprezentacji. Analizując okres następujący po dyktaturze generała Franco (za jego rządów m.in. Baskowie mięli ciężko ze swoją niezależnością i ich reprezentacja nie grała wtedy co do zasady meczów), wysyłali światu wyraźny sygnał: „Z nami trzeba się liczyć!”. Od 1978 roku pokonali między innymi: Urugwaj (5:1 i 2:1), Jugosławię (3:1), Nigerię (5:1), Rosję (1:0), Bułgarię (4:0), Ghanę (3:2) i Serbię (4:0). Cenne są też remisy z ZSRR (0:0) oraz Rumunią (2:2). Przed II wojną światową pokonali między innymi Danię (11:1) i 2-krotnie minimalnie przegrali na wyjeździe z ówczesnymi wówczas wicemistrzami świata, Reprezentacją Czechosłowacji (2:3 i 1:2). Jest też polski epizod - w 1937 roku zagrali w Chorzowie z Reprezentacją Śląska (wygrali 4:3). Istotniejszą kwestią jest jednak piłka klubowa i grono wybitnych baskijskich piłkarzy. Drużyny z tego regionu 10-krotnie zdobywały mistrzostwo Hiszpanii (33-krotnie były na podium). Natomiast w Pucharze Hiszpanii aż 32-krotnie były najlepsze (prawie 30% wszystkich edycji - mimo, iż w ostatnich 30 latach wygrali...tylko raz!). Niewątpliwie najbardziej utytułowanym klubem jest tu Athletic Bilbao. Zespół ten został mistrzem kraju 8 razy (ustępuje w tej klasyfikacji tylko 3 klubom), a krajowy puchar wygrał aż 23 razy (tylko FC Barcelona ma więcej - 26). Sukces tym większym, iż bazuje on tylko na swych wychowankach, piłkarzach z regionu i tych, którzy maja baskijskie pochodzenie! To nie wszystko. Dopiero w 2008 roku po raz pierwszy w historii na ich koszulkach pojawiła się reklama (hiszpańskiej firmy petrochemicznej), a władze klubu zmusiła do tego ciężka sytuacja finansowa (w dużej mierze światowy kryzys). To się nazywa patriotyzm. Drużyna dwa razy grała w finale ważnych europejskich pucharów (w sezonie 1976/77 w Pucharze UEFA oraz w sezonie 2011/12 w Lidze Europy). W sezonie 2000/01 do finału Pucharu UEFA doszła inna drużyna z regionu - Deportivo Alavés. A teraz nieco o graczach z baskijskimi korzeniami. Pewnie się zdziwicie jak wymienię parę nazwisk! Didier Deschamps i Bixente Lizarazu - tak, to piłkarze Reprezentacji Francji, którzy wygrali Mundial 1998 i EURO 2000. Te przykłady są może mało trafne, gdyż "dojrzewali" we francuskiej szkole piłkarskiej. Inni świetni gracze: Xabi Alonso (m.in. Real Madryt, z Reprezentacją Hiszpanii mistrz świata i 2-krotny mistrz Europy), Javi Martínez, José María Bakero, Andoni Zubizarreta, Gaizka Mendieta, Fernando Llorente, Telmo Zarra (drugi strzelec w historii Primera División) czy Pichichi (od niego wzięła się nazwa dla nagrody przyznawanej królowi strzelców ligi hiszpańskiej - Trofeo Pichichi).
Miejsce 1
Urugwaj
Ludność (mln): 3,3 (2013 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 176
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 10
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 2
A oto zwycięzca - Urugwaj. Niech o rozmiarze tego "państewka" świadczy zestawienie go z 9-cioma krajami (Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Ekwador, Kolumbia, Paragwaj, Peru i Wenezuela), z którymi rywalizują w eliminacjach Mistrzostw Świata czy w Copa América. No cóż, Urugwaj plasuje się tu... na samym końcu. Nawet przedostatni w tej kategorii Paragwaj ma ponad 2 razy więcej obywateli! W porównaniu do największej i najludniejszej w Ameryce Południowej Brazylii, ma ok 48 razy mniejszą powierzchnię i ponad 60 razy mniej mieszkańców! To chyba niepodważalny dowód, że swymi gabarytami Urugwaj odstaje od reszty. Jednakże ich piłkarska pozycja nijak się do tego ma. Powiedzieć, że to państwo futbolowo utytułowane to tak, jak nie powiedzieć nic! Mówiąc tak z przymrużeniem oka, nie ma co się zbytnio dziwić z ich ogromnych piłkarskich umiejętności, skoro zdecydowana większość społeczeństwa Urugwaju ma włoskie pochodzenie. Także położenie geograficzne, było w tej materii było tu nad wyraz "łaskawe" - graniczą z Brazylią i Argentyną (innych sąsiadów nie mają). Mylne jest tu sądzenie, iż tak doborowe towarzystwo pełniło rolę pedagogów. Tak naprawdę trafniej jest powiedzieć, że to właśnie Urugwaj "uczył" i "krzewił" futbol na kontynencie! Proszę sobie wyobrazić, że przez wiele lat wraz z Argentyną tworzyli swoisty duopol w Ameryce Południowej (także globalnie!) i to oni sięgali po największe laury w futbolu. Tak naprawdę Brazylia zaczęła być realną siłą od końca lat 30-tych (a bardziej od lat 50-tych). Prześledziłem rywalizację Urugwaju i Argentyny do lat 40-tych i można powiedzieć, że dla obu zespołów był to okres idylli, a zwłaszcza dla naszego bohatera. Błękitni osiągali wówczas więcej niż Argentyńczycy i powygrywali najważniejsze tytuły w ówczesnej piłce reprezentacyjnej. Aby nie być gołosłownym, czas przytoczyć parę faktów. Boje urugwajsko-argentyńskie uchodzą za największe w historii piłki nożnej. Ponoć żadne inne dwa kraje tak często ze sobą nie rozgrywały spotkań - 180 meczów (wraz z nieoficjalnymi - 201!). Ich pierwszy mecz jest zarazem pierwszym tego rodzaju w Ameryce Południowej i rozegrano go w lipcu 1902 roku (Urugwaj przegrał u siebie aż 0:6). Istnieje też informacja, iż obie drużyny zagrały ze sobą rok wcześniej w maju (Urugwaj poniósł nieznaczną klęskę u siebie 2:3). Do 1940 roku (włącznie) zagrali przeciwko sobie aż 117 razy (41 zwycięstw Urugwaju, 49 zwycięstw Argentyny i 27 remisów, 28 bramek więcej strzeliła Argentyna) + 21 spotkań nieoficjalnych (7 zwycięstw Urugwaju, 6 zwycięstw Argentyny i 8 remisów, 1 bramkę więcej zdobyli Argentyńczycy). Mimo, że Albicelestes częściej okazywali się lepsi, to jednak w meczach "o punkty" to z reguły skuteczniejsi byli ich boiskowi oponenci - 16 meczów: 9 wygranych Urugwaju, 3 wygrane Argentyny i 4 remisy (więcej bramek ustrzelił Urugwaj - o 10). W tym czasie Urugwaj: został mistrzem świata (ich rywale wicemistrzem świata), wygrał 7 razy rozgrywki Copa América (ich rywale o dwa mniej) oraz zostali 2 razy mistrzami olimpijskimi (ich rywale "tylko" jedno wicemistrzostwo). W latach przedwojennych urugwajscy reprezentanci byli niewątpliwie w ścisłej światowej czołówce, a później ich pozycja już słabła (lata 40-ste i 50-te to jednak również udany okres). To właśnie w Urugwaju odbył się pierwszy Mundial (1930 rok), w którym najlepsza okazała się ich drużyna (przed Argentyną, nie przypłynęli jednak m.in. silni Włosi). 20 lat później Urugwajczycy wzięli udział w Mundialu po raz drugi i...po raz drugi zostali mistrzami świata! W "finale" (grano w 4-zespołowej grupie i remis nic im nie dawał) pokonali 2:1 faworyzowany zespół gospodarzy - Brazylię. Była to jedna z największych sensacji w historii Mundialu i piłki nożnej jako takiej. Canarinhos szli w mistrzostwach jak burza, ale sensacyjnie "potknęli się" na Urugwaju (mecz nazwano Maracanazo - w "bardzo" wolnym tłumaczeniu to Zrozpaczona Maracanã). Ostatnio Błękitni osiągnęli świetne 4 miejsce na Mundialu 2010 i zwyciężyli na argentyńskim gruncie ostatnią edycję Copa América (2011 rok). Na wspomnianych Mistrzostwach Świata rozkręcali się z meczu na mecz i w strefie medalowej (spotkania z Holandią i Niemcami - oba przegrane po 2:3) stworzyli wspaniałe widowisko. Zapewne formę życia miał wtedy Diego Forlán, który otrzymał za cały turniej Złotą Piłkę (najlepszy zawodnik imprezy). Ponadto z 5 golami został współ-królem strzelców. Ważniejsze osiągnięcia urugwajskiej reprezentacji: Mundial (mistrzostwo świata x2, czwarte miejsce x3, faza pucharowa x4), Turniej Olimpijski (mistrzostwo olimpijskie x2), Copa América (zwycięstwo x15 - rekord, podium x15) oraz Igrzyska Panamerykańskie (mistrzostwo i 3 miejsce). Ponadto dwa razy brali udział w Pucharze Konfederacji, jednak bez miejsc na podium. Sukcesy urugwajskich klubów w Copa Libertadores (tamtejsza Liga Mistrzów): 8 zwycięstw oraz 8 udziałów w ścisłym finale. Wybitni piłkarze (przykłady): Diego Forlán, Edinson Cavani, Fernando Muslera, Álvaro Recoba czy Ladislao Mazurkiewicz (piłkarz z polskimi korzeniami, który uchodzi za najlepszego bramkarza w historii urugwajskiej piłki). Z Biało-czerwonymi rozegrali 3 towarzyskie mecze: 2:2, 0:1 oraz 3:1 (ostatni w 2012 roku na wyjeździe).
Pod koniec parę słów uzupełniająco-podsumowujących. Zacznę od...usprawiedliwienia się. Niewątpliwie parę reprezentacji tu brakuje. Mam tu na myśli w zasadzie takowe 3: Katalonię, Surinam i Cypr. Czemu nie zostały uwzględnione? Na sam początek Wyspa Afrodyty. Wahałem się nieco między nią, np. Bośnią i Hercegowiną (mogły być oba zespoły, ale ograniczałem się do 10 reprezentacji). No cóż, niewątpliwie kraj ten poczynił ogromne postępy, do których przyczynili się także Polacy (kiedyś z tamtejszymi klubami pracował Jerzy Engel czy Jacek Gmoch). Zwłaszcza ich piłka klubowa (wiem, że aspekt najważniejszy to piłka reprezentacyjna - odniosę się do tej problematyki później) stała się szanowana w Europie. Za Cyprem przemawiała też jego populacja (niewiele ponad 1 mln mieszkańców), jednak to za mało. Ich reprezentanci to tzw. "gracze swojego podwórka". Potrafili rozgrywać świetne mecze, ale przeważnie na swoich obiektach. Nieodzowny wydaje się tu być wpływ tamtejszego "specyficznego" klimatu - po prostu jest tam "parnik"! Cypr także oprócz pojedynczych meczy nic "nie ugrał". No i...jest też powód pozasportowy. Nie przepadam za tamtejszą szowinistyczną publiką. Ja wiem, że ostro bywa na Bałkanach, Rosji i w krajach latynoskich (może te przekłady to zwykłe stereotypy?), ale Cypryjscy kibice przegięli - i to sporo! Zwłaszcza historia rywalizacji parę lat temu ich klubu (APOEL Nikozja) z Wisłą Kraków w eliminacjach klubowej Ligi Mistrzów. Nawet nie mówię o zajściach w rewanżu na Cyprze (przemoc fizyczna, wyzwiska), tylko o ich przyjeździe do Polski. "Krew zalewa" jak się słyszy, że odwiedzili obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau i ostentacyjnie pokazywali "haniebne gesty". Termin "idioci" jest w tym przypadku jednym z najłagodniejszych. Tak więc mają "karę" i w dzisiejszym rankingu ich nie ma. Sprawa Surinamu, a zwłaszcza Katalonii jest bardziej złożona. Jeśli chodzi o Surinam to niemal wszystkie aspekty spełniają: ok. 0,5 mln obywateli, niecałe 170 tys. km² powierzchni i genialni piłkarze. Jednakże ich reprezentacja jest słaba i bez spektakularnych sukcesów. Piłkarze też są kwestią sporną, bo...grają dla Holandii. To dziwić nie powinno, gdy prześledzi się historię tego południowoamerykańskiego "kraiku". Przez wiele lat byli uzależnieni (jako kolonia) od Holendrów i stosunkowo niedawno osiągnęli swą niepodległość. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż ich piłkarstwo (raczej poziom surinamskich zawodników) jest zasługą szkoły holenderskiej. A o jakich graczach mówimy? Nietuzinkowych i bynajmniej nie przesadzam! Mam tu na myśli piłkarzy: Clarence Seedorf, Edgar Davids czy Patrick Kluivert (dwaj pierwsi urodzili się w Surinamie). Tak więc państwo to wydaje na świat "piłkarskie brylanty", które jednak stają się diamentami dopiero po "holenderskiej obróbce". Katalonia to jeszcze inny przypadek. Przyznaję się do dylematu, który uzmysłowiłem sobie dopiero po analizie baskijskiego futbolu - „Kraj Basków czy Katalonia?”. W zasadzie oba te regiony nie powinny być brane pod uwagę. Wszakże to części zależne (obie w granicach Hiszpanii) i bez zgody Hiszpanii nie zostaną członkami UEFA oraz FIFA. To jest o tyle istotne, gdyż skutkuje to niemożnością uczestnictwa ich reprezentacji w eliminacjach ważnych zawodów (np. EURO), co jedynie rozgrywać nieoficjalne mecze towarzyskie. Hiszpania w najbliższym czasie raczej się nie ugnie i będzie status quo. Dobrym przykładem jest tu Gibraltar. Od niedawna są w "uefowskiej rodzinie" i graja mecze w eliminacjach EURO 2016, a zapewne w najbliższej przyszłości przyłączy ich również FIFA. Jednak Hiszpania usilnie sprzeciwiała się ich przyłączeniu w szeregi UEFA (kiedyś to terytorium należało do państwa hiszpańskiego), ale istotniejsza była tu przychylność Wielkiej Brytanii - ów półwysep jest brytyjską dependencją (postkolonią). Tak więc, postanowiłem zrobić jeden wyjątek dla Kraju Basków. Jedynie oni zostali uwzględnieni w rankingu i patrzyłem na nich jak na utalentowaną piłkarską nację, a nie stricte reprezentację. Katalonii tutaj nie uświadczycie, pomimo wartościowych wyników jej reprezentacji (tabela poniżej) i zacnym składzie osobowym (wielu znanych piłkarzy FC Barcelony). Po pierwsze tylko jeden wyjątek, aby mimo wszystko bazować na "pełnoprawnych" reprezentacjach i wystawić laurkę dla ogółu tego typu drużyn. Kraj Basków został wyjątkowo wyróżniony (wymieniony "z imienia"), bo nie jest tak znany jak Katalończycy oraz są od nich mniejsi (chociażby mają ponad dwa razy mniej mieszkańców, ponadto Katalonia jest względnie "duża" - do liczby ludności jako takiej też się jeszcze odniosę). Ponadto, bardzo cenię u Basków daleko idącą futbolową niezależność, przejawiającą się w ideologii prowadzenia ich najważniejszego klubu - Athletic Bilbao. Przypomnę, że chodzi o opieranie zespołu na graczach baskijskich (mieszkających w regionie bądź mających korzenie baskijskie). Jakby nie było, jednak w Katalonii rozumuje się bardziej liberalnie i to od wielu lat. Przecież Lionel Messi jest Argentyńczykiem, a ponadto wcale nie rzadką sprawą jest zatrudnianie graczy ukształtowanych na zewnątrz (chociaż w centrum jest oczywiście tamtejsza La Masia). A tak na koniec - bezpośredni bilans potyczek baskijsko-katalońskich jest na korzyść Basków (tabela poniżej).
Parę zdań objaśnienia wymaga też kwestia zawartych w artykule danych. Mam tu na myśli liczbę ludności i wielkość powierzchni. Bazuję tu na oficjalnych i możliwie aktualnych danych oraz zaokrąglam wielkość populacji do 0,1 mln. Powierzchnia raczej jest niezmienna, chociaż czasem jest problem z krajami posiadającymi terytoria zależne. Tak jak mówię, ludność opieram na teraźniejszości i to może w pewnym sensie zamazywać obraz siły piłkarstwa takiego zespołu jak np. Urugwaj. Przeto apogeum ich sukcesów sięga okresu przedwojennego. Wtedy stosunek ludności między państwami zapewne znacznie odbiegał od dzisiejszego. Akurat Urugwaj był nieznacznie mniej ludny niż obecnie, za to ich sąsiedzi jak mniemam sporo przez lata "urośli". Płynnie przeszliśmy do aspektu - że tak to ujmę - historycznego. Mówiąc prościej, chodzi mi o to jak patrzeć na sukcesy danych państw - poprzez aktualną ich dyspozycję czy może całościową sumę ich osiągnięć, nagromadzonych przez lata. Jak wiecie wybrałem wariant mieszany. To chyba najsprawiedliwsze rozwiązanie. Szacunek należy się Urugwajowi za 2-krotne mistrzostwo świata i 2-krotne mistrzostwo olimpijskie (1950 rok i wcześniej), ale też np. takiej Chorwacji, która z przyczyn historyczno-politycznych nie mogła być niepodległa do 1992 roku i mieć swej "prawdziwej" reprezentacji. Przyznam tu, iż dajmy na to 100 lat temu, o sukcesy było łatwiej. Wszakże piłka nożna nie była aż tak powszechna oraz popularna, a grono państw grających "na serio" w ten sport było stosunkowo nieliczne. Dlatego też w obecnym świecie, gdzie futbol jest sportem nr 1 na świecie, jakość piłkarstwa w maleńkiej Islandii czy Słowenii budzi wprost niebywały podziw. Teraz krótko o wymiarze klubowym. Brałem pod uwagę, co zbytnio dziwić nie winno, również osiągnięcia klubów piłkarskich. To jednak był tylko dodatek i kluczowa była postawa najważniejszej drużyny danego kraju - jej reprezentacji. Co jeszcze? Acha...co do zasady uzwzględniłem kraje, których populacja wynosiła ok. 5 mln i mniej. Powierzchnia była na drugim planie, ale pierwszeństwo miała liczba mieszkańców. Naszła mnie taka refleksja odnośnie ludności państw świata oraz . Wyszło mi, że 10 mln ludzi jest wystarczające (także "uboższa" liczba, czego wybitnym dowodem jest dzisiejszy post), aby osiągać naprawdę ogromne sukcesy w futbolu. Jak już wiecie ludność to tylko jeden z licznych powodów, ale na pewno ma bardzo istotne znaczenie. Wspomniane ok. 10 mln mieszkańców mają takie państwa jak np. Portugalia, Szwecja, czy Czechy (w tabeli poniżej znajdują się wybrane państwa świata z liczbą ich mieszkańców).
Na sam koniec zostawiłem sobie najsmakowitszy kąsek. Pewnie niektórzy z was mnie już nieco znają i domyślają się, że napiszę teraz o naszych - Biało-czerwonych. Jako niepoprawny "nacjonalista" (piszę w cudzysłowie, gdyż aktualne znaczenie tego słowa ma niestety wydźwięk negatywny - "patriotą" nie śmiem się nazywać). Po prostu rzucę teraz taką oto tezę: „Polska ma ogromny potencjał, aby być bardzo silną reprezentacją piłkarską!”. Zaraz to udowodnię. Po pierwsze: historyczne sukcesy. Przecież zdobywaliśmy w przeszłości medale wielkich turniejów: dwa razy 3 miejsce na Mundialach, a na Igrzyskach Olimpijskich zagraliśmy trzy razy w wielkim finale (raz w nim zwyciężając). W "klubowej" też były "kołacze". Kiedyś Górnik Zabrze zagrał w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, Legia Warszawa była w półfinale Pucharu Europy, takim samym osiągnięcie może się również pochwalić Widzew Łódź i jeszcze sukces Legii Warszawa w Lidze Mistrzów (ćwierćfinał w sezonie 1995/96). Czyli można. Po drugie: gabaryty. Mali nie jesteśmy, zwłaszcza patrząc na kontynent europejski. Jest nas ok 38,5 mln (niestety "kurczymy się", ale to jest 9 miejsce w Europie!) i nasz kraj ma prawie 313 tys. km² (bez Kazachstanu to 10 miejsce w Europie!). Tak więc, statystycznie potencjalnych talentów mamy więcej, niż chociażby Portugalia i trochę mniej niż taka Hiszpania. Po trzecie: infrastruktura. Co jak co, ale stadiony to my mamy. Ten swoisty spadek po EURO 2012 pozwala nam czuć dumę, kończy kompleksy polskich piłkarzy o "pastwiskach" i będzie nam służył przez najbliższe lata (także sprowadzając "wielką piłkę nad Wisłę" - np. tegoroczny finał klubowej Ligi Europy). Po czwarte: klimat. To nie żart. Wszakże uprzywilejowane są tu "gorące kraje" (np. Brazylia, Hiszpania czy Włochy), gdyż mogą grać cały rok oraz ich piłkarze szybciej dojrzewają (genetyka :D). "Zimne kraje" też mają swoje walory, a zwłaszcza jeden - hartowanie ciała :) Zresztą, taka Islandia jest "mała" i "zimna", a kopać futbolówkę potrafi! Akurat w tym kraju są pomysłowi ludzie, gdyż...wybudowali hale sportowe i mogą grać także w okresie zimowym (piłka ręczna stoi w Islandii na wysokim poziomie). A my? U nas ani za ciepło, ani za zimno - czyli tu problemu nie ma. Klimat zresztą się ociepla, a w granicznych sytuacjach kluby mogą przecież trenować na podgrzewanej murawie. Wreszcie po piąte: lokalizacja. Jesteśmy w środku Europy i sąsiadujemy z jedną z najsilniejszych piłkarskich nacji - Niemcami. Dla klubów zza naszej zachodniej granicy polski rynek jest naturalnym dla pozyskiwania graczy. Siłą rzeczy jakość niemieckiej piłki wpływa na naszą jakość. Ponadto nie daleko nam do Włoch, Francji, a nawet Anglii czy Hiszpanii. Jeśli się nie mylę, mamy też ułatwienia w podróżowaniu i podejmowaniu tam pracy (spoko, to nie rządowa propaganda sukcesu :D). Nawet jak danego polskiego piłkarza nie wyłowią przedstawiciele zagranicznych klubów, to może on spróbować szczęścia "na własną rękę" i ubiegać się o przyłączenie do znanych szkółek piłkarskich (np. Wojtek Szczęsny, z tego co wiem to taki pomysł miał ze swoimi rodzicami na jego karierę piłkarską). Nie mamy jednak (jak na razie) własnego systemu i szkolenia młodzieży z prawdziwego zdarzenia. To niestety kuleje, a z kompleksowymi rozwiązaniami u nas (historycznie patrząc) przeważnie nie było najlepiej. Nie smućmy się jednak, wszystko jest w naszych rękach. Czas zakasać rękawy i do roboty! :)
Tyle dobrego na dzisiaj. Miałem sporą frajdę z dzisiejszego posta, mam nadzieję że Wy również. Ostatnio widzę, że regularnie zaglądacie na mój blog - to niezmiernie mnie raduje i daje "kopa" do dalszej działalności. Oby mi nie "uderzyła sodówka do łepetynki" :D Cieszy mnie również ostatni plebiscyt na najlepszego polskiego sportowca. Zwłaszcza jego wyniki i z dumą muszę stwierdzić, iż moje prognozy w dużym procencie okazały się trafne. Nie doceniłem tylko Mariusza Wlazłego i przeceniłem Agnieszkę Radwańską...a raczej uznania/e ze strony kibiców. Wytypowałem dobrze 9 spośród 10 czołowych nazwisk oraz 4 nazwiska wśród najlepszej piątki. Ponadto idealnie podałem miejsca tych sportowców: Kamil Stoch (1 miejsce), Justyna Kowalczyk (4 miejsce) i Rafał Majka (7 miejsce). W pozostałych przypadkach z reguły myliłem się "plus minus" jedną lub dwie rankingowe lokaty. Kończę z wychwalaniem swej skromnej osoby :D Miłego dnia i do zobaczenia. Czołem! :-)

niedziela, 4 stycznia 2015

(Temat 24) Piłkarze na tle najlepszych polskich sportowców

Dzień dobry. Witam po świątecznej przerwie. Dzisiejszym postem rozpoczynam 2015 rok. Łezka w oku się kręci, gdy wspomni się o minionych 12 miesiącach - jakże udanych dla naszych sportowców, a wśród nich również piłkarzy (co nie jest sprawą częstą niestety). Nie będę jednak podejmował wyzwania streszczenia tego okresu. Postanowiłem zająć się tym razem tematem nieco abstrakcyjnym, a mianowicie upodobaniami. Właśnie tak. Zresztą upodobaniami jakże cennymi, gdyż dotyczącymi głównych weryfikatorów dokonań zawodowych sportowców - kibiców. Dlatego wypadałoby sprostować tytuł, który zapewne jest nadużyciem w moim wydaniu i może wprowadzać wasz tok rozumowania na nieodpowiednie tory. Użyte w nim słowo "najlepszych" traktujcie w dużym cudzysłowie. Tak naprawdę nasza "pogadanka" obijać się będzie o materię popularności (czyt. "najpopularniejszych") rodzimych sportowców. Jak wiadomo, nie zawsze wielkość sympatii fanów jest współmierna do wyczynów swych pupili. Nie byłby to blog o zabarwieniu piłkarskim, gdyby priorytetem rozważań nie był w głównej mierze futbol. Nasza analiza opierać się będzie o materiał niezwykle rzetelnie ukazujący ranking "kibicowskiej miłości" - Plebiscycie Przeglądu Sportowego (na najlepszego polskiego sportowca roku). Zapraszam was do przeanalizowania danych zamieszczonych w tabeli, która znajduje się poniżej tego akapitu. Macie tam ukazane wszystkie edycje tego corocznego konkursu, z uwzględnieniem wyników piłkarzy. Miłej frajdy z czytania.
Kolej na moją subiektywną interpretację zawartości tabeli i analizy szerszej - charakterystyka popularności danych sportowców, zwłaszcza z uwzględniając piłkarzy. Powyższa tabela ukazuje wszystkie konkursy na najlepszego polskiego sportowca organizowane przez czasopismo sportowe Przegląd Sportowy. Organizowano go co roku, z wyjątkiem okresu pomiędzy 1939 a 1947 rokiem (czas działań zbrojnych na terytorium Polski i "leczenia ran" po wojnie). Jest to najsłynniejszy i najstarszy (na świecie tylko w Szwecji jest starszy - o rok) tego typu plebiscyt w Polsce. Bardzo miarodajny jest jego wynik, gdyż o swych preferencjach dają wyraz sami fani, poprzez oddawanie przez siebie głosów. Tak jak już mówiłem wcześniej, w moim mniemaniu niezwykle mylne jest określenie: "na NAJLEPSZEGO polskiego sportowca". Po prawdzie to konkurs popularności konkretnych sportowców, którzy de facto nie muszą mieć najwybitniejszych rezultatów (aspekt sportowy jest jednak istotny, gdyż najpierw znawcy wybierają określoną grupę sportowców, na których dopiero w dalszym etapie głosują kibice). Teraz pokrótce opiszę wam tabelę. Składa się ona z 5 kolumn. W pierwszej od lewej, zatytułowanej "Edycja", macie kolejno (patrząc od góry) numerację rzymską wszystkich konkursów (w sumie 79 edycji + plebiscyt za 2014 rok). Obok, (kolumna "Rok") jak łatwo jest się domyślić ulokowana jest data danego konkursu. W kolumnie "Nazwisko" umieszczono nazwisko najlepszego piłkarza w zestawieniu. W tym przypadku brana jest pod uwagę pierwsza dziesiątka konkursu i jeśli nie ma w niej żadnego reprezentanta piłki nożnej to macie umieszczoną w tabeli charakterystyczną poziomą kreseczkę ("-"). Co do zasady wyróżniony jest tylko najlepszy piłkarz, jednak gdy jest więcej piłkarzy w pierwszej piątce to też są oni wymienieni (ich nazwiska są napisane mniejszym drukiem i oddzielone linią przerywaną). W kolumnie obok ("Miejsce") napisany jest rezultat piłkarza. Miejsca poza czołową piątką, ale znajdujące się w czołowej dziesiątce są oznaczone "10". W ostatniej kolumnie tak jak jej nazwa wskazuje macie podaną łączną ilość piłkarzy, którzy znaleźli zaszczytne miejsce w najlepszej dziesiątce konkursu. Jeszcze o kolorystyce. Barwa ciemnoniebieska oznacza miejsce danego gracza na podium plebiscytu (miejsca 1-3), zaś barwa jasnoniebieska wskazuje rezultat w pobliżu popularnego "pudła" (miejsca 4-5). Tyle informacji technicznych o tabeli.
Jak właściwie wygladają "akcje" piłkarzy w sercach kibiców polskiego sportu? Mizernie. Nie dość powiedzieć, że w 79 wydaniach plebiscytu tylko 2 razy wygrał piłkarz! Ba, jedynie 4 razy piłkarzowi udało się znaleźć na podium! Słabiutko. Aż 41 razy zdarzyło się, że piłka nożna nie miała żadnego przedstawiciela w czołowej dziesiątce (tj. 51,9 % wszystkich edycji). W sumie tylko 56 razy pojawiło się nazwisko piłkarza we wszystkich edycjach konkursu. Mam swego rodzaju dysonans, gdy rozmyślam nad tymi faktami. Czy "nie gryzie" się to z powszechnym przyzwoleniem, że futbol jest polskim sportem narodowym? Czy to przypadkiem określenie nie na wyrost? Wszakże, mieliśmy wybitne pokolenia uzdolnionych graczy, z dwoma medalami Mistrzostw Świata i trzema krążkami olimpijskimi. Skąd więc ta skromna ilość kibicowskich laurów sympatii. Jedyna diagnoza, która przychodzi mi na myśl, jest w rzeczywistości banalnie prosta - piłka nożna nie jest w polskiej hierarchii aż tak wysoko jak się uważa. Choć twierdzę przy tym, że ta problematyka jest niezwykle złożona i w dalszej części mego dzisiejszego wywodu choć trochę spróbuję ją przeanalizować. Na początku jednak prześledźmy "poczynania" polskich piłkarzy w "plebiscytowej rywalizacji". Już w pierwszej edycji w 1926 roku mamy ogromy sukces piłki nożnej. Triumfatorem został bowiem Wacław Kuchar. Ówczesny gracz Pogoni Lwów (Lwów wtedy jeszcze był w granicach Polski). Aczkolwiek pan Kuchar był wielce uzdolniony i oprócz futbolu uprawiał wiele innych dyscyplin z wielkimi sukcesami (np. łyżwiarstwo szybkie czy konkurencje lekkoatletyczne - 110 m przez płotki, 800 m, trójskok, skok wzwyż czy dziesięciobój). Przed wojną w zasadzie jeszcze tylko Ernest Wilimowski osiągnął godny napisania rezultat (4 miejsce w 1934 roku). W pozostałych konkursach piłkarzom udawało się osiągać miejsca w "10-tce", jednak daleko im było do najpopularniejszych/najlepszych sportowców w kraju.
Po wojnie wcale nie było jakoś lepiej. Tak naprawdę to dopiero od końca lat 60-tych nastąpił progres. W latach 70-tych i 80-tych zaś był okres, w którym rodzimy futbol był niesłychanie doceniany. To dziwić nie powinno, przecież nasza Reprezentacja i klubu osiągały wówczas wybitne rezultaty na arenie europejskiej i światowej. W 1973 roku Kazimierz Deyna zajął dobre 5 miejsce w plebiscycie, jednak osiągnięty przez niego wynik był aż dwukrotnie mniejszy niż analogiczny wynik zwycięskiego kolarza. Rok później, piłka nożna osiagnęła najlepszy rezultat w swych plebiscytowych startach, do którego już nigdy nawet się nie zbliżyła. W najlepszej piątce znalazło się aż 3 przedstawicieli "kopanej". Znów najlepszy z nich był Deyna, a za nim uplasowali się: Grzegorz Lato (4 miejsce) i Robert Gadocha (5 miejsce). Tak ogromny impuls sympatii kibiców wynikał z ogromnego sukcesu kadry Orłów Górskiego na Mundialu 1974 w RFN (3 miejsce). Deynę wyprzedziła jedynie Irena Szewińska, która tak naprawdę wygrała bardzo zdecydowanie (rezultat Deyny to tylko 54,4 % wyniku Szewińskiej). W 1976 roku Kazimierz Deyna znowu znalazł się w dziesiątce i znowu był najbardziej docenionym piłkarzem (5 raz w historii - rekord). W następnym roku Grzegorzowi Lacie udało się zająć 5 miejsce, przegrywając pięcioboistą nowoczesnym, lekkoatletami i bokserem. Następne 3 lata to brak jakiegokolwiek piłkarza nawet w najlepszej dziesiątce. W roku wprowadzenia stanu wojennego (1981) duże uznanie ze strony kibiców otrzymał Włodzimierz Smolarek (ojciec Ebiego). Piłkarz znany ze swej zawziętości na murawie i "serca do gry" (to zawsze się podoba kibicom) miał bardzo jesień i dobrze zachował się w pamięci publiki. Stzrzelił dla Reprezentacji Polski aż 4 gole i zwłaszcza 2 bramki przeciwko NRD (zwycięstwo 3:2 na wyjeździe) walnie przyczyniły się do awansu Biało-czerwonych na Mundial 1982 w Hiszpanii. Zajął w plebiscycie 4 miejsce i znalazł się w nietypowym towarzystwie: z pięcioboistą nowoczesnym, "motorowodniakiem", szermierzem i łuczniczką. Plebiscyt z 1982 roku jest historycznym. Po raz drugi w historii wygrał piłkarz w osobie Zbigniewa Bońka. Na popularnego Zibiego spłynął wtedy potok zachwytu fanów za jego postawę na Mistrzostwach Świata. Pod jego wodzą nasza Reprezentacja osiągnęła genialne 3 miejsce. Przewaga Bońka nad drugim miejsce w konkursie nie była znaczna (8,3 %) - bywało mniej, aczkolwiek należy ją traktować jako tę z tych mniejszych. Obok Bońka uznanie w oczach kibiców znaleźli Grzegorz Lato i Andrzej Buncol, którzy również uplasowali się w zaszczytnej "10-tce". W pozostałych konkursach z lat 80-tych piłkarze sporadycznie lokowali się w gronie najlepszych (najpopularniejszych) sportowców, ale pierwsza piątka była dla nich tylko marzeniem. Następna dekada tylko pokazuje ogromny kryzys polskiej piłki, zwłaszcza tej reprezentacyjnej. Tylko w dwóch edycjach futboliśći zostali docenienie przez kibiców. W 1992 roku doskonałe 4 miejsce zajął Andrzej Juskowiak, a niepokorny Wojtek Kowalczyk uplasował się na 9 miejscu. Sukces obu panów należy kojarzyć z 2 miejscem kadry olimpijskiej w Turnieju Olimpijskim 1992 (Juskowiak został królem strzelców). Cztery lata później mamy pewną anomalię. Reprezentacja grała słabo, ale jeden piłkarz znalazł się w najlepszej "10-tce" - Marek Citko. To był jego czas. Strzelił gole przeciwko Brazylii i Anglii. Wraz z Widzewem Łódź natomiast grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów (2 gole, w tym efektowny lob w meczu z Atlético Madryt).
Doszliśmy do XXI wieku. W 2001 roku awans po 16 latach Reprezentacji Polskiej na Mundial spowodował, iż Emmanuel Olisadebe i Jerzy Dudek znaleźli się w czołowej piątce (kolejno 4 i 5 miejsce). W 2007 roku znowu ogromny wyczyn piłkarza w plebiscytowym zestawieniu. Ebiemu Smolarkowi przypadło świetne 2 miejsce (najlepszy okazał się Adam Orzeł z Wisły Małysz). Nie ma co, wtedy "młody" Smolarek miał szczyt formy i przepięknie grał dla Biało-czerwonych (w dużej mierze dzięki niemu po raz pierwszy awansowaliśmy do turnieju finałowego EURO). Nagrodę za zajęte miejsce Ebi nie mógł odebrać osobiście, więc w jego imieniu zrobił to jego ojciec - Włodzimierz. No i wreszcie ostatnie trzy edycje to 3 sukcesy Roberta Lewandowskiego, z czego w 2013 roku uplasował się na 5 miejscu. Jeśli i w tegorocznym konkursie uplasuje się w najlepszej dziesiątej i okaże się przy tym najlepszym piłkarzem to przejdzie do historii (żaden piłkarz nie dokonał tego w 4 kolejnych edycjach!). Gdy już jesteśmy w plebiscycie 2014 roku (niebawem zostanie opublikowana najlepsza dziesiątka sportowców), to raczej nie spodziewam się wielkiego sukcesu piłki nożnej. No chyba, że za sukces uznamy sam udział w finałowej "10-tce". Jubileuszowy 80 konkurs zapewne padnie łupem przedstawiciela sportów zimowych (medale naszych sportowców na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi) lub kolarstwa. Mocna też będzie siatkówka (męska Reprezentacja wygrała Mistrzostwa Świata) czy młociarze. Myślę, że miejsce piłkarza blisko pierwszej piątki trzeba uznać w tej sytuacji za ogromny wyczyn.
A teraz refleksja. Co by nie mówić, piłkarze w plebiscycie nie zajmują najwyższych lokat. No tak, od lat 90-tych nasza piłka zdecydowanie "obniżyła loty". Na pewno ten aspekt ma swoje znaczenie. Wydaje się jednak, że problem jest znacznie bardziej złożony. Widać pewną tendecję dotyczącą "okresach olimpijskich". Mowa o latach rozgrywania Igrzysk Olimpijskich - głownie chodzi o turnieje letnie, a od czasów sukcesów Adama Orła z Wisły Małysza, również zimowe. W tym czasie takie sporty jak piłka nożna wyraźnie tracą. Inna kwestia to - że tak powiem - "syndrom sportów drużynowych". Jakoś tak się składa, iż przedstawiciele sportów indywidualnych dominują w rankingach popularności. Kibic widzi konkretny bój konkretnego sportowca. Może się w z nim utożsamiać. Sytuacja jest klarowna. Sukces drużyn zaś niejako się rozkłada na wszystkich jego "współtwórców". Każdy gracz jest takim trybikiem w wielkiej maszynie, którym jest cały zespół. Stąd też mimo, że Polacy kochają siatkówkę (zwłaszcza w ostatnich latach), to pomimo tego żaden siatkarz nigdy nie wygrał plebiscytu. Jest też aspekt pseudosportowy. Chodzi mi o animozje między klubami. Nie da się ukryć, że pomiedzy fanami klubów piłkarskich istnieją 3 typy emocji: przyjaźń, wrogość (niestety) i rzadziej obojętność. Nie pora teraz na rzetelną analizę czemu tak w zasadzie jest. Istotne jest to, że kibice z określonych terytorium Polski po prostu nie zagłosują na piłkarza, który reprezentuje barwy klubu przez nich "nielubianego". Dobrym przykładem jest tu chociażby Kazimierz Deyna, którego nawet kiedyś podczas meczu Reprezentacji Polski kibice z rejonu Śląska po prostu wygwizdano - tylko dlatego, że był wówczas graczem Legii Warszawa. Myślę, że ów problem także dzisiaj ma swoje przełożenie na rozkład głosów. No i wreszcie...przeciwnicy. Piłkarze często zostawali pokonywani w "rywalizacji popularności" z godnymi rywalami. Nie mieli większych szans, aby równać się z niezwykle lubianymi Adamem Małyszem, Justyną Kowalczyk a wcześniej Ireną Szewińską czy Stanisławą Walasiewicz. Należy tu pamiętać o polskiej specyfice. Przedstawiciele pewnych sportów po prostu byli w polskim społeczeństwie niezwykle doceniani. Mam na myśli tu głównie lekkoatletykę, która chyba najczęście wygrywała konkurs Przeglądu Sportowego. Innym przykładem, dla mnie nieco niezrozumiałym, jest popularność kolarstwa. Kolarze względnie często wygrywali i patrząc na niego przez pryzmat peletonu kolarskiego to w jakimś względzie ma on znamiona sportu drużynowego - to tym bardziej pokazuje popularność tej dziedziny sportu w kraju nad Wisłą. W tym roku kolarstwo szosowe miało wspaniały rok i ewentualny sukces Michała Kwiatkowskiego czy Rafała Majki, mnie by nie zdziwił (Michała niezwykle lubię i kibicuje mu laurów w tegorocznej edycji).
Gdy już omawiamy plebiscyt w sensie largo (tj. z perspektywy innej niż piłkarskiej), to można zauważyć wzrost popularności sportów walki w latach 90-tych. Wcześniej jednak też doceniano tego typu sportowców: bokserów (zwłaszcza w latach 40-tych po zakończeniu II wojny światowej...) i szermierki. Co jeszcze? Można też spróbować rzucić tezę, że w historii plebiscytowych zmagań mieliśmy do czynienia z paroma "rodzynkami" - sportowcami, których dyscypliny pozornie wydawały się mało popularne. Mam na myśli głownie Janusza Pyciak-Peciaka (wygrał w 1977 i 1981 roku). Pan Janusz to wybitny pięcioboista nowoczesny. Wspomniany sport pomimo swej widowiskowości, jednak polskim sportem narodowym ciężko nazwać. Oczywiście mistrzostwo olimpijskie i wielokrotne świata wpłynęło na podziw ze strony kibiców. Mam też nieodparte wrażenie, że jedna z konkurencji pięcioboju tłumaczył sukces tego sportu. Chodzi mi o skoki przez przeszkody "z pomocą konia" - zwierzę te, ma w naszym kraju niezwykłą estymę (poza tym ta konkurencja jest elegancka i dostojna, co dla wielu ludzi jest ogromnym "plusem"). Innym "rodzynkiem" była Otylia Jędrzejczyk. Słynna pływaczka 3 lata pod rząd wygrywała plebiscyt, mimo że jej dyscyplina raczej nie elektryzuje jakoś wybitnie polskiej publiki (choć tu mogę się mylić). Oprócz sukcesów czysto sportowych, pani Otylia jest lubiana także za swój charakter czy działalność charytatywną. Myślę, że wystarczy tej dygresji, bo odbiegam od tematu przewodniego.
Pozwoliłem sobie stworzyć własną dziesiątkę najlepszych polskich sportowców ubiegłego już 2014 roku. To mieszanka prognoz z moimi czysto subiektywnymi preferencjami. Jestem niemal przekonany, że tegoroczny "konkurs popularności" wygra Kamil Stoch. Również z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzę, iż za jego plecami znajdzie się ta oto trójka sportowców: Michał Kwiatkowski, Zbigniew Bródka i Justyna Kowalczyk (być może nie w tej kolejności). Bardzo możliwe, że jednak na podium znajdzie się pani Justyna. Mistrzostwo olimpijskie, złamana kość i jakby nie było zwycięstwa w ostatnich 5 edycjach (więc obdarzana jest przez naszych kibiców ogromną sympatią)! Jednakże ostatnie informacje z jej życia osobistego (które de facto sama ujawniła), a także jej mniejsze sukcesy sportowe, słaby grudzień ubiegłego już roku oraz wybitne 12 miesięcy w historii polskiego sportu - przełoży się na jej nieco gorszy wynik w obecnym plebiscycie. Wspomniana czwórka w mojej opinii zdecydowanie jest przed innymi. Być może zawyżyłem trochę miejsce naszej wspaniałej młociarki, Anity Włodarczyk. Przyznałem jej 5 lokatę. Uważam, że jej się to po prostu należy. Jest obecnie bodajże jedyną przedstawicielką lekkoatletyki z Polski, która ma rekord świata w swej konkurencji! Myślę, że Rafał Majka na pewno znajdzie się w pierwszej dziesiątce (dałem mu 7 miejsce, ale pewnie będzie wyżej). W końcu wygrał 2 etapy Tour de France i cały wyścig Tour de Pologne. Myślę, że w korespondencyjnej rywalizacji z Michałem Kwiatkowskim nie dojdzie do sytuacji, że będą się nawzajem "osłabiać" (chodzi mi, że kibic będzie często głosował na obu kolarzy, a nie będzie dokonywał pomiędzy nimi wyboru - mam tu na myśli głównie fanów kolarstwa). Myślę, że Agnieszka Radwańska również znajdzie się wśród najpopularniejszych ludzi polskiego sportu, pomimo widocznie słabszego roku. Proszę sobie wyobrazić, że po raz kolejny została wybrana najbardziej lubianą tenisistką na świecie przez kibiców (międzynarodowych). Uwzględniłem też żużlowca Krzysztofa Kasprzaka. Bardzo możliwe, że będzie niżej w rankingu, jednak brałem pod uwagę ogromną popularność żużla w naszym kraju.
Na dziś chyba wystarczy. Mam nadzieję, że miło się czytało. Wyniki plebiscytu już bardzo blisko (gdzieś w styczniu) i wtedy przekonamy się czy kibice wyróżnią dobrym miejscem piłkarza oraz o skuteczności moich przewidywań odnośnie rozkładu pierwszej dziesiątki. Miejmy nadzieję, że 2015 rok okaże się wspaniałym okresem dla polskiego sportu. Gorąco kibicuję chociażby naszej Reprezentacji piłkarskiej i jej awansowi na turniej finały EURO 2016 we Francji. Najlepiej z pierwszego miejsca w grupie kwalifikacyjnej - marzyć wolno :))) A tak w ogóle, aby obecny rok był przynajmniej bardzo dobry - nie tylko sportowo rzecz ujmując. Narazie. Czołem! :-)