Translate

piątek, 23 stycznia 2015

(Temat 25) Mały...nie znaczy słaby!

To znowu ja - notoryczny piłkarski natręt :D Postanowiłem tym razem zająć się sprawą hierarchii drużyn reprezentacyjnych. Spokojnie, nie będę tu opisywał najsilniejszych zespołów na świecie, gdyż...to nudne. Wszakże, byłaby to w dużej mierze kalka notowań Rankingu FIFA i przegląd sukcesów danych ekip w najważniejszych turniejach (czyt. Mistrzostwa Świata i mistrzostwa kontynentalne - np. EURO). I jak łatwo jest się domyślić, obowiązkowo artykuł dotyczył by Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Anglii, Brazylii, Argentyny, Francji... No ile można w kółko wałkować o nacjach-hegemonach w globalnym futbolu? To może mierzić, tym bardziej że to dość nieliczne grono. Co prawda, takowe rozważania mają też "smaczek" - w postaci szukania odpowiedzi na pytanie: „Jakim sposobem (sposobami) te kraje osiągają futbolowe szczyty?” - jednak dziś tego swoistego "wyścigu potęg" o to, kto posiada "najcięższy worek" medali i tytułów, po prostu nie będzie! Poza tym wszystkim to trochę bolesne, gdyż pomimo paru niewątpliwych sukcesów Biało-czerwonych, naszej Reprezentacji nie ma jednak w światowej czołówce. No dobrze, teraz o tym co dzisiaj. I tak bez przeciągania - pogadamy o krajach/nacjach, które niewątpliwie potrafią (kolokwialnie mówiąc) grać w piłkę nożną, jednak istotne jest to, iż nie są one zbyt liczebne bądź ich obszar funkcjonowania jest niewielki. Miłego czytania o małych, ale jarych! Zapraszam!
Obserwując rywalizację europejskich (i nie tylko) reprezentacji piłkarskich, czasem postawa niektórych z nich zasługuję na słowa zachwytu. Wyjątkowym podziwem można darzyć zwłaszcza te drużyny, które pomimo swych dostrzegalnych barier osiągają znakomite rezultaty. Bariery o których mowa, dotyczą ograniczonych możliwości osobowych i terytorialnych określonego państwa. Jak wiadomo nie wszyscy są Chinami oraz Rosją i przyszło im cierpieć na bardzo skromną ilość swych obywateli czy budować byt swej państwowości na niewielkim areale. Jak wiadomo: mniej ludzi=mniej talentów piłkarskich, zaś mniejsze terytorium=...mniejsza populacja. Nie da się ukryć, że aspekt ten poważnie wpływa na osiągnięcie potencjalnego sukcesu. Jak okazuje się jednak, nie jest to przy tym (na całe szczęście) kwestia decydująca - czego niepodważalnym dowodem są kraje podane w dalszej części tego postu. Może uda się pochylić nad zagadnieniem dotyczącym tego, jak udało się "małym" osiągnąć wysoki poziom swego piłkarstwa. Teraz pora na kilka zdań ogólnych i "technicznych". Zdecydowałem się przyjąć formę rankingu dla tego tematu. Pierwotna idea była taka, aby raczej ograniczyć się tylko do wymienienia i krótkiego opisania tych "państewek", bez przydzielania jakichkolwiek miejsc (no może wyróżnić najlepszą trójkę). A dlaczego właśnie ranking? Bo to efektowne :))) Od razu zaznaczam - być może to przejaw mojej samoobrony - aby bardzo lekko i umownie podchodzić do zaproponowanej przeze mnie klasyfikacji. Przecież to tylko mój czysto subiektywny obraz hierarchii "małych" reprezentacji. To sprawa z tych uznaniowych. Poniżej przedstawione zostanie nieco informacji o 10 takich drużynach (od 10 do 1 lokaty). Zwłaszcza podkreślam pierwszą trójkę, no może piątkę - pozostałe wymienione drużyny jednak nieco odstają poziomem (względnie mówiąc) od nich. W głównej mierze bazuję na aktualnej sytuacji, czyli teraźniejszość i latach nieodległych. Aspekt historyczny jednak też jest uwzględniany. Co jeszcze? Acha...pewnie kilka drużyn jest uwzględnionych w rankingu na wyrost czy pominięto te, które bardziej zasługują tu na uwagę. No cóż...ograniczam się tylko do dziesiątki, ale bardzo możliwe, że jeszcze odniosę się krótko do paru innych zespołów reprezentujących kraje o "skromnych gabarytach". Tak więc...zaczynamy!
Miejsce 10
Bośnia i Hercegowina
Ludność (mln): 3,9 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 51
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 29
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 13
Zaczynamy od Bałkanów. Państwo powstało po rozpadzie Jugosławii i od razu musiało zmagać się z cierpieniem wojny (tzw. "konflikt bałkański" - zakończony w 1995 roku). Bośnia i Hercegowina to kraj wielonarodowy i wielokulturowy, słaby politycznie i gospodarczo. Pomimo tego potrafili stworzyć całkiem niezłą reprezentację piłkarską. Przez lata ich wyniki nie były "powalające na kolana", jednak wszystko znacząco zmieniło się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Przełomowe były eliminacje Mundialu 2010. W grupie eliminacyjnej zajęli 2 miejsce (za Hiszpanią, a przed Turcją) i zagrali w dwumeczu barażowym o wyjazd do RPA. W nim nieznacznie przegrali z Portugalią ( dwukrotnie po 1:0). Później na stanowisko jej trenera został obrany Safet Sušić i był to bodajże najlepszy okres w historii tego kraju ze stolicą w Sarajewie. Następne eliminacje (o udział w EURO 2012) były niejako kalką poprzednich - znowu 2 miejsce i porażka w barażach z Portugalczykami (0:0 i 2:6). W grupie musieli uznać wyższość tylko Francji, a zadecydował o 1 miejscu mecz pomiędzy tymi zespołami na Stade de France (potrzebowali zwycięstwa). Padł wynik 1:1 - Trójkolorowych uratował "karniak" w ostatnim kwadransie meczu. Wreszcie eliminacje do brazylijskiego Mundialu okazały się ich ogromnym sukcesem. Drużyna Złotych Lilii wygrała swoją grupę (przed Grecją) i pojechała na turniej finałowy. Tam pokonali pokonali tylko Iran (przegrane z Argentyną i Nigerią) i wrócili do domu przed fazą pucharową mistrzostw. Niewątpliwie dobrą postawę Bośni i Hercegowiny na arenie międzynarodowej można tłumaczyć świetną generacją tamtejszych piłkarzy. Zwłaszcza ważne są tu dwa nazwiska graczy ofensywnych: Edin Džeko i Vedad Ibišević. Gracze, znani przede wszystkim z występów w lidze niemieckiej, łącznie dla swej kadry zdobyli aż 62 bramki! Inni istotni zawodnicy to np. Zvjezdan Misimović (już nie gra), Emir Spahić czy Sead Kolašinac. Warto dodać, że państwo to korzysta dużymi garściami z zagranicznych systemów szkolenia (zwłaszcza kierunek niemiecki), gdyż poziom ligi bośniackiej jest marny.
Miejsce 9
Kostaryka
Ludność (mln): 4,6 (2011 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 51
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 16
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 15
Zamieniamy Europę na Amerykę Łacińską. Przyznam, że nieco na siłę umieszczam ten kraj w zestawieniu, ale przynajmniej w ten sposób ranking nabierze charakteru globalnego. Kostaryka, bo o niej mowa, niewątpliwie swoją bojową postawą na ostatnich Mistrzostwach Świata zdobyła spory szacunek ze strony kibiców futbolu na całym świecie. A że nie jest to kraj "okazały", to podziw dla ich wyczynu tylko wzrasta. Etymologia nazwy państwa jest niezwykle miła. Mianowicie, można ją tłumaczyć z języka hiszpańskiego na polszczyznę jako Bogate Wybrzeże - jak na razie piłkarsko nie jest przesadnie "bogata", aczkolwiek przyszłość może być dla nich łaskawa :) Do rzeczy jednak. Nie będę tu opisywał ich drogi pełnej glorii i wiktorii podczas brazylijskiego turnieju, bo to "nieekonomiczne" (już to zrobiłem we wcześniejszych postach). Ale tak w skrócie: zwycięstwa z Włochami, Urugwajem i Grecją (po karnych) oraz remisy z Anglią i Holandią (z Oranje polegli dopiero w ćwierćfinale po serii rzutów karnych!)...to znakomite osiągnięcia! Do tego tylko 2 puszczone bramki, poprzedzone "harówką" piłkarzy na murawie. Ostatnio regularnie występują w Mundialach i można ich uznać za trzecią siłę eliminacji (za USA i Meksykiem - kolejność umowna). Pierwszy ich udział w tej imprezie miał miejsce w 1990 roku - wyszli wtedy z grupy. Cztery lata temu pozostali co prawda w domu, ale przegrany baraż z Urugwajem infamii im nie przynosi (0:1 i 1:1). Za najwybitniejszych graczy ich kadry można uznać Rolando Fonsecę i Paulo Wanchopa (strzelili kolejno 47 i 45 goli dla reprezentacji - najwięcej w historii!). Niestety, w drużynie ich już dawno nie ma. Obecnie dużą jakość prezentuje chociażby Joel Campbell czy Celso Borges. Zwłaszcza obiecujący jest pierwszy z nich - młody (niespełna 23 lata) i jest graczem uznanego klubu (Arsenal Londyn). Kostaryka to zespół, który potrafił w przeszłości "postawić się" uznanym markom. Warto przypomnieć przy tym parę ich wyników z Mistrzostw Świata (nie licząc ostatnich): ze Szwecją 2:1, z Turcją 1:1, z Brazylią 2:5, z Niemcami 2:4 i z Polską 1:2.
Miejsce 8
Słowenia
Ludność (mln): 2,1 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 20
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 46
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 15
Powracamy do Europy i Bałkanów, gdyż teraz trochę o piłkarskich możliwościach niewielkiej Słowenii. Ten kraj również uzyskał niepodległość w wyniku "rozczłonkowania" Jugosławii. W porównaniu do gabarytów Bośni i Hercegowiny, Słowenia jest nawet bardziej filigranowa (populacja niemal dwukrotnie mniejsza). Sporym "smaczkiem" jest fakt, że kraj w dużej części leży w górach i dominuje tam moda na sporty zimowe - więc futbol ma "pod górkę". Słoweńcy to charakterny naród. Na mnie robią niebywałe wrażenie, niemal "wyciskując" 100% swych możliwości. Nie dość, że "biją" nas niemiłosiernie w koszykówce, to również godnie rywalizują w piłce ręcznej czy mówiąc szeroko - w sportach zimowych. W piłce nożnej nawet nas upokorzyli. Przegraliśmy z nimi na wyjeździe w Lublanie aż 0:3 w ramach eliminacji Mundialu 2010 (w pierwszym meczu padł remis 1:1) i to Słowenia wybrała się do Afryki. Po drodze (w barażu) "papa" powiedzieli "ogromnej" Rosji (1:2 i 1:0 - awans dzięki golowi strzelonemu na wyjeździe). Na samej imprezie zbyt słodko nie było (4 punkty w 3 meczach), ale niemal awansowali do dalszej fazy turnieju. Nie myślcie, że impreza sprzed prawie 5 lat to jakiś "rodzynek" w historii ich piłkarstwa. Nic z tych rzeczy! Pojechali jeszcze na EURO 2000 i Mundial 2002, a dodatkowo w eliminacjach EURO 2004 odpadli dopiero na etapie baraży (1:1 i 0:1 z mocną Chorwacją). Na EURO 2000 zagrali niezwykle emocjonujące spotkanie z podtekstem, przeciwko Reprezentacji Jugosławii. Mecz zakończył się wysokim remisem 3:3 mimo, że Słowenia prowadziła 3:0 i grała z przewagą jednego zawodnika na boisku! Świetnie zagrał wtedy Zlatko Zahovič, strzelając 2 bramki (zdobył w reprezentacyjnym trykocie 35 goli - rekord). Nieco później oba zespoły również rywalizowały ze sobą o punkty (w obu meczach było 1:1). Słoweńska piłka klubowa też nie ma się czego wstydzić. NK Maribor dwukrotnie reprezentował swój kraj w fazie grupowej Ligi Mistrzów (ostatni raz w sezonie 2014/15). Przypomnijmy, że my czekamy na taki zaszczyt od...sezonu 1996/97! Trudno nie pokochać tego małego aczkolwiek dumnego kraju, zwłaszcza że w ich angielskiej nazwie pojawia się...miłość (Slovenia).
Miejsce 7
Norwegia
Ludność (mln): 5,1 (2013 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 385
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 67
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 2
Ach ta Norwegia! Skojarzenia aż same przychodzą na myśl: Skandynawia, fiordy, dorsz, przyjaźni ludzie, dobrobyt, ropa naftowa, wikingowie, chłód, biegi narciarskie i wreszcie Marit Bjørgen. Być może nie wszyscy zdają sobie nawet sprawę, iż do niedawna również futbol był wizytówka tego kraju. Wszystko dzięki "gejzer-generacji" z lat 90-tych. Wtedy to Norwegia stała się liczącą ekipą na europejskim i światowym "podwórku". To była wręcz rewolucja. Jeszcze eliminacje EURO 1992 nie zakończyły się dla nich specjalnym sukcesem (nie awansowali do turnieju, chociaż pokazali się z dobrej strony), ale następne do Mundialu 1994 to była ich bajka! Trafili do jednej grupy z Anglią, Holandią, Polską, Turcją i San Marino i...byli najlepsi! Tylko z Turcją przegrali (1:2, wyjazd) w ostatnim spotkaniu, ale grali wtedy o przysłowiową "pietruszkę". W turnieju finałowym już było znacznie słabiej (4, ostatnie miejsce w grupie), aczkolwiek dali sobie trafić tylko jedną bramkę. Zresztą, obrona była ich najsilniejszą bronią - "skała w tyłach". Na następny Mundial również pojechali (1998 rok, 1 miejsce w grupie eliminacyjnej) i awansowali do strefy pucharowej. Odpadli w 1/8 po przegranej 0:1 z Włochami (wcześniej pokonali Brazylię 2:1!). W EURO zagrali tylko raz (2000 rok), gdzie w 3 meczach trafili i puścili po 1 bramce. Regres w norweskim futbolu rozpoczął się od eliminacji Mundialu 2002. Rywalizowali wtedy m.in. z Polską (2:3 i 0:3) i z 10 spotkań wygrali tylko 2-krotnie. W latach 30-tych też dochowali się przyzwoitej drużyny. Na Turnieju Olimpijskim 1936 zajęli 3 miejsce (m.in. ograli nas 3:2), a dwa lata później pojechali na Mundial do Francji (odpadli po porażce 1:2 z Włochami, którzy zostali wtedy powtórnie najlepszą reprezentacją na świecie). Ich piłka klubowa też odnosiła paręnaście lat temu znaczące wyniki. Rosenborg Trondheim potrafił zagrać w fazie grupowej Ligi Mistrzów w 8 edycjach...z rzędu! Myślę, że sukces norweskiej piłki łączy się z odkryciem w tym państwie dużych złóż ropy naftowej w latach 80-tych. Kraj w krótkim czasie stał się niezwykle zamożny i zaczęto inwestować w futbol. Do tego stworzono efektywny system szkolenia, który można stawiać za wzór. Inspiracją była tu piłka angielska (gra prosta, twarda i oparta na wytrzymałości graczy) + duży nacisk na obronę. Zresztą wielu Norwegów grało w lidze angielskiej i tam "dojrzewali". Dla Norwegii grali tak znakomici piłkarze jak: Ole Gunnar Solskjær, Tore André Flo, John Arne Riise czy obecny trener Legii Warszawa - Henning Berg. Z tym rywalem Biało-czerwoni rozegrali pierwszy oficjalny mecz po wojnie (w 1947 roku przegraliśmy w Oslo 1:3).
Miejsce 6
Islandia
Ludność (mln): 0,3 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 103
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 33
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 28
Gdzieś miedzy Europą a Ameryka Północną leży wyspa - Islandia. Do tej pory znana była głównie z wulkanów, rybnych smakołyków czy leczenia gorączki...zimnem. Od niedawna jest również podziwiana za "piłkarski cud". Chyba inaczej nie da się określić tak dobrej w ostatnim czasie postawy piłkarzy, z kraju liczącego...niecałe 350 000 mieszkańców! Chociażby Lublin ma większą populację. To jeszcze nie wszystko. Kraj ten leży w chłodnym klimacie, lubi wiać, mało jest dni słonecznych a 1/10 jego powierzchni to lód. Do tego jeszcze jako samotna wyspa, dzieli ją od innych europejskich państw znaczny dystans - można powiedzieć, że ich rynek piłkarski nie jest dla nikogo naturalnym kierunkiem pozyskiwania piłkarzy (dla ligi włoskiej są to chociażby państwa bałkańskie). Czy w takich warunkach da się stworzyć reprezentację grającą dobry futbol? Widać da się! Dopiero od lat 70-tych tak kraj bierze regularny udział w eliminacjach do najważniejszych turniejów. Oczywiście, dotychczas ewentualne awanse tego zespołu traktowano jak dobry żart. Wszystko zmieniło się bardzo od eliminacji do Mundialu 2014. Wtedy to Islandia zajęła drugie miejsce w swojej grupie (za Szwajcarią, a przed m.in. Słowenią i Norwegią) i zagrała w barażu. W nim musieli uznać wyższość Chorwacji (0:0 i 0:2). Ktoś powie: „Raz się im udało!”. No właśnie nie do końca. W obecnych eliminacjach EURO 2016 zespół ten w swej grupie zajmuje na razie drugie miejsce - po 4 meczach mają aż 12 punktów! Wygrali z Łotwą (3:0), Turcją (3:0) i Holandią (2:0, piłkarsko "rozbili" drużynę Oranje). Przegrali tylko z Czechami (1:2, wyjazd), którzy ostatnio świetnie sobie radzą. Najbardziej znany islandzki piłkarz to Eiður Guðjohnsen (m.in. FC Barcelony i AS Monaco). Ostatnio jednak ten "wiekowy" zawodnik jest poza składem. Z bardzo dobrej strony w aktualnych eliminacjach pokazuje się za to Gylfi Sigurðsson (4 gole). Występujący na co dzień w lidze angielskiej gracz, zwłaszcza dał popis swych umiejętności w meczu z Holendrami (strzelił obie bramki). Przed Islandią bardzo istotne mecze: wyjazdowe z Kazachstanem (marzec) i rewanżowe u siebie z Czechami (czerwiec). Ewentualne triumfy nad tymi rywalami, mogą wlać dużo wiary w ich serca przed decydującymi jesiennymi potyczkami. Jak na razie dużo przemawia za tym, iż Wyspiarze będę biegać w przyszłym roku po francuskich murawach.
Miejsce 5
Dania
Ludność (mln): 5,7 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 43
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 30
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 3
Dla Jugosławii eliminacje EURO 1992 skończyły się ogromnym sukcesem - pierwsze miejsce w grupie, 7 zwycięstw na 8 spotkań i świetny bilans bramkowy (24:4). Piłkarze i ich kibice mieli realne podstawy do optymizmu przed turniejem w Szwecji. Niestety, nie był on im dany. Jugosławii z hukiem odebrano możliwość występu w zawodach, a przyczyny takiego kroku miały charakter pozasportowy: armia jugosłowiański zaangażowała się w konflikt w Bośni i Hercegowinie (największy tego typu w Europie po II wojnie światowej). FIFA zaproponowała udział ekipie Danii - drużyna ta rywalizowała z Jugosławią w eliminacjach i zajęła w nich 2 miejsce). Było to niedługo przed otwarciem imprezy i piłkarze zostali ściągnięci ze swych wakacji. Chyba tylko niepoprawni optymiści mogli przewidywać, iż drużyna wyjdzie z grupy. Początek był słaby: dwa pierwsze mecze, a gracze nie potrafili strzelić bramki i mieli ledwo punkt. Jednak to co było później to już bajka! Doszli do ścisłego finału zawodów, w którym zagrali z nie byle kim - Niemcami. Ówczesnych mistrzów świata ograli 2:0 i wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Choć to brzmi niesłychanie, lecz naprawdę Dania została mistrzem Europy! W nagrodę dwa lata później pojechali do Arabii Saudyjskiej na prestiżowy Puchar Konfederacji. Tam miał miejsce kolejny ich wielki triumf. Wygrali cała imprezę, a "wisienką na torcie" było zwycięstwo w finale z Argentyną (drużynę Albicelestes pokonali 2:0). Pomiędzy oboma sukcesami, musieli przełknąć jednak gorzką pigułkę. Nie udało im się bowiem przebrnąć eliminacji Mistrzostw Świata 1994, chociaż przegrali tylko raz i mieli niewielką stratę do najlepszych (3 miejsce - punkt mniej niż Hiszpania i tyle samo punktów co Irlandia). W Mundialach zresztą radzili sobie przeciętnie. Ledwo 4-krotnie brali w nich udział (pierwszy raz w 1986 roku) i najlepszym osiągnięciem była 1/4 (1998 rok, odpadli po klęsce z Brazylią). Na EURO za to radzili sobie wybornie: łącznie 8 udziałów. Oprócz triumfu na EURO 1992, zajęli 3 miejsce na EURO 1984 i 4 miejsce na EURO 1964. Dobrym osiągnięciem była też ćwierćfinał EURO 2004. Dania uzbierała sporo medali z Turniejów Olimpijskich (ostatni taki sukces w 1960 roku). Raz została mistrzem olimpijskim (nieoficjalnym), 3 razy była wicemistrzem i raz była na trzecim miejscu w tej imprezie. Zresztą Letnie Igrzyska Olimpijskie pokazują jak usportowione nastawienie jest w tym niewielkim państwie. Łącznie 43 medale z najważniejszego kruszcu i pod tym względem wyprzedza tak "duże" kraje jak np. Brazylia, Hiszpania, Argentyna czy Turcja. Okres przed I wojną światową był dla Danii piłkarską sielanką. Uchodziła wtedy za jedną ze światowych potęg - w swym pierwszym oficjalnym meczu międzypaństwowym (1908 rok) pokonała Francję aż...17:1 (rekord). Niestety, bardzo zmarnowała swe wielkie możliwości, gdyż później bardzo regularnie omijała udział w wielkich turniejach. Dopiero po II wojnie światowej nieco zmieniono tam perspektywę. Dania pozostawała długo na peryferiach wielkiej piłki. Głównym tego powodem wydaje się być przyjętą tam ideę piłkarstwa amatorskiego (zrezygnowano z niej dopiero na początku lat 70-tych). Kiedyś ich reprezentacja zawstydziła Biało-czerwonych. W 1948 roku pokonali towarzysko Polskę aż 8:0 (największa klęska w historii). Dla Danii grali/grają tak wybitni piłkarze jak np. Michael Laudrup (m.in. FC Barcelona i Real Madryt), Jon Dahl Tomasson (m.in. AC Milan), Nicklas Bendtner, Christian Poulsen czy Mortem Olsen. Ten ostatni jest od 2000 roku trenerem zespołu (156 meczów, z czego prawie połowa to zwycięstwa) i przez to mówi się często na jego podopiecznych Gang Olsena czy Jedenastka Olsena.
Miejsce 4
Chorwacja
Ludność (mln): 4,3 (2011 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 57
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 19
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 3
Hrvatska! Hrvatska!” - aż chciało się wtórować chorwackim fanom na Mundialu 1998, kiedy ich pupile rozgrywali turniej życia. Bałkański walec zatrzymał się w półfinale, gdzie musieli uznać nieznaczną wyższość gospodarzy - Francji. Nie zrazili się jednak tym niepowodzeniem i trzy dni później pokazali swój charakter i możliwości, pokonując w meczu o 3 miejsce zespół Holandii. Bardzo wymowny był ich wykonaniu mecz ćwierćfinałowy, w którym rozgromili Reprezentację Niemiec aż 3:0. Co prawda, nasi zachodni rywale grali od 40 minuty o jednego zawodnika mniej po otrzymaniu czerwonej kartki, jednak Niemcy to...Niemcy. Sukces Chorwacji był ogromny, aczkolwiek typowano przed turniejem, iż zespół ten może "namieszać". Jest to "młoda" reprezentacja - tak naprawdę możemy mówić o ich oficjalnych meczach dopiero od 1992 roku. Przez wiele lat państwo to nie istniało na mapach Europy, gdyż było jedną z części wielonarodowej Jugosławii. Jak się okazało po jej rozpadzie - to właśnie Chorwaci byli tą nacją, która piłkarsko osiągnęła najwięcej. Wyobraźcie sobie, że wystartowali łącznie w 10 eliminacjach ważnych imprez (Mundial i EURO) i tylko 2 razy musieli pozostać "w domu" (EURO 2000 i Mundial 2010). Już ich debiut był niezwykle okazały. W eliminacjach EURO 1996 udało im się awansować i to z pierwszego miejsca w grupie! Byli przed Włochami, z którymi wygrali na ich terenie 2:1. Udowodnili, iż nie był to przypadek w meczu rewanżowym (1:1). Na samym turnieju wstydu nie przynieśli. Udało im się wyjść z grupy (rywale: Portugalia, Dania i Turcja). Odpadli dopiero w 1/4 z późniejszymi mistrzami Europy, czyli Reprezentacją Niemiec (1:2). W XXI wieku mieli jednak mniejsze osiągnięcia. Co prawda, spokojnie wchodzili do głównych turniejów, jednak w ich trakcie nieco zawodzili - raz tylko wyszli z grupy (EURO 2008 i odpadli w 1/4 po serii rzutów karnych i niezwykle emocjonującym meczu z Turcją). Teraz nieco statystyk. Od 1992 roku (debiut w przegranym 0:1 meczu z Australią) rozegrali łącznie 259 spotkania: 133 zwycięstw - 74 remisy - 52 porażki (co daje: 51,4% meczów wygranych i aż 79,9% meczów nieprzegranych!). W tabeli poniżej macie przedstawione parę danych statystycznych o meczach Reprezentacji Chorwacji. Podkreślę tylko, iż chorwackie stadiony to istne warownie. W 53 "meczach o punkty" tylko 3-krotnie przegrali! Ponadto, we wszystkich spotkaniach na własnych boiskach, aż w 53 z nich (niemal 55%) potrafili zagrać "na zero" w obronie!
Chorwacki futbol doczekał się sporego grona wybitnych zawodników i grających w wielkich klubach. Od razu na myśl przychodzi Davor Šuker. Był to (zakończył piłkarską karierę) legendarny król strzelów Mundialu 1998 i gracz m.in. takich klubów jak Real Madryt i Arsenal Londyn. Zagrał w 68 oficjalnych meczach kadry i zdobył dla niej rekordowe 45 bramek (aż 31 goli w "meczach o punkty"). Przykłady innych świetnych piłkarzy przywdziewających koszulkę w biało-czerwoną kratę: Darijo Srna, Eduardo da Silva, Mario Mandžukić, Ivica Olić, Luka Modrić, Niko Kovač, Ivan Klasnić czy Dario Šimić. W obecnych eliminacjach EURO 2016, Hrvatska prezentuje wyborną dyspozycję - po 4 rundach spotkań przewodzi w swojej grupie z 10 punktami (10:1 w bramkach). Za nią jest Italia, z którą potrafiła zremisować na wyjeździe (1:1).
Miejsce 3
Holandia
Ludność (mln): 16,9 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 42
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 5
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 1
Znajdujemy się już na podium. Holendrzy to niewątpliwie jedna z najwybitniejszych piłkarskich nacji. Nie przyznałem im 1 miejsca w tym zestawieniu, tylko z uwagi na dość dużą populację tego kraju, chociaż ma niewielką powierzchnię (to kryterium zdecydowało o miejscu w tej dziesiątce). Dla porównania: w Holandii mieszka ponad 2 razy mniej ludzi niż w Polsce, jednak jej powierzchnia jest...ok. 7,5 razy mniejsza niż naszego kraju! Holandia to "łebskie" państewko. Słynie m.in. z wiatraków i tulipanów mimo, iż to nie ona je "wymyślili". Prawie 1/5 jej terenu powstała sztucznie w wyniku...osuszenia morza! Piłka nożna również jest wizytówką Holendrów. Tak naprawdę "pomarańczowa siła" rozpoczęła się w latach 70-tych. Pierwszy poważny wyczyn ich reprezentacji to wicemistrzostwo świata zdobyte na Mundialu 1974. Cztery lata później powtórzyła swój wyczyn, zresztą znów przegrywając w finale z gospodarzami turnieju (kolejno: RFN i Argentyna). To był także piękny okres dla ich piłki klubowej, która wiodła prym na europejskim kontynencie (przez 4 sezony z rzędu wygrali Puchar Europy - "ojciec" współczesnej Ligi Mistrzów). Holandia w krótkim czasie stała się licząca, dzięki dwóm kwestiom: uzawodowieniu swego piłkarstwa w latach 50-tych oraz (przede wszystkim) stworzeniu systemu taktycznemu - tzw. futbolu totalnego. Ten innowacyjny sposób patrzenia na piłkę nożną, opierał się na płynnej wymianie pozycji między zawodnikami i można go krótko opisać: "wszyscy bronimy - wszyscy atakujemy". Pozwalało to na widowiskową grę, która również była efektywna w znakomite wyniki. Oczywiście do tego wszystkiego dochodziło perfekcyjne szkolenie młodzieży. Lata 80-te to, niestety dla nich, niemal "jałowy czas". Nie zagrali na trzech ważnych turniejach: Mundialu 1982, EURO 1984 oraz Mundialu 1986. Uratowali twarz tylko poprzez swą postawę na EURO 1988. Zbyt dużo umiaru z mojej strony - Oranje zdobyli wtedy szczyt! Na niemieckiej (czyt. RFN) imprezie sięgnęli po tytuł mistrzów Europy, a ozdobą był ich finał z ZSRR (2:0), w którym Marco van Basten strzelił jedną z najsłynniejszych bramek w historii futbolu. Lata 90-te to znów zwyżka w holenderskiej piłce (zwłaszcza klubowej, bo reprezentacja grała poniżej swych możliwości). Chyba od tego okresu rozpoczął się ogromny popyt na holenderskich trenerów i ich myśl szkoleniową. Obejmowali oni wiele słynnych europejskich klubów (i wiele reprezentacji obcych państw). Ostatnie dwa Mistrzostwa Świata to ogromne osiągnięcia holenderskich piłkarzy (aczkolwiek w ich kraju przyjęte z malutkim niedosytem) - 2 miejsce w 2010 roku i 3 miejsce w 2014 roku. Ważniejsze wyczyny Reprezentacji Holandii na wielkich imprezach: Mundial (3-krotnie wicemistrzostwo oraz 3 miejsce), EURO (jedno mistrzostwo i 4-krotnie 3 miejsce) oraz Turniej Olimpijski (3-krotnie 3 miejsce). Przykłady słynnych piłkarzy z tego kraju: Marco van Basten, Patrick Kluivert, Dennis Bergkamp, Johan Cruyff, Frank de Boer, Edwin van der Sar, Arjen Robben czy Clarence Seedorf. Obecnie drużyna Oranje prezentuje się mizernie (eliminacje EURO 2016: 2 porażki w 4 meczach i 3 miejsce w swojej grupie). Holandii zdarzają się takie "wtopy". Oprócz wspomnianych wcześniej lat 80-tych, nie potrafili przebrnąć eliminacji Mundialu 2002 a na EURO 2012 nie wyszli z grupy (3 porażki!). Być może ich słaba postawa jest wynikiem "ciężkiego" brazylijskiego Mundialu (zawodzą chociażby inni uczestnicy tej imprezy: Niemcy, Rosja czy Grecja). Jeżeli nie poprawią się w 2015 roku, to Pomarańczowi mogą oglądać francuski turniej co najwyżej w roli kibiców na trybunach.
Miejsce 2
Kraj Basków
Ludność (mln): 2,2 (2014 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 7
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: -
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: -
Nie słyszeliście o tym państwie? Nie dziwię się, wszakże takiego kraju...nie ma. Ich status prawny to wspólnota autonomiczna, należąca do Hiszpanii (w jej północnej części). Obejmuje ona 3 prowincje, a największym miastem jest Bilbao (ok. 350 tysięcy mieszkańców). Możemy też mówić o tym terytorium w szerszym ujęciu, jako krainy historycznej (w tym artykule będzie wiele o niej). Mam na myśli Baskonię, na którą składają się dodatkowo jeszcze cztery inne prowincje - jedna hiszpańska i trzy znajdujące się na terytorium Francji (łącznie nieco ponad 3 mln ludzi, zamieszkujących teren o powierzchni przekraczającej 20 tys. km²). Dużo tej geografii :D Baskowie to niezwykły lud. Po pierwsze uchodzi on za najstarszy w Europie, a swego czasu słynęli w świecie z wielorybnictwa. Potrafili polować na te ogromne ssaki nawet na dalekich wodach oblewających tereny współczesnej Kanady (to były czasy, gdy pływano miesiącami na drewnianych ożaglowanych statkach)! Przede wszystkim to ludzie dumni, potrafiący z dużą skutecznością bronić swoją kulturę i język przed asymilacją obcych oraz bardzo hołubiących idei wolności i niezależności. Kraj Basków nie należy ani do FIFA ani do UEFA. Ich reprezentacja nie może grać w wielkich turniejach, tylko co najwyżej rozgrywać mecze towarzyskie (przeważnie rozgrywa jedno spotkanie na rok, głównie w grudniu). Tak więc są w tym rankingu wyjątkiem: będą jedynym terytorium zależnym i patrzę tu głównie przez pryzmat ich nacji. A czym Baskowie sobie to na zasłużyli? Postaram się to wytłumaczyć. Zacznijmy od wartościowych (aczkolwiek towarzyskich) rezultatów ich reprezentacji. Analizując okres następujący po dyktaturze generała Franco (za jego rządów m.in. Baskowie mięli ciężko ze swoją niezależnością i ich reprezentacja nie grała wtedy co do zasady meczów), wysyłali światu wyraźny sygnał: „Z nami trzeba się liczyć!”. Od 1978 roku pokonali między innymi: Urugwaj (5:1 i 2:1), Jugosławię (3:1), Nigerię (5:1), Rosję (1:0), Bułgarię (4:0), Ghanę (3:2) i Serbię (4:0). Cenne są też remisy z ZSRR (0:0) oraz Rumunią (2:2). Przed II wojną światową pokonali między innymi Danię (11:1) i 2-krotnie minimalnie przegrali na wyjeździe z ówczesnymi wówczas wicemistrzami świata, Reprezentacją Czechosłowacji (2:3 i 1:2). Jest też polski epizod - w 1937 roku zagrali w Chorzowie z Reprezentacją Śląska (wygrali 4:3). Istotniejszą kwestią jest jednak piłka klubowa i grono wybitnych baskijskich piłkarzy. Drużyny z tego regionu 10-krotnie zdobywały mistrzostwo Hiszpanii (33-krotnie były na podium). Natomiast w Pucharze Hiszpanii aż 32-krotnie były najlepsze (prawie 30% wszystkich edycji - mimo, iż w ostatnich 30 latach wygrali...tylko raz!). Niewątpliwie najbardziej utytułowanym klubem jest tu Athletic Bilbao. Zespół ten został mistrzem kraju 8 razy (ustępuje w tej klasyfikacji tylko 3 klubom), a krajowy puchar wygrał aż 23 razy (tylko FC Barcelona ma więcej - 26). Sukces tym większym, iż bazuje on tylko na swych wychowankach, piłkarzach z regionu i tych, którzy maja baskijskie pochodzenie! To nie wszystko. Dopiero w 2008 roku po raz pierwszy w historii na ich koszulkach pojawiła się reklama (hiszpańskiej firmy petrochemicznej), a władze klubu zmusiła do tego ciężka sytuacja finansowa (w dużej mierze światowy kryzys). To się nazywa patriotyzm. Drużyna dwa razy grała w finale ważnych europejskich pucharów (w sezonie 1976/77 w Pucharze UEFA oraz w sezonie 2011/12 w Lidze Europy). W sezonie 2000/01 do finału Pucharu UEFA doszła inna drużyna z regionu - Deportivo Alavés. A teraz nieco o graczach z baskijskimi korzeniami. Pewnie się zdziwicie jak wymienię parę nazwisk! Didier Deschamps i Bixente Lizarazu - tak, to piłkarze Reprezentacji Francji, którzy wygrali Mundial 1998 i EURO 2000. Te przykłady są może mało trafne, gdyż "dojrzewali" we francuskiej szkole piłkarskiej. Inni świetni gracze: Xabi Alonso (m.in. Real Madryt, z Reprezentacją Hiszpanii mistrz świata i 2-krotny mistrz Europy), Javi Martínez, José María Bakero, Andoni Zubizarreta, Gaizka Mendieta, Fernando Llorente, Telmo Zarra (drugi strzelec w historii Primera División) czy Pichichi (od niego wzięła się nazwa dla nagrody przyznawanej królowi strzelców ligi hiszpańskiej - Trofeo Pichichi).
Miejsce 1
Urugwaj
Ludność (mln): 3,3 (2013 rok)
Powierzchnia (tys. km²): 176
Aktualne miejsce w Rankingu FIFA: 10
Najlepsze miejsce w historii Rankingu FIFA: 2
A oto zwycięzca - Urugwaj. Niech o rozmiarze tego "państewka" świadczy zestawienie go z 9-cioma krajami (Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Ekwador, Kolumbia, Paragwaj, Peru i Wenezuela), z którymi rywalizują w eliminacjach Mistrzostw Świata czy w Copa América. No cóż, Urugwaj plasuje się tu... na samym końcu. Nawet przedostatni w tej kategorii Paragwaj ma ponad 2 razy więcej obywateli! W porównaniu do największej i najludniejszej w Ameryce Południowej Brazylii, ma ok 48 razy mniejszą powierzchnię i ponad 60 razy mniej mieszkańców! To chyba niepodważalny dowód, że swymi gabarytami Urugwaj odstaje od reszty. Jednakże ich piłkarska pozycja nijak się do tego ma. Powiedzieć, że to państwo futbolowo utytułowane to tak, jak nie powiedzieć nic! Mówiąc tak z przymrużeniem oka, nie ma co się zbytnio dziwić z ich ogromnych piłkarskich umiejętności, skoro zdecydowana większość społeczeństwa Urugwaju ma włoskie pochodzenie. Także położenie geograficzne, było w tej materii było tu nad wyraz "łaskawe" - graniczą z Brazylią i Argentyną (innych sąsiadów nie mają). Mylne jest tu sądzenie, iż tak doborowe towarzystwo pełniło rolę pedagogów. Tak naprawdę trafniej jest powiedzieć, że to właśnie Urugwaj "uczył" i "krzewił" futbol na kontynencie! Proszę sobie wyobrazić, że przez wiele lat wraz z Argentyną tworzyli swoisty duopol w Ameryce Południowej (także globalnie!) i to oni sięgali po największe laury w futbolu. Tak naprawdę Brazylia zaczęła być realną siłą od końca lat 30-tych (a bardziej od lat 50-tych). Prześledziłem rywalizację Urugwaju i Argentyny do lat 40-tych i można powiedzieć, że dla obu zespołów był to okres idylli, a zwłaszcza dla naszego bohatera. Błękitni osiągali wówczas więcej niż Argentyńczycy i powygrywali najważniejsze tytuły w ówczesnej piłce reprezentacyjnej. Aby nie być gołosłownym, czas przytoczyć parę faktów. Boje urugwajsko-argentyńskie uchodzą za największe w historii piłki nożnej. Ponoć żadne inne dwa kraje tak często ze sobą nie rozgrywały spotkań - 180 meczów (wraz z nieoficjalnymi - 201!). Ich pierwszy mecz jest zarazem pierwszym tego rodzaju w Ameryce Południowej i rozegrano go w lipcu 1902 roku (Urugwaj przegrał u siebie aż 0:6). Istnieje też informacja, iż obie drużyny zagrały ze sobą rok wcześniej w maju (Urugwaj poniósł nieznaczną klęskę u siebie 2:3). Do 1940 roku (włącznie) zagrali przeciwko sobie aż 117 razy (41 zwycięstw Urugwaju, 49 zwycięstw Argentyny i 27 remisów, 28 bramek więcej strzeliła Argentyna) + 21 spotkań nieoficjalnych (7 zwycięstw Urugwaju, 6 zwycięstw Argentyny i 8 remisów, 1 bramkę więcej zdobyli Argentyńczycy). Mimo, że Albicelestes częściej okazywali się lepsi, to jednak w meczach "o punkty" to z reguły skuteczniejsi byli ich boiskowi oponenci - 16 meczów: 9 wygranych Urugwaju, 3 wygrane Argentyny i 4 remisy (więcej bramek ustrzelił Urugwaj - o 10). W tym czasie Urugwaj: został mistrzem świata (ich rywale wicemistrzem świata), wygrał 7 razy rozgrywki Copa América (ich rywale o dwa mniej) oraz zostali 2 razy mistrzami olimpijskimi (ich rywale "tylko" jedno wicemistrzostwo). W latach przedwojennych urugwajscy reprezentanci byli niewątpliwie w ścisłej światowej czołówce, a później ich pozycja już słabła (lata 40-ste i 50-te to jednak również udany okres). To właśnie w Urugwaju odbył się pierwszy Mundial (1930 rok), w którym najlepsza okazała się ich drużyna (przed Argentyną, nie przypłynęli jednak m.in. silni Włosi). 20 lat później Urugwajczycy wzięli udział w Mundialu po raz drugi i...po raz drugi zostali mistrzami świata! W "finale" (grano w 4-zespołowej grupie i remis nic im nie dawał) pokonali 2:1 faworyzowany zespół gospodarzy - Brazylię. Była to jedna z największych sensacji w historii Mundialu i piłki nożnej jako takiej. Canarinhos szli w mistrzostwach jak burza, ale sensacyjnie "potknęli się" na Urugwaju (mecz nazwano Maracanazo - w "bardzo" wolnym tłumaczeniu to Zrozpaczona Maracanã). Ostatnio Błękitni osiągnęli świetne 4 miejsce na Mundialu 2010 i zwyciężyli na argentyńskim gruncie ostatnią edycję Copa América (2011 rok). Na wspomnianych Mistrzostwach Świata rozkręcali się z meczu na mecz i w strefie medalowej (spotkania z Holandią i Niemcami - oba przegrane po 2:3) stworzyli wspaniałe widowisko. Zapewne formę życia miał wtedy Diego Forlán, który otrzymał za cały turniej Złotą Piłkę (najlepszy zawodnik imprezy). Ponadto z 5 golami został współ-królem strzelców. Ważniejsze osiągnięcia urugwajskiej reprezentacji: Mundial (mistrzostwo świata x2, czwarte miejsce x3, faza pucharowa x4), Turniej Olimpijski (mistrzostwo olimpijskie x2), Copa América (zwycięstwo x15 - rekord, podium x15) oraz Igrzyska Panamerykańskie (mistrzostwo i 3 miejsce). Ponadto dwa razy brali udział w Pucharze Konfederacji, jednak bez miejsc na podium. Sukcesy urugwajskich klubów w Copa Libertadores (tamtejsza Liga Mistrzów): 8 zwycięstw oraz 8 udziałów w ścisłym finale. Wybitni piłkarze (przykłady): Diego Forlán, Edinson Cavani, Fernando Muslera, Álvaro Recoba czy Ladislao Mazurkiewicz (piłkarz z polskimi korzeniami, który uchodzi za najlepszego bramkarza w historii urugwajskiej piłki). Z Biało-czerwonymi rozegrali 3 towarzyskie mecze: 2:2, 0:1 oraz 3:1 (ostatni w 2012 roku na wyjeździe).
Pod koniec parę słów uzupełniająco-podsumowujących. Zacznę od...usprawiedliwienia się. Niewątpliwie parę reprezentacji tu brakuje. Mam tu na myśli w zasadzie takowe 3: Katalonię, Surinam i Cypr. Czemu nie zostały uwzględnione? Na sam początek Wyspa Afrodyty. Wahałem się nieco między nią, np. Bośnią i Hercegowiną (mogły być oba zespoły, ale ograniczałem się do 10 reprezentacji). No cóż, niewątpliwie kraj ten poczynił ogromne postępy, do których przyczynili się także Polacy (kiedyś z tamtejszymi klubami pracował Jerzy Engel czy Jacek Gmoch). Zwłaszcza ich piłka klubowa (wiem, że aspekt najważniejszy to piłka reprezentacyjna - odniosę się do tej problematyki później) stała się szanowana w Europie. Za Cyprem przemawiała też jego populacja (niewiele ponad 1 mln mieszkańców), jednak to za mało. Ich reprezentanci to tzw. "gracze swojego podwórka". Potrafili rozgrywać świetne mecze, ale przeważnie na swoich obiektach. Nieodzowny wydaje się tu być wpływ tamtejszego "specyficznego" klimatu - po prostu jest tam "parnik"! Cypr także oprócz pojedynczych meczy nic "nie ugrał". No i...jest też powód pozasportowy. Nie przepadam za tamtejszą szowinistyczną publiką. Ja wiem, że ostro bywa na Bałkanach, Rosji i w krajach latynoskich (może te przekłady to zwykłe stereotypy?), ale Cypryjscy kibice przegięli - i to sporo! Zwłaszcza historia rywalizacji parę lat temu ich klubu (APOEL Nikozja) z Wisłą Kraków w eliminacjach klubowej Ligi Mistrzów. Nawet nie mówię o zajściach w rewanżu na Cyprze (przemoc fizyczna, wyzwiska), tylko o ich przyjeździe do Polski. "Krew zalewa" jak się słyszy, że odwiedzili obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau i ostentacyjnie pokazywali "haniebne gesty". Termin "idioci" jest w tym przypadku jednym z najłagodniejszych. Tak więc mają "karę" i w dzisiejszym rankingu ich nie ma. Sprawa Surinamu, a zwłaszcza Katalonii jest bardziej złożona. Jeśli chodzi o Surinam to niemal wszystkie aspekty spełniają: ok. 0,5 mln obywateli, niecałe 170 tys. km² powierzchni i genialni piłkarze. Jednakże ich reprezentacja jest słaba i bez spektakularnych sukcesów. Piłkarze też są kwestią sporną, bo...grają dla Holandii. To dziwić nie powinno, gdy prześledzi się historię tego południowoamerykańskiego "kraiku". Przez wiele lat byli uzależnieni (jako kolonia) od Holendrów i stosunkowo niedawno osiągnęli swą niepodległość. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż ich piłkarstwo (raczej poziom surinamskich zawodników) jest zasługą szkoły holenderskiej. A o jakich graczach mówimy? Nietuzinkowych i bynajmniej nie przesadzam! Mam tu na myśli piłkarzy: Clarence Seedorf, Edgar Davids czy Patrick Kluivert (dwaj pierwsi urodzili się w Surinamie). Tak więc państwo to wydaje na świat "piłkarskie brylanty", które jednak stają się diamentami dopiero po "holenderskiej obróbce". Katalonia to jeszcze inny przypadek. Przyznaję się do dylematu, który uzmysłowiłem sobie dopiero po analizie baskijskiego futbolu - „Kraj Basków czy Katalonia?”. W zasadzie oba te regiony nie powinny być brane pod uwagę. Wszakże to części zależne (obie w granicach Hiszpanii) i bez zgody Hiszpanii nie zostaną członkami UEFA oraz FIFA. To jest o tyle istotne, gdyż skutkuje to niemożnością uczestnictwa ich reprezentacji w eliminacjach ważnych zawodów (np. EURO), co jedynie rozgrywać nieoficjalne mecze towarzyskie. Hiszpania w najbliższym czasie raczej się nie ugnie i będzie status quo. Dobrym przykładem jest tu Gibraltar. Od niedawna są w "uefowskiej rodzinie" i graja mecze w eliminacjach EURO 2016, a zapewne w najbliższej przyszłości przyłączy ich również FIFA. Jednak Hiszpania usilnie sprzeciwiała się ich przyłączeniu w szeregi UEFA (kiedyś to terytorium należało do państwa hiszpańskiego), ale istotniejsza była tu przychylność Wielkiej Brytanii - ów półwysep jest brytyjską dependencją (postkolonią). Tak więc, postanowiłem zrobić jeden wyjątek dla Kraju Basków. Jedynie oni zostali uwzględnieni w rankingu i patrzyłem na nich jak na utalentowaną piłkarską nację, a nie stricte reprezentację. Katalonii tutaj nie uświadczycie, pomimo wartościowych wyników jej reprezentacji (tabela poniżej) i zacnym składzie osobowym (wielu znanych piłkarzy FC Barcelony). Po pierwsze tylko jeden wyjątek, aby mimo wszystko bazować na "pełnoprawnych" reprezentacjach i wystawić laurkę dla ogółu tego typu drużyn. Kraj Basków został wyjątkowo wyróżniony (wymieniony "z imienia"), bo nie jest tak znany jak Katalończycy oraz są od nich mniejsi (chociażby mają ponad dwa razy mniej mieszkańców, ponadto Katalonia jest względnie "duża" - do liczby ludności jako takiej też się jeszcze odniosę). Ponadto, bardzo cenię u Basków daleko idącą futbolową niezależność, przejawiającą się w ideologii prowadzenia ich najważniejszego klubu - Athletic Bilbao. Przypomnę, że chodzi o opieranie zespołu na graczach baskijskich (mieszkających w regionie bądź mających korzenie baskijskie). Jakby nie było, jednak w Katalonii rozumuje się bardziej liberalnie i to od wielu lat. Przecież Lionel Messi jest Argentyńczykiem, a ponadto wcale nie rzadką sprawą jest zatrudnianie graczy ukształtowanych na zewnątrz (chociaż w centrum jest oczywiście tamtejsza La Masia). A tak na koniec - bezpośredni bilans potyczek baskijsko-katalońskich jest na korzyść Basków (tabela poniżej).
Parę zdań objaśnienia wymaga też kwestia zawartych w artykule danych. Mam tu na myśli liczbę ludności i wielkość powierzchni. Bazuję tu na oficjalnych i możliwie aktualnych danych oraz zaokrąglam wielkość populacji do 0,1 mln. Powierzchnia raczej jest niezmienna, chociaż czasem jest problem z krajami posiadającymi terytoria zależne. Tak jak mówię, ludność opieram na teraźniejszości i to może w pewnym sensie zamazywać obraz siły piłkarstwa takiego zespołu jak np. Urugwaj. Przeto apogeum ich sukcesów sięga okresu przedwojennego. Wtedy stosunek ludności między państwami zapewne znacznie odbiegał od dzisiejszego. Akurat Urugwaj był nieznacznie mniej ludny niż obecnie, za to ich sąsiedzi jak mniemam sporo przez lata "urośli". Płynnie przeszliśmy do aspektu - że tak to ujmę - historycznego. Mówiąc prościej, chodzi mi o to jak patrzeć na sukcesy danych państw - poprzez aktualną ich dyspozycję czy może całościową sumę ich osiągnięć, nagromadzonych przez lata. Jak wiecie wybrałem wariant mieszany. To chyba najsprawiedliwsze rozwiązanie. Szacunek należy się Urugwajowi za 2-krotne mistrzostwo świata i 2-krotne mistrzostwo olimpijskie (1950 rok i wcześniej), ale też np. takiej Chorwacji, która z przyczyn historyczno-politycznych nie mogła być niepodległa do 1992 roku i mieć swej "prawdziwej" reprezentacji. Przyznam tu, iż dajmy na to 100 lat temu, o sukcesy było łatwiej. Wszakże piłka nożna nie była aż tak powszechna oraz popularna, a grono państw grających "na serio" w ten sport było stosunkowo nieliczne. Dlatego też w obecnym świecie, gdzie futbol jest sportem nr 1 na świecie, jakość piłkarstwa w maleńkiej Islandii czy Słowenii budzi wprost niebywały podziw. Teraz krótko o wymiarze klubowym. Brałem pod uwagę, co zbytnio dziwić nie winno, również osiągnięcia klubów piłkarskich. To jednak był tylko dodatek i kluczowa była postawa najważniejszej drużyny danego kraju - jej reprezentacji. Co jeszcze? Acha...co do zasady uzwzględniłem kraje, których populacja wynosiła ok. 5 mln i mniej. Powierzchnia była na drugim planie, ale pierwszeństwo miała liczba mieszkańców. Naszła mnie taka refleksja odnośnie ludności państw świata oraz . Wyszło mi, że 10 mln ludzi jest wystarczające (także "uboższa" liczba, czego wybitnym dowodem jest dzisiejszy post), aby osiągać naprawdę ogromne sukcesy w futbolu. Jak już wiecie ludność to tylko jeden z licznych powodów, ale na pewno ma bardzo istotne znaczenie. Wspomniane ok. 10 mln mieszkańców mają takie państwa jak np. Portugalia, Szwecja, czy Czechy (w tabeli poniżej znajdują się wybrane państwa świata z liczbą ich mieszkańców).
Na sam koniec zostawiłem sobie najsmakowitszy kąsek. Pewnie niektórzy z was mnie już nieco znają i domyślają się, że napiszę teraz o naszych - Biało-czerwonych. Jako niepoprawny "nacjonalista" (piszę w cudzysłowie, gdyż aktualne znaczenie tego słowa ma niestety wydźwięk negatywny - "patriotą" nie śmiem się nazywać). Po prostu rzucę teraz taką oto tezę: „Polska ma ogromny potencjał, aby być bardzo silną reprezentacją piłkarską!”. Zaraz to udowodnię. Po pierwsze: historyczne sukcesy. Przecież zdobywaliśmy w przeszłości medale wielkich turniejów: dwa razy 3 miejsce na Mundialach, a na Igrzyskach Olimpijskich zagraliśmy trzy razy w wielkim finale (raz w nim zwyciężając). W "klubowej" też były "kołacze". Kiedyś Górnik Zabrze zagrał w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, Legia Warszawa była w półfinale Pucharu Europy, takim samym osiągnięcie może się również pochwalić Widzew Łódź i jeszcze sukces Legii Warszawa w Lidze Mistrzów (ćwierćfinał w sezonie 1995/96). Czyli można. Po drugie: gabaryty. Mali nie jesteśmy, zwłaszcza patrząc na kontynent europejski. Jest nas ok 38,5 mln (niestety "kurczymy się", ale to jest 9 miejsce w Europie!) i nasz kraj ma prawie 313 tys. km² (bez Kazachstanu to 10 miejsce w Europie!). Tak więc, statystycznie potencjalnych talentów mamy więcej, niż chociażby Portugalia i trochę mniej niż taka Hiszpania. Po trzecie: infrastruktura. Co jak co, ale stadiony to my mamy. Ten swoisty spadek po EURO 2012 pozwala nam czuć dumę, kończy kompleksy polskich piłkarzy o "pastwiskach" i będzie nam służył przez najbliższe lata (także sprowadzając "wielką piłkę nad Wisłę" - np. tegoroczny finał klubowej Ligi Europy). Po czwarte: klimat. To nie żart. Wszakże uprzywilejowane są tu "gorące kraje" (np. Brazylia, Hiszpania czy Włochy), gdyż mogą grać cały rok oraz ich piłkarze szybciej dojrzewają (genetyka :D). "Zimne kraje" też mają swoje walory, a zwłaszcza jeden - hartowanie ciała :) Zresztą, taka Islandia jest "mała" i "zimna", a kopać futbolówkę potrafi! Akurat w tym kraju są pomysłowi ludzie, gdyż...wybudowali hale sportowe i mogą grać także w okresie zimowym (piłka ręczna stoi w Islandii na wysokim poziomie). A my? U nas ani za ciepło, ani za zimno - czyli tu problemu nie ma. Klimat zresztą się ociepla, a w granicznych sytuacjach kluby mogą przecież trenować na podgrzewanej murawie. Wreszcie po piąte: lokalizacja. Jesteśmy w środku Europy i sąsiadujemy z jedną z najsilniejszych piłkarskich nacji - Niemcami. Dla klubów zza naszej zachodniej granicy polski rynek jest naturalnym dla pozyskiwania graczy. Siłą rzeczy jakość niemieckiej piłki wpływa na naszą jakość. Ponadto nie daleko nam do Włoch, Francji, a nawet Anglii czy Hiszpanii. Jeśli się nie mylę, mamy też ułatwienia w podróżowaniu i podejmowaniu tam pracy (spoko, to nie rządowa propaganda sukcesu :D). Nawet jak danego polskiego piłkarza nie wyłowią przedstawiciele zagranicznych klubów, to może on spróbować szczęścia "na własną rękę" i ubiegać się o przyłączenie do znanych szkółek piłkarskich (np. Wojtek Szczęsny, z tego co wiem to taki pomysł miał ze swoimi rodzicami na jego karierę piłkarską). Nie mamy jednak (jak na razie) własnego systemu i szkolenia młodzieży z prawdziwego zdarzenia. To niestety kuleje, a z kompleksowymi rozwiązaniami u nas (historycznie patrząc) przeważnie nie było najlepiej. Nie smućmy się jednak, wszystko jest w naszych rękach. Czas zakasać rękawy i do roboty! :)
Tyle dobrego na dzisiaj. Miałem sporą frajdę z dzisiejszego posta, mam nadzieję że Wy również. Ostatnio widzę, że regularnie zaglądacie na mój blog - to niezmiernie mnie raduje i daje "kopa" do dalszej działalności. Oby mi nie "uderzyła sodówka do łepetynki" :D Cieszy mnie również ostatni plebiscyt na najlepszego polskiego sportowca. Zwłaszcza jego wyniki i z dumą muszę stwierdzić, iż moje prognozy w dużym procencie okazały się trafne. Nie doceniłem tylko Mariusza Wlazłego i przeceniłem Agnieszkę Radwańską...a raczej uznania/e ze strony kibiców. Wytypowałem dobrze 9 spośród 10 czołowych nazwisk oraz 4 nazwiska wśród najlepszej piątki. Ponadto idealnie podałem miejsca tych sportowców: Kamil Stoch (1 miejsce), Justyna Kowalczyk (4 miejsce) i Rafał Majka (7 miejsce). W pozostałych przypadkach z reguły myliłem się "plus minus" jedną lub dwie rankingowe lokaty. Kończę z wychwalaniem swej skromnej osoby :D Miłego dnia i do zobaczenia. Czołem! :-)

niedziela, 4 stycznia 2015

(Temat 24) Piłkarze na tle najlepszych polskich sportowców

Dzień dobry. Witam po świątecznej przerwie. Dzisiejszym postem rozpoczynam 2015 rok. Łezka w oku się kręci, gdy wspomni się o minionych 12 miesiącach - jakże udanych dla naszych sportowców, a wśród nich również piłkarzy (co nie jest sprawą częstą niestety). Nie będę jednak podejmował wyzwania streszczenia tego okresu. Postanowiłem zająć się tym razem tematem nieco abstrakcyjnym, a mianowicie upodobaniami. Właśnie tak. Zresztą upodobaniami jakże cennymi, gdyż dotyczącymi głównych weryfikatorów dokonań zawodowych sportowców - kibiców. Dlatego wypadałoby sprostować tytuł, który zapewne jest nadużyciem w moim wydaniu i może wprowadzać wasz tok rozumowania na nieodpowiednie tory. Użyte w nim słowo "najlepszych" traktujcie w dużym cudzysłowie. Tak naprawdę nasza "pogadanka" obijać się będzie o materię popularności (czyt. "najpopularniejszych") rodzimych sportowców. Jak wiadomo, nie zawsze wielkość sympatii fanów jest współmierna do wyczynów swych pupili. Nie byłby to blog o zabarwieniu piłkarskim, gdyby priorytetem rozważań nie był w głównej mierze futbol. Nasza analiza opierać się będzie o materiał niezwykle rzetelnie ukazujący ranking "kibicowskiej miłości" - Plebiscycie Przeglądu Sportowego (na najlepszego polskiego sportowca roku). Zapraszam was do przeanalizowania danych zamieszczonych w tabeli, która znajduje się poniżej tego akapitu. Macie tam ukazane wszystkie edycje tego corocznego konkursu, z uwzględnieniem wyników piłkarzy. Miłej frajdy z czytania.
Kolej na moją subiektywną interpretację zawartości tabeli i analizy szerszej - charakterystyka popularności danych sportowców, zwłaszcza z uwzględniając piłkarzy. Powyższa tabela ukazuje wszystkie konkursy na najlepszego polskiego sportowca organizowane przez czasopismo sportowe Przegląd Sportowy. Organizowano go co roku, z wyjątkiem okresu pomiędzy 1939 a 1947 rokiem (czas działań zbrojnych na terytorium Polski i "leczenia ran" po wojnie). Jest to najsłynniejszy i najstarszy (na świecie tylko w Szwecji jest starszy - o rok) tego typu plebiscyt w Polsce. Bardzo miarodajny jest jego wynik, gdyż o swych preferencjach dają wyraz sami fani, poprzez oddawanie przez siebie głosów. Tak jak już mówiłem wcześniej, w moim mniemaniu niezwykle mylne jest określenie: "na NAJLEPSZEGO polskiego sportowca". Po prawdzie to konkurs popularności konkretnych sportowców, którzy de facto nie muszą mieć najwybitniejszych rezultatów (aspekt sportowy jest jednak istotny, gdyż najpierw znawcy wybierają określoną grupę sportowców, na których dopiero w dalszym etapie głosują kibice). Teraz pokrótce opiszę wam tabelę. Składa się ona z 5 kolumn. W pierwszej od lewej, zatytułowanej "Edycja", macie kolejno (patrząc od góry) numerację rzymską wszystkich konkursów (w sumie 79 edycji + plebiscyt za 2014 rok). Obok, (kolumna "Rok") jak łatwo jest się domyślić ulokowana jest data danego konkursu. W kolumnie "Nazwisko" umieszczono nazwisko najlepszego piłkarza w zestawieniu. W tym przypadku brana jest pod uwagę pierwsza dziesiątka konkursu i jeśli nie ma w niej żadnego reprezentanta piłki nożnej to macie umieszczoną w tabeli charakterystyczną poziomą kreseczkę ("-"). Co do zasady wyróżniony jest tylko najlepszy piłkarz, jednak gdy jest więcej piłkarzy w pierwszej piątce to też są oni wymienieni (ich nazwiska są napisane mniejszym drukiem i oddzielone linią przerywaną). W kolumnie obok ("Miejsce") napisany jest rezultat piłkarza. Miejsca poza czołową piątką, ale znajdujące się w czołowej dziesiątce są oznaczone "10". W ostatniej kolumnie tak jak jej nazwa wskazuje macie podaną łączną ilość piłkarzy, którzy znaleźli zaszczytne miejsce w najlepszej dziesiątce konkursu. Jeszcze o kolorystyce. Barwa ciemnoniebieska oznacza miejsce danego gracza na podium plebiscytu (miejsca 1-3), zaś barwa jasnoniebieska wskazuje rezultat w pobliżu popularnego "pudła" (miejsca 4-5). Tyle informacji technicznych o tabeli.
Jak właściwie wygladają "akcje" piłkarzy w sercach kibiców polskiego sportu? Mizernie. Nie dość powiedzieć, że w 79 wydaniach plebiscytu tylko 2 razy wygrał piłkarz! Ba, jedynie 4 razy piłkarzowi udało się znaleźć na podium! Słabiutko. Aż 41 razy zdarzyło się, że piłka nożna nie miała żadnego przedstawiciela w czołowej dziesiątce (tj. 51,9 % wszystkich edycji). W sumie tylko 56 razy pojawiło się nazwisko piłkarza we wszystkich edycjach konkursu. Mam swego rodzaju dysonans, gdy rozmyślam nad tymi faktami. Czy "nie gryzie" się to z powszechnym przyzwoleniem, że futbol jest polskim sportem narodowym? Czy to przypadkiem określenie nie na wyrost? Wszakże, mieliśmy wybitne pokolenia uzdolnionych graczy, z dwoma medalami Mistrzostw Świata i trzema krążkami olimpijskimi. Skąd więc ta skromna ilość kibicowskich laurów sympatii. Jedyna diagnoza, która przychodzi mi na myśl, jest w rzeczywistości banalnie prosta - piłka nożna nie jest w polskiej hierarchii aż tak wysoko jak się uważa. Choć twierdzę przy tym, że ta problematyka jest niezwykle złożona i w dalszej części mego dzisiejszego wywodu choć trochę spróbuję ją przeanalizować. Na początku jednak prześledźmy "poczynania" polskich piłkarzy w "plebiscytowej rywalizacji". Już w pierwszej edycji w 1926 roku mamy ogromy sukces piłki nożnej. Triumfatorem został bowiem Wacław Kuchar. Ówczesny gracz Pogoni Lwów (Lwów wtedy jeszcze był w granicach Polski). Aczkolwiek pan Kuchar był wielce uzdolniony i oprócz futbolu uprawiał wiele innych dyscyplin z wielkimi sukcesami (np. łyżwiarstwo szybkie czy konkurencje lekkoatletyczne - 110 m przez płotki, 800 m, trójskok, skok wzwyż czy dziesięciobój). Przed wojną w zasadzie jeszcze tylko Ernest Wilimowski osiągnął godny napisania rezultat (4 miejsce w 1934 roku). W pozostałych konkursach piłkarzom udawało się osiągać miejsca w "10-tce", jednak daleko im było do najpopularniejszych/najlepszych sportowców w kraju.
Po wojnie wcale nie było jakoś lepiej. Tak naprawdę to dopiero od końca lat 60-tych nastąpił progres. W latach 70-tych i 80-tych zaś był okres, w którym rodzimy futbol był niesłychanie doceniany. To dziwić nie powinno, przecież nasza Reprezentacja i klubu osiągały wówczas wybitne rezultaty na arenie europejskiej i światowej. W 1973 roku Kazimierz Deyna zajął dobre 5 miejsce w plebiscycie, jednak osiągnięty przez niego wynik był aż dwukrotnie mniejszy niż analogiczny wynik zwycięskiego kolarza. Rok później, piłka nożna osiagnęła najlepszy rezultat w swych plebiscytowych startach, do którego już nigdy nawet się nie zbliżyła. W najlepszej piątce znalazło się aż 3 przedstawicieli "kopanej". Znów najlepszy z nich był Deyna, a za nim uplasowali się: Grzegorz Lato (4 miejsce) i Robert Gadocha (5 miejsce). Tak ogromny impuls sympatii kibiców wynikał z ogromnego sukcesu kadry Orłów Górskiego na Mundialu 1974 w RFN (3 miejsce). Deynę wyprzedziła jedynie Irena Szewińska, która tak naprawdę wygrała bardzo zdecydowanie (rezultat Deyny to tylko 54,4 % wyniku Szewińskiej). W 1976 roku Kazimierz Deyna znowu znalazł się w dziesiątce i znowu był najbardziej docenionym piłkarzem (5 raz w historii - rekord). W następnym roku Grzegorzowi Lacie udało się zająć 5 miejsce, przegrywając pięcioboistą nowoczesnym, lekkoatletami i bokserem. Następne 3 lata to brak jakiegokolwiek piłkarza nawet w najlepszej dziesiątce. W roku wprowadzenia stanu wojennego (1981) duże uznanie ze strony kibiców otrzymał Włodzimierz Smolarek (ojciec Ebiego). Piłkarz znany ze swej zawziętości na murawie i "serca do gry" (to zawsze się podoba kibicom) miał bardzo jesień i dobrze zachował się w pamięci publiki. Stzrzelił dla Reprezentacji Polski aż 4 gole i zwłaszcza 2 bramki przeciwko NRD (zwycięstwo 3:2 na wyjeździe) walnie przyczyniły się do awansu Biało-czerwonych na Mundial 1982 w Hiszpanii. Zajął w plebiscycie 4 miejsce i znalazł się w nietypowym towarzystwie: z pięcioboistą nowoczesnym, "motorowodniakiem", szermierzem i łuczniczką. Plebiscyt z 1982 roku jest historycznym. Po raz drugi w historii wygrał piłkarz w osobie Zbigniewa Bońka. Na popularnego Zibiego spłynął wtedy potok zachwytu fanów za jego postawę na Mistrzostwach Świata. Pod jego wodzą nasza Reprezentacja osiągnęła genialne 3 miejsce. Przewaga Bońka nad drugim miejsce w konkursie nie była znaczna (8,3 %) - bywało mniej, aczkolwiek należy ją traktować jako tę z tych mniejszych. Obok Bońka uznanie w oczach kibiców znaleźli Grzegorz Lato i Andrzej Buncol, którzy również uplasowali się w zaszczytnej "10-tce". W pozostałych konkursach z lat 80-tych piłkarze sporadycznie lokowali się w gronie najlepszych (najpopularniejszych) sportowców, ale pierwsza piątka była dla nich tylko marzeniem. Następna dekada tylko pokazuje ogromny kryzys polskiej piłki, zwłaszcza tej reprezentacyjnej. Tylko w dwóch edycjach futboliśći zostali docenienie przez kibiców. W 1992 roku doskonałe 4 miejsce zajął Andrzej Juskowiak, a niepokorny Wojtek Kowalczyk uplasował się na 9 miejscu. Sukces obu panów należy kojarzyć z 2 miejscem kadry olimpijskiej w Turnieju Olimpijskim 1992 (Juskowiak został królem strzelców). Cztery lata później mamy pewną anomalię. Reprezentacja grała słabo, ale jeden piłkarz znalazł się w najlepszej "10-tce" - Marek Citko. To był jego czas. Strzelił gole przeciwko Brazylii i Anglii. Wraz z Widzewem Łódź natomiast grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów (2 gole, w tym efektowny lob w meczu z Atlético Madryt).
Doszliśmy do XXI wieku. W 2001 roku awans po 16 latach Reprezentacji Polskiej na Mundial spowodował, iż Emmanuel Olisadebe i Jerzy Dudek znaleźli się w czołowej piątce (kolejno 4 i 5 miejsce). W 2007 roku znowu ogromny wyczyn piłkarza w plebiscytowym zestawieniu. Ebiemu Smolarkowi przypadło świetne 2 miejsce (najlepszy okazał się Adam Orzeł z Wisły Małysz). Nie ma co, wtedy "młody" Smolarek miał szczyt formy i przepięknie grał dla Biało-czerwonych (w dużej mierze dzięki niemu po raz pierwszy awansowaliśmy do turnieju finałowego EURO). Nagrodę za zajęte miejsce Ebi nie mógł odebrać osobiście, więc w jego imieniu zrobił to jego ojciec - Włodzimierz. No i wreszcie ostatnie trzy edycje to 3 sukcesy Roberta Lewandowskiego, z czego w 2013 roku uplasował się na 5 miejscu. Jeśli i w tegorocznym konkursie uplasuje się w najlepszej dziesiątej i okaże się przy tym najlepszym piłkarzem to przejdzie do historii (żaden piłkarz nie dokonał tego w 4 kolejnych edycjach!). Gdy już jesteśmy w plebiscycie 2014 roku (niebawem zostanie opublikowana najlepsza dziesiątka sportowców), to raczej nie spodziewam się wielkiego sukcesu piłki nożnej. No chyba, że za sukces uznamy sam udział w finałowej "10-tce". Jubileuszowy 80 konkurs zapewne padnie łupem przedstawiciela sportów zimowych (medale naszych sportowców na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi) lub kolarstwa. Mocna też będzie siatkówka (męska Reprezentacja wygrała Mistrzostwa Świata) czy młociarze. Myślę, że miejsce piłkarza blisko pierwszej piątki trzeba uznać w tej sytuacji za ogromny wyczyn.
A teraz refleksja. Co by nie mówić, piłkarze w plebiscycie nie zajmują najwyższych lokat. No tak, od lat 90-tych nasza piłka zdecydowanie "obniżyła loty". Na pewno ten aspekt ma swoje znaczenie. Wydaje się jednak, że problem jest znacznie bardziej złożony. Widać pewną tendecję dotyczącą "okresach olimpijskich". Mowa o latach rozgrywania Igrzysk Olimpijskich - głownie chodzi o turnieje letnie, a od czasów sukcesów Adama Orła z Wisły Małysza, również zimowe. W tym czasie takie sporty jak piłka nożna wyraźnie tracą. Inna kwestia to - że tak powiem - "syndrom sportów drużynowych". Jakoś tak się składa, iż przedstawiciele sportów indywidualnych dominują w rankingach popularności. Kibic widzi konkretny bój konkretnego sportowca. Może się w z nim utożsamiać. Sytuacja jest klarowna. Sukces drużyn zaś niejako się rozkłada na wszystkich jego "współtwórców". Każdy gracz jest takim trybikiem w wielkiej maszynie, którym jest cały zespół. Stąd też mimo, że Polacy kochają siatkówkę (zwłaszcza w ostatnich latach), to pomimo tego żaden siatkarz nigdy nie wygrał plebiscytu. Jest też aspekt pseudosportowy. Chodzi mi o animozje między klubami. Nie da się ukryć, że pomiedzy fanami klubów piłkarskich istnieją 3 typy emocji: przyjaźń, wrogość (niestety) i rzadziej obojętność. Nie pora teraz na rzetelną analizę czemu tak w zasadzie jest. Istotne jest to, że kibice z określonych terytorium Polski po prostu nie zagłosują na piłkarza, który reprezentuje barwy klubu przez nich "nielubianego". Dobrym przykładem jest tu chociażby Kazimierz Deyna, którego nawet kiedyś podczas meczu Reprezentacji Polski kibice z rejonu Śląska po prostu wygwizdano - tylko dlatego, że był wówczas graczem Legii Warszawa. Myślę, że ów problem także dzisiaj ma swoje przełożenie na rozkład głosów. No i wreszcie...przeciwnicy. Piłkarze często zostawali pokonywani w "rywalizacji popularności" z godnymi rywalami. Nie mieli większych szans, aby równać się z niezwykle lubianymi Adamem Małyszem, Justyną Kowalczyk a wcześniej Ireną Szewińską czy Stanisławą Walasiewicz. Należy tu pamiętać o polskiej specyfice. Przedstawiciele pewnych sportów po prostu byli w polskim społeczeństwie niezwykle doceniani. Mam na myśli tu głównie lekkoatletykę, która chyba najczęście wygrywała konkurs Przeglądu Sportowego. Innym przykładem, dla mnie nieco niezrozumiałym, jest popularność kolarstwa. Kolarze względnie często wygrywali i patrząc na niego przez pryzmat peletonu kolarskiego to w jakimś względzie ma on znamiona sportu drużynowego - to tym bardziej pokazuje popularność tej dziedziny sportu w kraju nad Wisłą. W tym roku kolarstwo szosowe miało wspaniały rok i ewentualny sukces Michała Kwiatkowskiego czy Rafała Majki, mnie by nie zdziwił (Michała niezwykle lubię i kibicuje mu laurów w tegorocznej edycji).
Gdy już omawiamy plebiscyt w sensie largo (tj. z perspektywy innej niż piłkarskiej), to można zauważyć wzrost popularności sportów walki w latach 90-tych. Wcześniej jednak też doceniano tego typu sportowców: bokserów (zwłaszcza w latach 40-tych po zakończeniu II wojny światowej...) i szermierki. Co jeszcze? Można też spróbować rzucić tezę, że w historii plebiscytowych zmagań mieliśmy do czynienia z paroma "rodzynkami" - sportowcami, których dyscypliny pozornie wydawały się mało popularne. Mam na myśli głownie Janusza Pyciak-Peciaka (wygrał w 1977 i 1981 roku). Pan Janusz to wybitny pięcioboista nowoczesny. Wspomniany sport pomimo swej widowiskowości, jednak polskim sportem narodowym ciężko nazwać. Oczywiście mistrzostwo olimpijskie i wielokrotne świata wpłynęło na podziw ze strony kibiców. Mam też nieodparte wrażenie, że jedna z konkurencji pięcioboju tłumaczył sukces tego sportu. Chodzi mi o skoki przez przeszkody "z pomocą konia" - zwierzę te, ma w naszym kraju niezwykłą estymę (poza tym ta konkurencja jest elegancka i dostojna, co dla wielu ludzi jest ogromnym "plusem"). Innym "rodzynkiem" była Otylia Jędrzejczyk. Słynna pływaczka 3 lata pod rząd wygrywała plebiscyt, mimo że jej dyscyplina raczej nie elektryzuje jakoś wybitnie polskiej publiki (choć tu mogę się mylić). Oprócz sukcesów czysto sportowych, pani Otylia jest lubiana także za swój charakter czy działalność charytatywną. Myślę, że wystarczy tej dygresji, bo odbiegam od tematu przewodniego.
Pozwoliłem sobie stworzyć własną dziesiątkę najlepszych polskich sportowców ubiegłego już 2014 roku. To mieszanka prognoz z moimi czysto subiektywnymi preferencjami. Jestem niemal przekonany, że tegoroczny "konkurs popularności" wygra Kamil Stoch. Również z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzę, iż za jego plecami znajdzie się ta oto trójka sportowców: Michał Kwiatkowski, Zbigniew Bródka i Justyna Kowalczyk (być może nie w tej kolejności). Bardzo możliwe, że jednak na podium znajdzie się pani Justyna. Mistrzostwo olimpijskie, złamana kość i jakby nie było zwycięstwa w ostatnich 5 edycjach (więc obdarzana jest przez naszych kibiców ogromną sympatią)! Jednakże ostatnie informacje z jej życia osobistego (które de facto sama ujawniła), a także jej mniejsze sukcesy sportowe, słaby grudzień ubiegłego już roku oraz wybitne 12 miesięcy w historii polskiego sportu - przełoży się na jej nieco gorszy wynik w obecnym plebiscycie. Wspomniana czwórka w mojej opinii zdecydowanie jest przed innymi. Być może zawyżyłem trochę miejsce naszej wspaniałej młociarki, Anity Włodarczyk. Przyznałem jej 5 lokatę. Uważam, że jej się to po prostu należy. Jest obecnie bodajże jedyną przedstawicielką lekkoatletyki z Polski, która ma rekord świata w swej konkurencji! Myślę, że Rafał Majka na pewno znajdzie się w pierwszej dziesiątce (dałem mu 7 miejsce, ale pewnie będzie wyżej). W końcu wygrał 2 etapy Tour de France i cały wyścig Tour de Pologne. Myślę, że w korespondencyjnej rywalizacji z Michałem Kwiatkowskim nie dojdzie do sytuacji, że będą się nawzajem "osłabiać" (chodzi mi, że kibic będzie często głosował na obu kolarzy, a nie będzie dokonywał pomiędzy nimi wyboru - mam tu na myśli głównie fanów kolarstwa). Myślę, że Agnieszka Radwańska również znajdzie się wśród najpopularniejszych ludzi polskiego sportu, pomimo widocznie słabszego roku. Proszę sobie wyobrazić, że po raz kolejny została wybrana najbardziej lubianą tenisistką na świecie przez kibiców (międzynarodowych). Uwzględniłem też żużlowca Krzysztofa Kasprzaka. Bardzo możliwe, że będzie niżej w rankingu, jednak brałem pod uwagę ogromną popularność żużla w naszym kraju.
Na dziś chyba wystarczy. Mam nadzieję, że miło się czytało. Wyniki plebiscytu już bardzo blisko (gdzieś w styczniu) i wtedy przekonamy się czy kibice wyróżnią dobrym miejscem piłkarza oraz o skuteczności moich przewidywań odnośnie rozkładu pierwszej dziesiątki. Miejmy nadzieję, że 2015 rok okaże się wspaniałym okresem dla polskiego sportu. Gorąco kibicuję chociażby naszej Reprezentacji piłkarskiej i jej awansowi na turniej finały EURO 2016 we Francji. Najlepiej z pierwszego miejsca w grupie kwalifikacyjnej - marzyć wolno :))) A tak w ogóle, aby obecny rok był przynajmniej bardzo dobry - nie tylko sportowo rzecz ujmując. Narazie. Czołem! :-)

czwartek, 11 grudnia 2014

(Temat 23) Królowie strzelców - "wiekowi" rekordziści

Dzień dobry. Jak wskazuje powyższy tytuł, dziś porozmawiamy o najlepszych strzelcach. Już wyjaśniam, że przedmiotem "dyskusji" nie będą Mundiale i EURO ani najsilniejsze rozgrywki klubowe o krajowe mistrzostwa (np. Niemiec, Hiszpanii czy Francji). Dziś skupimy się na rodzimej Ekstraklasie w sensie largo (jako o najwyższym poziomie ligowym w Polsce). Ideą napisania tego postu nie jest - co automatycznie może przychodzić na myśl - ukazanie rekordowych wyczynów w ilości zdobytych bramek. Nie będzie również, tak jak w jednym z poprzednich postów, zestawienia najpiękniejszych goli. Tym razem przyjrzymy się metryce czołowych strzelców, a mówiąc ściślej - ich wiekowi. Zapraszam do czytania i owocnych przemyśleń.
Otwarcie muszę przyznać, iż nasza najważniejsza liga (co by o niej nie mówić) akurat we wspomnianym wcześniej aspekcie jest wielce wdzięcznym polem badawczym. Jak skrupulatnie wyliczyłem, jej długa historia obejmuje już 80 edycji, w których "dochowaliśmy się" 91 tytułów króla strzelców - 64 piłkarzy dostąpiło zaszczytu zostania najlepszymi strzelcami w obrębie jednego sezonu. Spośród tego szerokiego grona znakomitości wybrałem dla was 10 wyjątkowych nazwisk. Będą to nietuzinkowi gracze, którzy pomimo "nieopierzonego" bądź już "emerytalnego" wieku, potrafili być niedoścignieni (czy nieprześcignieni) w bramkowej rywalizacji. Zanim przejdziemy do części właściwej dzisiejszych rozważań, to pozwolę sobie teraz na krótką (z tym może być różnie :D) dygresję. Nie da się ukryć, że tematyka dotycząca najlepszych strzelców (głównie napastników, gdyż to oni są nominalnie odpowiedzialni za zdobywanie bramek) jest z grupy tych "soczystych". Bo czy właśnie nie gole rozbudzają naszą fascynację piłką nożną? Wielu z was pewnie pamięta wyczyn Artura Boruca z meczu na EURO 2008 przeciwko Austrii (genialna dyspozycja polskiego bramkarza, czapki z głów), ale niedosyt pozostał ogromny, gdyż tylko zremisowaliśmy tamto spotkanie (oczywiście nie z winy Artura). Pewnie jeszcze mniej osób zachowało w swej pamięci (mimo zwycięstwa) postawę Grześka Bronowickiego (w obronie nie do przejścia, odbierał piłki i niemal cały mecz "rajdował" pod "16-stkę" przeciwników) w pamiętnym zwycięstwie 2:1 nad Portugalią. Za to doskonale pamiętamy chociażby gol Olisadebe przeciwko USA na Mundialu 2002 czy Milę, który wpakował piłkę do niemieckiej siatki. Czyż tak nie jest? Oczywiście, że jest i to naturalna reakcja. Wszakże "solą" futbolu nie są - z całym uznaniem - popisy bramkarzy, 100 wygranych piłek przez obrońców, genialne podania pomocników ani nawet wprawiające w zachwyt popisy techniczne. To tylko przystawki dla dania głównego, jakim są gole. To one dają zwycięstwa, awanse i to bramki zdobywane przez naszych pupili radują nas najbardziej, dają ogromny zastrzyk endorfin i sprawiają, że mamy szeroki uśmiech na twarzy (nawet, gdy gol de facto nie ma w sobie nic z piękna). Ekonomia pośrednio przyznaje mi rację, gdyż to właśnie gracze ofensywni mają w boiskowej rzeczywistości najwyższe zarobki. Wracając jednak do tematu. Poniżej zaprezentowane zostaną dwa rankingi - 5 najmłodszych i 5 najstarszych królów strzelców w historii polskiej Ekstraklasy. Z uwagi na fakt, że termin "Ekstraklasa" tak naprawdę obowiązuje oficjalnie dopiero w klubowych realiach od niecałej dekady, tak więc traktujcie ją na potrzeby tegoż artykułu bardzo umownie, dla całego okresu rozgrywek o klubowy prymat w Polsce (od 1927 roku - pierwsze rozgrywki o Mistrzostwo Polski). Teraz trochę o wybranej metodologii przy ustalaniu wieku graczy. I tak, początek okresu to dzień narodzin danego zawodnika (to raczej oczywiste :D) a koniec okresu to ostatni mecz jego drużyny w poszczególnym sezonie, niezależnie od zagrania w tym meczu czy braku uczestnictwa. O ile teraz jest wszystko prostsze - ostatnia kolejka jest rozgrywana w tym samym dniu i godzinie - to w latach dawniejszych mecze były bardziej "rozrzucone" w czasie. Istniała również opcja naliczania wieku na podstawie ostatniego gola danego gracza w sezonie bazowym, jednak na dość ograniczony materiał (będący w powszechnym użytku) zaniechałem takiej możliwości. Dodam jeszcze, że unikam przy tym wszystkim pewnej gafy, bo jak wiadomo mężczyzna to nie kobieta i w odróżnieniu od płci piękniejszej można spokojnie napisać ile ma "wiosen na karku" - a więc kamień z serca :D
5 miejsce
Artur Woźniak - 7 296 dni
(19 lat 11 miesięcy 22 dni)
Zaczynamy od "małolatów". Do "5-tki" najmłodszych załapał się Artur Woźniak. Były gracz Wisły Kraków (zmarł w 1991 roku) okazał się najlepszych "zbieraczem" bramek w sezonie 1933 (wtedy grano ligę w okresie jednego roku kalendarzowego, tzw. system wiosna-jesień). Zdobył wówczas 18 goli, a jego Wisła została 3 drużyną w kraju. Cztery lata później również otrzymał tytuł najlepszego strzelca, mimo trafieniu zaledwie 12 goli (najmniej przed wojną). Woźniakowi udało się zagrać nawet w Reprezentacji Polski (5 występów, jednak bez zdobyczy bramkowej). Niemal całą karierę zawodniczą spędził w Wiśle (strzelił dla niej przeszło 100 bramek), z którą nigdy jednak nie zdobył Mistrzostwa Polski. W późniejszych latach zajął się trenerką (m.in. Wisła Kraków, Lech Poznań i Ruch Chorzów). Działał też w naszej piłce na płaszczyźnie ogólnopolskiej. To niezwykła postać: w okresie II wojny światowej był więźniem jednego z niemieckich obozów ulokowanych na terenie dzisiejszej Austrii.
4 miejsce
Zdzisław Kapka - 7 182 dni
(19 lat 7 miesięcy 30 dni)
Ponownie Krakowianin i ponownie zawodnik Wisły. Zdzisław Kapka był najskuteczniejszym graczem w sezonie 1973/74. Trafił do bramki rywali w sumie 15-krotnie. Sezon kończono dopiero na początku sierpnia - zapewne z uwagi na udział naszej Reprezentacji w Mundialu 1974 - przez co Kapka zapewne jest na 4 a nie na 3 miejscu w naszym rankingu. Gole Kapki dały wówczas Wiśle Kraków jedynie 5 miejsce w lidze. W jej barwach zdobył łącznie ponad 90 goli. Po karierze zawodniczej został działaczem piłkarskim (m.in. był prezesem Wisły), a obecnie wyszukuje piłkarskich talentów dla swojego byłego klubu. Z Reprezentacją Polski osiągnął 3 miejsce na Mundialu 1974 (w całym turnieju zagrał ok. 15 minut - mecz z Brazylią). Ponadto z młodzieżową drużyną naszego kraju (U-18) zajął 3 miejsce na EURO 1972. Ubierał koszulkę z "Orzełkiem" paręnaście razy (w większości z nich wchodził z ławki) i udało mu się wtedy raz "wpakować" piłkę do siatki drużyny przeciwnej. Angażował się też w działalność polityczną.
3 miejsce
Andrzej Juskowiak - 7 148 dni
(19 lat 6 miesięcy 27 dni)
Teraz jesteśmy już na podium. Andrzej Juskowiak "wyprzedził" Zdzisława Kapkę jedynie o 34 dni. Pochodzący z Gostynia piłkarz, jest w gronie opisywanej "5-tki" przykładem o tyle istotnym, gdyż od jego wyczynu jak na razie młodszego króla strzelców nie było. Osiągnięcie Juskowiaka (sezon 1989/90) przypada na czas wyjątkowy w polskiej historii, kiedy to zmieniliśmy ustrój polityczny (powiedzmy :D). Juskowiak ustrzelił 18 bramek i walnie przyczynił się do zdobycia przez jego Lech Poznań Mistrzostwa Polski (wówczas 3 w historii klubu). Dwa lata później Juskowiaka w polskiej lidze już nie było - i jak się okazało - już do niej w swej zawodniczej karierze nie powrócił. Oprócz Lecha grał jeszcze m.in. w Sportingu Lizbona, Olympiakosie Pireus czy Borussii Mönchengladbach. W Reprezentacji Polski rozegrał niemal 40 spotkań i średnio w co trzecim meczu zdobywał bramkę (strzelił m.in. gola Brazylii i Francji oraz 3 gole w meczu z Mołdawią w ramach eliminacji Mundialu 1998). Był też kapitanem Biało-czerwonych. Raczej nieco zawiódł grając w jej koszulce, patrząc na jego potencjał. Wszakże, w 1992 roku wraz z kadrą olimpijską sięgnał po 2 miejsce na Turnieju Olimpijskim (został królem strzelców tamtych zawodów - 7 goli). Grał wtedy z innymi młodymi talentami takimi jak np. Jerzy Brzęczek, Wojciech Kowalczyk, Marek Koźmiński, Grzegorz Mielcarski czy Tomasz Wałdoch. Często występuje w TV, a ostatnio nawet był zatrudniony przez Lechię Gdańsk.
2 miejsce
Włodzimierz Lubański - 7 054
(19 lat 3 miesiące 25 dni)
Pora na 2 miejsce. Przypada je wybitnemu Włodzimierzowi Lubańskiemu. Urodzony w Gliwicach piłkarz jest żywą legendą Górnika Zabrze. Już od "młodych lat" pokazywał, iż jest "materiałem" na wielkiego gracza - którym niewąpliwie był. W sezonie 1965/66 został najskuteczniejszym strzelcem ligi, trafiając aż 23-krotnie. Jego Górnik zdobył wtedy mistrzostwo, gromiąc pozostałe drużyny (w przeliczeniu na "współczesną" punktację nad drugą w tabeli Wisłą Kraków miał przewagę aż 19 punktów!). Fakt, że w tamtym czasie Górnik był hegemonem ligi i łatwiej było zdobywać bramki, jednakże bez swojego wielkiego talentu nie mógłby grać w tak silnym klubie. W 3 kolejnych sezonach również został królem strzelców (prawie 100 strzelonych goli). Nikt inny nie dokonał tego 4 razy z rzędu (4 tytuły najlepszego strzelca oprócz Lubańskiego ma jeszcze tylko Kazimierz Kmiecik i Tomasz Frankowski). Występował też w Belgii i we Francji. W Reprezentacji Polski rozegrał (oficjalnie) 75 spotkań, strzelając w nich 48 bramek (rekord). W swoim debiucie (mecz z Norwegią) zdobył gola i do dzisiaj jest najmłodszym w historii strzelcem bramki dla naszej najważniejszej drużyny. Miał wtedy 16 lat 7 miesięcy i 4 dni. Z Biało-czerwonymi wygrał turniej piłkarski na Igrzyskach Olimpijskich 1972 i pojechał na Mundial 1978. Odniósłby zapewne jeszcze więcej sukcesów, gdyby nie kontuzja w meczu z Anglią (długa rehabilitacja, która nawet mogła zakończyć jego "profesjonalną" grę w piłkę nożną - nie pojechał przez nią na Mundial 1974). Uznawany jest za najlepszego polskiego napastnika wszech czasów. Po zakończeniu kariery zawodniczej pozostał w środowisku piłkarskim. Ma papiery trenerskie i kiedyś pracował z młodymi belgijskimi zawodnikami (ma dom w Belgii). Wydaje się być człowiekiem przedsiębiorczym, inteligentnym, wykształconym i z wysoką kultura osobistą. Odznaczony Orderem Odrodzenia Polski (4 klasa). Angażował się w politykę i niekiedy występuje w polskiej TV.
Miejsce 1
Ernest Wilimowski - 6 708 dni
(18 lat 4 miesiące 11 dni)
I doszliśmy do rekordzisty. Chyba ten rekord jest nie do pobicia, chociaż przed erą Messiego wydawało się, że nikt nie zdobędzie 90 oficjalnych goli w ciągu jednego roku kalendarzowego, a jednak potrafił to zrobić Argentyńczyk. Wilimowski w sezonie 1934 okazał się najlepszym strzelcem ligi, w który zdobył aż 33 bramki. To drugi wynik w historii, a więcej zdobył tylko Henryk Reyman w 1927 roku (37 bramek). Swoją skutecznością pomógł Ruchowi Hajduki Wielkie (dziś Ruch Chorzów) w zdobyciu mistrzostwa Polski. Wraz ze swoim klubem 4 razy wygrał ligę i 2 razy został królem strzelców tych rozgrywek (z powodu II wojny światowej nie dokończono sezonu 1939, w którym jego klub prowadził w tabeli a sam Wilimowski był najlepszy w klasyfikacji zdobytych bramek). Ernest urodził się w Katowicach i jako młody chłopak przeszedł do Ruchu. Z pochodzenia był Ślązakiem i polskie nazwisko ma dzięki swemu ojczymowi (jego prawdziwy ojciec zmarł i jego matka powtórnie wyszła za mąż). W Reprezentacji Polski zagrał ponad 20 meczów i niemal tyle samo zdobył bramek. Słynął swym talentem do strzelania goli, które przychodziło mu z łatwością. Wraz z kadrą Polski pojechał na Mundial 1938 do Francji. Co prawda, Polacy odpadli po pierwszym meczu, jednak pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. W spotkaniu z Brazylią padł wynik 5:6 (z dogrywką), a nasz bohater zdobył w nim 4 bramki. Wilimowski nie jest postacią nieskazitelną. Miał słabość do alkoholu (oficjalnie z tego powodu nie zabrano go na Turniej Olimpijski 1936 (Polska zajęła w nim 4 miejsce), ale przede wszystkim dużą krytykę ma jego postawa po wybuchu wojny. W wyniku swego pochodzenia miał pewne przywileje u Niemców i chcąc uniknąć przykrych skutków wojny stał się de facto Niemcem. Ponoć był apolityczny, jednak trafniej opisać go przymiotnikami: bierny i bojaźliwy. Grał w czasie wojny w reprezentacji naszych zachodnich okupantów i jego osoba była przez nich wykorzystywana do manipulacji opinii publicznej (jest zdjęcie Wilimowskiego w mundurze niemieckim). Niemniej jednak piłkarzem był wielkim. W samym tylko Ruchu zdobył ok. 110 bramek w ok. 90 meczach. Pod względem ilości zdobytych goli jest w ogóle jednym z najskuteczniejszych piłkarzy w historii piłki. Po wojnie zamieszkał w Niemczech i grał w tamtejszych klubach. Zmarł w RFN w 1997 roku - nigdy nie odwiedził naszego kraju. Jest uznawany za jednego z najlepszych polskich zawodników, którzy kiedykolwiek kopali futbolówkę.
Miejsce 5
Marcin Robak - 11 507 dni
(31 lat 6 miesięcy 3 dni)
Teraz ranking "starszaków". Na 5 miejscu znalazł się ubiegłosezonowy zwycięzca bramkowej klasyfikacji - Marcin Robak. Popisał się wtedy 22 trafieniami, a jego Pogoń Szczecin zajęła tylko 7 miejsce w tabeli. Warto powiedzieć, że sezon zaczął w barwach Piasta Gliwice i nawet strzelił dla niej jedną bramkę. Marcin Robak należy do dość niewielkiego grona graczy, którzy zostali królami strzelców Ekstraklasy i jej "zaplecza" (w sezonie 2009/10 - jako zawodnik Widzewa Łódź strzelił wówczas 18 goli w I lidze). Wydawało się, że opuści zachodniopomorski klub i będzie grał dla Guizhou Renhe (Chiny), jednak po sporym zamieszaniu w tej sprawie jego przynależność klubowa nie zmieniła się. Robak sporadycznie przywdziewał trykot naszej Reprezentacji, dla której udało mu się zdobyć jedną bramkę.
Miejsce 4
Zenon Burzawa - 12 037 dni
(32 lata 11 miesięcy 14 dni)
Ten człowiek jest "ozdobą" całego zestawienia. Zenon Burzawa to postać, która tak naprawdę "nie powinna" (patrząc zdroworozsądkowo) zdobyć tytułu najskuteczniejszego gracza polskiej ligi. Nie dość, że miał wtedy już ponad 32 lata (przy rozpoczęciu rozgrywek!), grał w (co najwyżej) piłkarsko przeciętnej ekipie i jeszcze jego niski wzrost - ale jednak pan Zenek zrobił to i przeszedł do historii naszej piłki. Był to sezon 1993/94 i reprezentując barwy klubu TS Tygodnik Miliarder Pniewy (Sokół Pniewy) strzelił 21 goli (więcej niż łącznie wszyscy jego koledzy z drużyny). Jego zespół osiągnął jedynie 10 miejsce w tabeli, co tylko zwiększa wyczyn Burzawy. Wtedy był najleciwszym królem strzelców historii czołowej polskiej ligi (obecnie jest poza "podium" w tej kategorii). W latach późniejszych jego piłkarska jakość malała i w wyniku doznania złamania nogi zakończył zawodniczą karierę. Następnie zajął się trenerką, jednak bez większych sukcesów. Jak sam wspomina, jego najlepszy mecz jaki rozegrał to wygrane 5:0 spotkanie z Polonią Warszawa (Burzawa 4-krotnie pokonał bramkarza Czarnych Koszul). Działał politycznie (był radnym miejskim z listy partyjnej - w obecnych wyborach samorządowych nie dostał się). W Reprezentacji Polski nigdy nie zagrał.
Miejsce 3
Marek Koniarek - 12 433 dni
(34 lat 0 miesięcy 14 dni)
W sezonie 1995/96 najlepszym strzelcem rozgrywek został Marek Koniarek. Katowiczanin w barwach Widzewa Łódź ustrzelił aż 29 bramek. Co prawda, rozegrano sporo kolejek (34 rundy meczów), ale wyczyn Koniarka i tak robi ogromne wrażenie. Dlaczego? W całej historii naszej ligi, tylko 3 królów strzelców "uzbierało" więcej bramek niż on - zaś po II wojnie światowej tylko jeden. Do tego wszystkiego ówczesny Widzewiak piłkarskim "młodzieniaszkiem" nie był! Przyznacie, że 34 "wiosny na karku" to jak na napastnika bardzo dużo. Tak więc jego forma strzelecka sprzed prawie 20 lat budzi szacunek. Widzew wtedy został Mistrzem Polski, nie przegrywając ani jednego meczu ligowego! Tak ogóle, to wtedy wraz z Legią Warszawa wyraźnie górowali nad resztą ekip w naszym kraju (Widzew miał nad Wojskowymi 3 punkty przewagi, a nad trzecim Hutnikiem Kraków...aż 36 punktów!). Później Widzew zagrał w Lidze Mistrzów, ale Koniarka w łódzkiej drużynie już nie było. W swojej piłkarskiej karierze grał w Polsce, Austrii i Niemczech. Jako trener prowadził m.in. GKS Katowice, Widzew Łódź (krótko) i Górnika Polkowice. Nie miał długiego "pobytu" w kadrze Polski. Zagrał tylko w dwóch spotkaniach towarzyskich i w debiucie przeciwko Reprezentacji Irlandii zdobył bramkę (Biało-czerwoni wygrali 1:0).
Miejsce 2
Piotr Reiss - 12 758 dni
(34 lat 11 miesięcy 6 dni)
Legenda Lecha Poznań, która jest już od niedawna na zawodniczej emeryturze, została najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek w sezonie 2006/07. Strzelił 15 goli i wyprzedził w tej klasyfikacji m.in. Łukasza Piszczka, który występował wtedy w Zagłębiu Lubin (aktualnie jest obrońcą Borussii Dortmund). Miał sporo szczęścia, bo wspomniane 15 bramek rzadko wystarcza do tego typu osiągnięcia - w ostatnich 5 sezonach (z perspektywy sezonu 2006/07) trzeba było zdobyć przynajmniej 20 bramek (wyraźna "nisza" w naszej lidze, bo Reiss i tak miał pewną przewagę bramkową nad pozostałymi "rywalami"). Jego dobra postawa nie przełożyła się jednak na wybitny wynik Kolejorza w tabeli ligowej. Zespół był poza czołową trójką. Pochodzący zresztą ze stolicy Wielkopolski Reiss, oprócz gry w Lechu (4-krotnie przychodził do tego klubu) reprezentował m.in. barwy lokalnej Warty. Przez parę lat grał zza naszą zachodnią granicą. Jako Lechita wystąpił w ok. 350 meczach, w których strzelił ponad 110 bramek. W Ekstraklasie łącznie zagrał w 327 spotkaniach (39 miejsce wszech czasów) i zdobył w nich 109 goli (18 miejsce wszech czasów). W Reprezentacji Polski zagrał tylko 4-krotnie (1 gol). Reissa ukarał swego czasu Wydział Dyscypliny PZPN za grożenie arbitrowi na meczu (kara w zawieszeniu). Założył Akademię Piłkarską Reissa (dla dzieciaków od 4 roku życia) oraz Fundacja Piotra Reissa (m.in. pomaga utalentowanym dzieciakom z biednych rodzin).
Miejsce 1
Tomasz Frankowski - 13 435 dni
(36 lat 9 miesięcy 13 dni)
Sezon 2010/11 był osobistym sukcesem Tomasza Frankowskiego. Co prawda, jego zespół nie zdobył Mistrzostwa Polski (Jagielonia Białystok była wtedy 4, tracąc do 2 i 3 miejsca jeden punkt), jednakże strzelając 14 goli został najskuteczniejszym zawodnikiem tamtej edycji rozgrywek. To zresztą nie nowość dla niego - wcześniej już 3-krotnie udało mu się zostać królem strzelców naszej ligi. Wyczyn popularnego Franka jest o tyle okazały, iż dokonał go w wieku niemal 37 lat i o niemal dwa lata wyprzedził dotychczasowego rekordzistę. To nie koniec rekordów tego powszechnie lubianego i cenionego zawodnika. W swojej zawodniczej karierze (ok. 23 lat profesjonalnego kopania futbolówki), którą zakończył w 2013 roku, Frankowski strzelił w Ekstraklasie w sumie 168 bramek (3 miejsce wszech czasów) i wybiegając przy tym w 302 spotkaniach ligowych (72 miejsce wszech czasów). Zapewne sukcesy na "krajowym podwórku" byłyby jeszcze bardziej okazałe, gdyby nie jego gra dla zagranicznych klubów (ok. 9 lat). Długowieczność Franka to tylko jedna z jego rozlicznych zalet. Miał niesamowity instynkt do znajdowania się w polu karnym przeciwnika, mówiąc przysłowiowo "piłka go szukała". Był zaawansowany technicznie i zdobył wiele efektownych bramek. Przy tym wszystkim charakteryzował go niski wzrost i mała waga ciała. Grał w wielu klubach, z których tylko dwa w Polsce - Wisła Kraków (osiągnął z nią największe sukcesy: 5 tytułów Mistrza Polski, 2 tytuły Wicemistrza Polski, Puchar Polski i Superpuchar Polski oraz indywidualnie został w jej barwach 3 razy najlepszym strzelcem sezonu) oraz Jagielonia Białystok (pochodzi z Białegostoku - tu zaczynał i kończył swoją karierę piłkarską). Był piłkarskim obieżyświatem: grał we Francji, Japonii, Hiszpanii, Anglii i USA. W Reprezentacji Polski rozegrał 22 spotkania (większość po 30 roku życia) i strzelił w nich 10 bramek (z czego 8 w "meczach o punkty"). Poza tym przez jakiś czas pełnił funkcję trenera napastników naszej kadry. Prywatnie jest mężem Edyty, z którą ma trójkę dzieci (dwóch synów i córkę). Na piłkarskiej emeryturze przede wszystkim spędza czas ze swoją rodziną. Ponadto studiuje, chodzi na mecze Jagielonii oraz...robi dżemy truskawkowe :)
I to tyle. Widać tendencję (przynajmniej w naszej lidze), iż trudno przebić się do "wielkiej piłki" młodym graczom, jednakże wydłuża się za to wiek dla piłkarzy do grania na wysokim poziomie. Uprzywilejowani genetycznie w materii młodych graczy są kraje południowej Europy (np. Portugalia i Hiszpania) oraz mówiąc szerzej ludzie żyjący w ciepłym klimacie - po prostu szybciej dojrzewają (dlatego piłkarze z tych państw mają dużo sukcesów w turniejach juniorskich). W ogóle, dawniej piłkarze osiągali sukcesy w bardzo młodym wieku, a dziś mówi się że największą formę uzyskuje zawodnik w ok. 25 roku swego życia. Z kolei sukcesy "staruszków" zapewne wiążą się z postępem medycyny, rozwojem treningu czy wysokiej profesjonalizacji futbolu (np. samodyscyplina piłkarzy w kwestii diety i prowadzenie przez nich zdrowego trybu życia). I jeszcze taka uwaga podsumowująca: wiek najstarszego króla strzelców jest przeszło 2-krotnie większy od najmłodszego zwycięzcy strzeleckiej klasyfikacji! Mam nadzieję, że ten post trafił w wasze upodobania. Miłego dnia i zacznijcie robić świąteczne porządki :D Czołem! :-)

niedziela, 7 grudnia 2014

(Temat 22) Nadchodzi słoń

Miło mi znów się z wami "widzieć" moi mili. Dzisiejsze nasze rozważania dotyczyć będą wątku z peryferii najważniejszego poziomu polskiej piłki klubowej, czyli I ligi. Domyślam się, że ta tematyka może wydawać się na pierwszy rzut oka bardzo nudna, ale nie nastawiajcie się od razu "niełaskawie" do tego postu. Zwłaszcza, że będzie o pewnym ambitnym marzeniu z dużymi pieniędzmi w tle. Zapewne nie zdajecie sobie nawet sprawy o tym, że już od następnego sezonu ligowego może dojść do wydarzenia bez precedensu w Polsce. Czas na pierwsze wyjaśnienia. Moi drodzy, zajmiemy się tym razem poczynaniom piłkarskiego klubu Termalica Bruk-Bet Nieciecza.
Muszę być szczery z wami, bo w pewnym sensie ten artykuł jest "prywatą" z mojej strony :D Wszakże stadion tego klubu mieści się "rzut beretem" od miejsca mojego zamieszkania (niecałe 10 km). Może uda mi się mimo tego "brzemienia" obiektywnie skreślić parę zdań :D Teraz poważniej. Zapytacie: cóż ten klub piłkarski ma takiego w sobie, że tytułuje go niemal jak "kamień milowy" naszego piłkarstwa? Już tłumaczę. Niecieczańska drużyna nie wyróżniałaby się na tle innych ekip, gdyby nie jedna ich cecha - klub zlokalizowany jest na wsi! Ba, liczba mieszkańców tej małopolskiej wioski nie przekracza nawet 800 osób! Druga ich cecha (nie mniej istotna) to taka, że całkiem dobrze sobie poczynają na zapleczu Ekstraklasy i ku rozpaczy niektórych "grozi" im promocja do najlepszej klubowej "16-stki" w Kraju nad Wisłą. Mówiąc wprost - Termalica Bruk-Bet Nieciecza już za niedługo może rywalizować w jednej lidze z Legią Warszawa, Lechem Poznań, Wisłą Kraków, Górnikiem Zabrze... Brzmi trochę jak dowcip na Prima aprilis, ale jest to jednak prawda. Przyznacie, że koncepcja współzawodnictwa tego "rodzynka" z wielkimi i uznanymi klubowymi markami ma w sobie coś pociągające i ekscytującego. Niczym biblijny Dawid na przeciwko Goliatowi. Oczywiście przesadzam z tą metaforą, gdyż Termalica ma przysłowiową amunicję znacząco przekraczającą ów kamień w prowizorycznej procy. Nie zaniżajcie również jakości tego zespołu, patrząc przez pryzmat jego "gabarytów". Wcale nie musi być tak, że Wieśniaki będą (ewentualnie, bo przecież jeszcze nie awansowali) tylko dalekim tłem w wyścigu o mistrza kraju, choćby z uwagi na budżet klubowy, który wcale nie świeci pustkami.
Uporządkujmy nieco wątki i informacje. Na sam początek warto przeanalizować skąd wziął się sukces ekipy z Niecieczy. Nie da się ukryć, że bez odpowiedniego zaplecza finansowego nic by się nie udało zbudować. Bez pieniędzy ciężko o wymierne osiągnięcia, zwłaszcza w dobie panującego kapitalizmu. Ogromny zastrzyk gotówki i związane z tym zaplecze organizacyjne zapewnił Krzysztof Witkowski. Człowiek nieprzypadkowy dla tego regionu, bo ów biznesmen pochodzi z Niecieczy. Pan Krzysztof wielkiej fortuny dorobił się w branży budowlanej, a zwłaszcza słynie z produkcji kostki brukowej. Jego zakłady rozsiane są po całej Polsce, a w planach jest zdobycie europejskiego rynku. Warto podkreślić cenny fakt, że Bruk-Bet (bo to właśnie ta firma jest jego główną chlubą) posiada wyłącznie polski kapitał i jak sam dumnie twierdzi - jest ona największą firmą rodzinną w Polsce. Jego niewątpliwy sukces jest tym większy, gdyż osiągnął go od przysłowiowego "zera" i bez jakiegoś widocznego wsparcia ze strony tzw. "znajomości". Firma z 30-letnim przebiegiem miała szczęście do czasu rozpoczęcia swej działalności (niedługo przed zmianami ustrojowymi w Polsce w 1989 roku) i dzięki pomysłowości jego twórcy oraz niszy na rynku, doszła do statusu jakim się teraz może się śmiało szczycić. Witkowski to niewątpliwie umysł ścisły. Jako młody człowiek ukończył studia techniczne na AGH w Krakowie na kierunku technologia materiałów budowlanych (specjalizacją był beton). Później postanowił założyć własną działalność gospodarczą - oczywiście w branży budowlanej. Wszystko tak naprawdę zaczęło się od...jednej betoniarki (obecnie z uśmiechem żałuje, że sobie jej nie zostawił - taka pamiątka). Pierwsze kroki w biznesie nie były usłane różami. Zatrudniał tylko dwóch pracowników i sam też pracował fizycznie (lekko nie było, bo charakter pracy wymagał dźwigania sporych ciężarów). Wydzierżawił w tamtym czasie mały zakładzik i zaciągnął kredyt. Pieniędzy nie było. Produkował pustaki i krawężniki dla przedsiębiorstw państwowych, a potrzebny do ich wyrobu żwir pobierał z rzeki Dunajec. Teraz jego firma jest potentatem w branży. Wytwarza 8 milionów m² bruku w skali roku i daje 700 miejsc pracy (2013 rok). Skala wielkości jego gospodarczego triumfu widać chociażby po ogromnym zakładzie, jaki postawił w Tarnowie (przy drodze wojewódzkiej w kierunku Żabna). W 2008 roku założył też inną firmę - Georyt - która zajmuje się kruszywami. Jak na razie Krzysztof Witkowski nie znajduje się w czołówce najzamożniejszych ludzi w naszym kraju, ale sprawa jest rozwojowa :)
Jaki jest pan Witkowski prywatnie? Stereotypowo rzecz ujmując (bądź wzorując się na życiowym doświadczeniu) typowy milioner to: snob, rozrzutnik, zarozumialec i oryginał. No cóż, finansowy magnat znad Niecieczy raczej takowych cech nie posiada. Może ostatnia z nich ma przełożenie w jego postępowaniu, ale raczej w pozytywnym sensie. Przejawia się to w jego stosunku do lokalnego otoczenia i życia w małej miejscowości. Witkowski wspiera rodzime inicjatywy, organizuje różne lokalne przedsięwzięcia i stara się zwiększyć poziom cywilizacyjny mieszkającym tam ludziom. Wiem, że to "duże" słowa, jednak doskonale to widać w jego działalności na niwie życia kulturalnego Niecieczy. Proszę sobie wyobrazić, ze uratował tamtejszą szkołę przed likwidacją ( i kładzie na jej utrzymanie) czy wybudował ponoć najnowocześniejszą salę kinową w naszym kraju (5D). Wspomniane kino to niesłychana gratka, tak że warto coś o nim powiedzieć. Składająca się ze 120 miejsc (raczej foteli w kolorze pomarańczowym...a jakże, w końcu to barwa strojów klubu piłkarskiego :D) oferuje widzom podczas oglądania projekcji takie efekty jak np. bańki czy dym. A wybranym 16 osobom w dwóch ostatnich rzędach, to już oferowany jest top wrażeń w postaci palety zapachów czy...łaskotania nóg. Wróćmy do głównego nurtu artykułu, bo znacząco od niego odbiegłem. Tak jak mówię, Krzysztof Witkowski wspiera kulturę wyższą. Szacunek do niej odziedziczył po rodzicach (Maria i Kazimierz), tak że do dnia dzisiejszego jego mama wspiera tego typu działania i zapewne w jakimś stopniu wpływa na ochocze przyłączanie się jej syna w te jakże zacne idee. Jak sam wyjaśnia, Niecieczan jeszcze przed wojną nazywano "gazeciarzami". Wynikało to z tego faktu, że dużo czytano tam czasopism czy książek. Należy zdawać sobie przy tym sprawę, iż w strukturze tamtej społeczności znaleźć można było wielu wykształconych ludzi. Podejście do tej miejscowości jak do "wiochy" jest co najmniej nieuprawnione, a tak poza tym nieeleganckie. Słynne są w całej okolicy organizowane pod patronatem państwa Witkowskich, uroczystości z okazji Dnia Dziecka. Zjeżdża wtedy do wioski także wielu przyjezdnych i śmiało można powiedzieć, że nie jedno miasto może im zazdrościć oferowanych wtenczas atrakcji. Na scenie pojawiają się grupy taneczne i ważnym elementem są tańce ludowe wykonywane przez najmłodszych (kolejny dowód przywiązania rodziny Witkowskich do polskiej i lokalnej tradycji). Rodzinom i osobom zgromadzonym czas umila muzyka lokalnego zespołu. Do tego nikt głodny nie wychodzi: do dyspozycji są min. kiełbaski lub bardziej nowoczesny popcorn. Dzieciaki mogą brać udział w loterii z licznymi upominkami (np. rowery i telefony komórkowe) oraz bawić na przygotowanych specjalnie dla nich trampolinach czy zjeżdżalniach. Prawdziwą gratką jest przejazd zaprzężonych koni. Nie obywa się też bez stricte pożytecznej działalności, jaką niewątpliwie jest nauka udzielania pierwszej pomocy. Nad bezpieczeństwem zgromadzonych czuwają służby medyczne. Wisienką na torcie jest nocny pokaz fajerwerków. Sami przyznacie - "impry na bogato" :) Kiedyś o dobrym sercu Witkowskiego i jego żony (Danuta) przekonał się pewien ciężko chory chłopczyk z niedalekiej Dąbrowy Tarnowskiej. Wyobraźcie sobie, że na jego leczenie (urodził się bez kończyn) przeznaczono pieniądze uzyskane ze sprzedaży biletów na mecz piłkarskiej drużyny. Witkowski zdobył szacunek wśród swoich ziomków, z ust których można usłyszeć pod jego adresem zwrot: "Krzyś". Uchodzi za społecznika, osobę która lubi się dzielić, człowieka ambitnego i pomimo ogromnej fortuny całkiem "normalnego". Do tego nie obnosi się własną osobą, co widać w unikaniu przez niego spotkań z dziennikarzami (choć teraz więcej jest jego publicznych wypowiedzi, co chyba nie dziwi patrząc na dobrą postawę piłkarzy). Po prostu - filantrop nie szukający "plastikowego" uznania. Nie ma "ciągotek" do polityki, choć takowe doświadczeniu już posiada w swym CV (kiedyś objął stanowisko burmistrza gminy Żabno, do której należy m.in. Nieciecza). Teraz nieco o jego wkładzie w klub. Finansowo wspiera go już prawie od 30 lat. Ale tak "na poważnie" łoży od początku XXI wieku. Od tego czasu klub wyraźnie "chwycił wiatr w żagle" i pnie się w górę futbolowej hierarchii. Obecny wygląd obiektu też jest zasługą właściciela, która sam go de facto zbudował, dając na to potrzebne środki pieniężne. Szykuje się też ogrzewana murawa oraz sztuczne oświetlenie i zapewne sukcesywne zwiększenie jego pojemności dla widzów. Wszakże Witkowski ambitnie twierdzi, że przy ewentualnym awansie do Ekstraklasy, wcale nie zamierza się wyprowadzać z ekipą na większe stadiony (np. do Krakowa), tylko zamierza wielką piłkę sprowadzić do Niecieczy. Już teraz obiekt w Niecieczy prezentuje się przyzwoicie - ponad 2 000 miejsc, wydzielony obszar dla kamer TV czy wchodzące w ramy kompleksu stadionowego: dwa boiska treningowe (więcej o stadionie będzie w dalszej części tego artykułu). Widać, że Witkowski działa a nie czcze gada i rozwija infrastrukturę stadionową, aby spełnić wymogi ekstraklasowe postawione przez Komisję Licencyjną PZPN.
Pora bliżej przyjrzeć się samemu klubowi. Jego historia jest długa, bo liczy już sobie ponad 90 lat - założony został w 1922 roku. W swym najbliższym regionie był w pewnym sensie prekursorem futbolu, gdyż wtenczas innych tego typu zespołów po prostu nie było. Dalsze lata to rozgrywanie przez ten zespół spotkań z okolicznymi drużynami, a ich najczęstszym rywalem było nieodległe Żabno. Kiedy nastała II wojna świata w zasadzie nie grano w piłkę nożną. Natomiast jakiś czas po jej zakończeniu, klub z Niecieczy przeobrażono - co było standardem wtedy - w LZS (Ludowy Zespół Sportowy). W latach 40-stych odnieśli spektakularne zwycięstwo (2:0) w towarzyskim pojedynku z Tarnovią Tarnów, który wówczas był bardzo dobry teamem. Następną dekadę ich kibice mogą wspominać z sentymentem i rozrzewnieniem, gdyż klub intensywnie się rozwijał i stworzył stosunkowo silną grupę piłkarzy. Następne lata były coraz słabsze w sukcesy, aż wreszcie w latach 70-tych klub nawet przestał istnieć. No i wreszcie z nowym tysiącleciem piłkarze z maleńkiej Niecieczy zaczynają ekspresowo awansować do coraz to wyższych klas rozgrywkowych. W 2004 roku wygrali "swoją" Klasę A (dzięki zwycięstwu w ostatniej kolejce). Później przez 2 sezony zajmowali "tylko" 2 miejsca w Lidze okręgowej, aby za trzecim razem wyraźnie wygrać rozgrywki - 7 punktów przewagi nad 2 miejscem i 14 punktów przewagi nad 3 miejscem (była to już V liga - reorganizacja systemu rozgrywek). Będąc już w IV lidze najpierw zajęli 3 miejsce (stracili do najlepszej Unii Tarnów 4 punkty). W międzyczasie nastąpiło kolejna reorganizacja systemu rozgrywek i oficjalnie drużyna z Niecieczy znalazła się w III lidze. Zajęła w tamtych rozgrywkach co prawda 2 miejsce, które dawałoby w normalnym trybie baraż o prawo gry w II lidze, ale zwycięzca zgodnie z przepisami nie mógł zagrać w wyższej klasie i Niecieczanie mogli się radować z awansu na poziom centralny (II liga). Był to 2009 rok, a przecież jeszcze 5 lat wcześniej biegali oni po boiskach Klasy A. Już w debiutanckim sezonie okazali się sensacyjnym triumfatorem II ligi (wschodnia) i mocnym animuszem dostali promocję do zaplecza Ekstraklasy (I liga). Ich triumf nie podlegał dyskusji, gdyż nad zespołem uplasowanym tuż za nim mieli ponad 10 punktów przewagi, trafili najwięcej bramek i najmniej puścili. Od tamtej pory o małej wsi z Małopolski zrobiło się bardzo głośno.
Dziewicze współzawodnictwo z zespołami aspirującymi do gry w Ekstraklasie trudno uznać za okazałe. Ledwo zajęli w pierwszym sezonie (2010/11) 14 miejsce w tabeli - ostatnie "bezpieczne" przed spadkiem. I tak mieli przy tym sporo szczęścia. Tak się składało, iż musieli w ostatniej rundzie sezonu wygrać swój mecz (nawet remis nic im nie dawał) i liczyć na pomyślny dla nich wynik w innym spotkaniu (ich korespondencyjny rywal musiał przegrać wyjazdowe spotkanie). Ostatnim przeciwnikiem zespołu Termalika był silny Piast Gliwice (obecnie gra w Ekstraklasie). Wyniki z ostatnich 3 meczów nie dawały powodów do optymizmu kibicom Wieśniaków (raptem zdobyli 1 punkt i stracili aż 9 bramek). Jednak nadzieją był własny stadion i fakt, że Piast grał o przysłowiową "pietruszkę" (niezależnie od wyniku meczu pozostawał na 5 miejscu w tabeli). Ledwo kibice "zagrzali" swoje miejsca, a ich pupile musieli odrabiać straty. Sytuacja była ciężka, bo rywal nie zwykł przegrywać (7 porażek po 33 kolejkach) i jeszcze rzadziej tracił w meczu 2 bramki (czy więcej). Zresztą pierwsze spotkanie obu ekip padło łupem śląskiej drużyny (1:3). Jednak gospodarze otrząsnęli się i zdobyli 3 bramki, nie tracąc przy tym już żadnej. Zwyciężyli 3:1, ale to czy poczują gorycz powrotu do II ligi zależało od innego meczu. Tam - na szczęście dla nich - ich pośredni rywal przegrał 1:3, aczkolwiek do 74 minuty meczu remisował 1:1. Termalica winna dziękować zawodnikom Sandecji Nowy Sącz, gdyż nie odpuścili wspomnianego spotkania. Sportowa postawa godna podkreślenia, wszakże Sandecja jest ich lokalnym rywalem. Warto dodać, że pozostanie w lidze ułatwił GKP Gorzów Wielkopolski, który zakończył rozgrywki na ostatnim miejscu w tabeli, z 8 punktami straty do Niecieczy - w ostatnich 10 meczach sezonu raz przegrali i aż 9 spotkań oddali walkowerem (klub przestał istnieć z braku pieniędzy i usunięto go z rozgrywek). Następny sezon był już znacznie lepszy dla drużyny Termalica. Zajęli w lidze 5 miejsce i de facto do awansu brakowało im tylko 5 punktów. Znowu końcówka sezonu była marna w ich wykonaniu (ostatnie 5 kolejek to tylko 1 punkt). O ich słabości niech świadczy fakt, iż grali z zespołami potencjalnie podobnymi lub słabszymi od siebie (analogicznie w pierwszych spotkaniach z nimi zdobyli 8 punktów). Sezon następny to słodko-gorzki dramat naszych bohaterów. Słodki - zajęli bardzo wysokie 3 miejsce w lidze. Gorzki - ...to dużo pisania :) Tak naprawdę ich "nieawansowanie" można porównać do (teoretycznej) klęski naszych Biało-czerwonych z Reprezentacją San Marino. Bo było mianowicie tak. Rozegrano w całym sezonie 34 kolejki i w lwiej części z nich Termalica okupowała miejsca w ścisłej czołówce. Aż w 19 kolejkach byli na 1 bądź 2 miejscu w tabeli (miejsca premiowane awansem). Większość czasu w rundzie wiosennej wręcz liderowali w klasyfikacji generalnej. Dwie kolejki przed końcem rozgrywek prowadzili, a w następnej spadli na miejsce 2 (sukces był na "wyciągnięcie ręki"). Niestety, ostatni mecz sezonu z Flotą Świnoujście przegrali aż 1:4, a Zawisza Bydgoszcz i Cracovia Kraków wygrały swe wyjazdowe pojedynki (kolejno - 4:0 i 3:1) i w tabeli nieznacznie wyprzedzili Wieśniaków. Znowu zanotowali słaby finisz sezonu (w ostatnich 5 meczach zdobyli tylko 5 punktów i 3 razy udawało im się pokonać bramkarzy rywali). Prawdziwy dramat miał miejsce w przedostatnim meczu rozgrywek, gdy grali z bardzo średnią (chociaż ostatnie ich wyniki były dobre) Olimpią Grudziądz. Zwycięstwo oznaczało sensacyjny awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Na własnym stadionie, przy dopingu ponad tysięcznej widowni, w Dzień Dziecka (2013 rok) prowadzili 1:0 do ostatnich minut meczu i "czuć" było Ekstraklasę. Niestety lokalnym fanom miny zrzedły w ostatniej fazie meczu, gdy piłkarze z Grudziądza przeprowadzili z sukcesem dla siebie "akcję rozpaczy". W 3 minucie doliczonego czasu gry (w sumie arbiter zarządził 4 dodatkowe minuty) rywale dostali rzut wolny. Piłkę do bramki skierował ich...bramkarz, który został wydelegowany z własnej bramki (strzelił głową stojąc tyłem do bramki drużyny przeciwnej!). Pojawiły się wzmożone opinie, iż Termalica specjalnie odpuszcza mecze, aby nie awansować. Nawet pojawiła się fama o korupcji piłkarzy (wydaje się to mało prawdopodobne: klub sponsorowany przez Bruk-Bet to jeden z najbogatszych klubów w swej lidze i terminowo wypłaca swoich zawodników). Być może "zwleka się" z Ekstraklasą, aby spokojnie wybudować infrastrukturę stadionową i nie wyprowadzać piłkarzy z Niecieczy na inne obiekty. Nie wiem czy to jest zamierzone czy po prostu brakuje piłkarzom zimnej krwi (kolejny raz zawodzą na ostatnim etapie zmagań). Następny sezon znów można uznać za udany. Zajęli bardzo dobre 5 miejsce w tabeli, aczkolwiek do 2 miejsca strata była znacząca (8 punktów). Tym razem ostatnie kolejki były zgoła odmienne od 3 poprzednich (5 meczy: 3 zwycięstwa i 2 remisy). Marzenia o podboju piłkarskiej Polski musieli odłożyć do następnego sezonu (obecnego), w którym radzą sobie lepiej niż kiedykolwiek...
O tak, aktualny sezon (2014/15) to jak do tej pory jeden wielki sukces. Można rzec, iż radzą sobie wręcz spektakularnie - są liderem od 1 kolejki! Wygrali rundę jesienną (za nami jest już 18 faz spotkań) i jeśli dobrze przepracują przerwę zimową (I liga zostanie wznowiona początkiem marca przyszłego roku), to rywalizacja Niecieczan w topowej polskiej lidze w następnym sezonie będzie po prostu faktem. Dobrze, teraz łyżeczka dziegciu w tym dzbanku pełnym miodu. Termalica swego czasu miała znaczącą przewagę punktową w tabeli nad pozostałymi zespołami, lecz mieli pomiędzy 10 a 14 kolejką spory przestój. Nie potrafili wtedy odnieść zwycięstwa (3 remisy i 2 porażki) i strzelili wtedy tylko 2 bramki. Na dzisiaj układ sił w tabeli prezentuje się tak, że Termalica rywalizuje o 2 pierwsze miejsca dające upragniony awans, z dwoma klubami: Wisłą Płock i Zagłębiem Lublin (ma nad nimi 3 punkty przewagi). Inne zespoły mają już większą stratę, aczkolwiek solidnie prezentuje się Olimpia Grudziądz i Stomil Olsztyn (zwłaszcza ten drugi klub prezentował skuteczną formę w ostatnim czasie). Wyraźnie "wiatr w żagle" w drugiej części sezonu chwyciła ekipa z Płocka, udokumentowała to chociażby zwycięstwem w bezpośrednim starciu z Termalicą (było 0:2 i to jedyny przypadek klęski lidera na własnym obiekcie w tej edycji). Warto powiedzieć, że ostatnim meczem ekipy Termalica będzie ich wypad do Lubina, aby stanąć w szranki z tamtejszym Zagłębiem. Dobrze by było, aby Niecieczanie zapewnili sobie awans przed tym spotkaniem, bo Miedziowi to jednak uznana piłkarska marka. Niewątpliwie dużą zasługę w tak dobrej postawie drużyny ma ich trener - Piotr Mandrysz (prowadzi zespół od stycznia 2014 roku). Cieszy stabilizacja na tym stanowisku, bo nie tak dawno było w tym aspekcie wiele zamieszania. Warto przyjrzeć się CV szkoleniowca. Jako piłkarz był graczem takich znanych klubów jak (m.in.): Zagłębie Sosnowiec, Pogoń Szczecin (dwa razy) czy Śląska Wrocław. W trenerce jest już paręnaście lat i zdążył zasmakować się w prowadzeniu zawodników Ruchu Chorzów, Piasta Gliwice, Pogoni Szczecin i innych. Wydaje się, że jego największym osiągnięciem na ławce trenerskiej było jak do tej pory zdobycie przepustek do gry w Ekstraklasie z Piastem Gliwice w sezonie 2007/08 (po ponad 60 latach przerwy!). Nie zapominajmy też o dobrej robocie prezesa klubu. Pewnie mało kto wie, ale na tej prominentnej funkcji wcale nie zasiada Krzysztof Witkowski. Jednak prezes na pewno cieszy się jego dużym zaufaniem i wsparciem, gdyż jest nim...jego żona :) Pani Danuta Witkowska już teraz jest jedną z najważniejszych kobiet w polskiej piłce, a wkrótce może uzyskać miano tej najważniejszej. Kobieta w roli prezesa piłkarskiego klubu to wciąż rzadki widok, ale nie ewenement w dzisiejszych czasach. W Ekstraklasie kobieta "prezesuje" jak do tej pory tylko w Zawiszy Bydgoszcz (zresztą też małżonka majętnego właściciela klubu). Kiedyś podobnie było w Ruchu Chorzów. W I lidze to już proceder częstszy (kluby: Termalica Bruk-Bet Nieciecza, Flota Świnoujście, Miedź Legnica i GKS Tychy). Nie zapominajmy też o "pani z okładki", czyli Izabelli Łukomskiej-Pyżalskiej. Co prawda jej "jakość" znacząco spadła (jej Warta Poznań gra teraz dopiero w III lidze), ale swego czasu było o niej głośno (dziennikarze zainteresowali się jej osobą, głównie przez pryzmat jej zawodowej przeszłości). Tymczasem gra Niecieczy napawa dużą nadzieją, a przyszły rok unaoczni nam, czy klub pana Witkowskiego dojrzał do ekstraklasowego poziomu.
A teraz wróćmy do kwestii stadionu. Historia obecnego obiektu sięga 1947 roku, wcześniej grano bowiem na boisku zlokalizowanym poza wsią (zresztą w czasie II wojny światowej miejsce to było wykorzystywane przez Niemców do działań wojskowych i boisko zostało znacznie zniszczone). Idea przemieszczenia obiektu w inne miejsce była prozaiczna - bodajże przede wszystkim wynikało to z bardzo powszechnych wówczas wylewów rzeki Dunajec, która podtapiała "stary" plac gry i uniemożliwiała grę w piłkę nożną. Z nowym obiektem też miała miejsce mała opresja. Mianowicie teren był nierówny - pochyłość wynosiła ok. 150 cm. Uporali się z tym kłopotem okoliczni młodzi piłkarze i do tego zadania posłużyły im m.in. konie. Obecnie stadion jest pojemny na około 2260 miejsc, z czego pod dachem znajduje się prawie 800 miejsc. Dla dziennikarzy wydzielono 20 miejsc, dla tzw. VIP-ów 60 miejsc, a dla kibiców drużyny przeciwnej przeznaczono 240 miejsc. Naprzeciw zadaszonej trybuny wybudowano podwyższenie dla kamery TV i również tam zamontowano elektroniczną tablicę wyników. Można się spodziewać w niedalekiej przyszłości dalszej rozbudowy obiektu. Sama płyta boiska ma standardowe wymiary (105 m x 68 m) o nawierzchni trawiastej. Jak na razie nie ma systemu podgrzewania murawy i stadion nie jest wyposażony w sztuczne oświetlenie, ale te "wygody" zapewne pojawią się wraz z awansem do najwyższej klasy rozgrywkowej. W bliskiej odległości od głównego obiektu znajdują się dwa pełnowymiarowe boiska treningowe (z czego jedno ma sztuczne oświetlenie). No i wreszcie za jedna z bramek stoi...rodzinka słoni. Oczywiście nie są one żywe, lecz sztuczne :D Słoń to symbol miejscowości Nieciecza już od bardzo dawna. Tradycja ta ma już ok. 150 lat i należy ją łączyć z lokalnym samorządem terytorialnym (włodarze Niecieczy w urzędowych pieczątkach posługiwali się grafiką słonia). Także w logu firmy Bruk-bet znajduje się to potężne zwierzę. Myślę, że to wartościowa wizytówka klubu, wszakże emanuje z niego siła, mądrość, pamięć i (mimo wszystko) spokój. Stąd też ksywka piłkarzy Niecieczy, których pieszczotliwie nazywa się Słonikami ("miniaturkowy" charakter przezwiska wynik chyba z rozmiarów samej Niecieczy). Przyznam, że przypada mi do gustu także kolorystyka klubowych strojów (pierwszy komplet ubrań: pomarańczowe koszulki i pomarańczowe spodenki). Nie dość, że kolor pomarańczowy uchodzi za kolor bogactwa i szczęścia, to również mam przez to nieodparte wrażenie podobieństwa Niecieczy do Reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie dość, że obie drużyny mają za symbol "zwierzaka z trąbą", to również biegają po murawach w tych samych barwach. Może małopolskie Słoniki nawiążą sukcesami do afrykańskich Słoni i tak jak oni będą w topie najlepszych zespołów w swym otoczeniu (czytaj: Ekstraklasie). Jest pewne warte napisania wydarzenie łączące się z obiektem zespołu Termalica (powiedzmy, że o zabawnym charakterze). Kiedyś do Niecieczy zawitała Pogoń Szczecin, aby zagrać z Termalicą mecz. Wraz z zachodniopomorską ekipą zjechała również grupka ich fanów (przynajmniej część z nich to zwykli kibole). Podejrzewano powstanie "incydentów" i widowiskiem "zaopiekowali się" policjanci. Inteligencja zadymiarzy (jak wiadomo) nie zna granic i jako "schron" przed "mundurowymi" obrali sobie pole kukurydzy, znajdujące się blisko stadionu. Właściciel Witkowski nieco się zdenerwował tym wszystkim, zdecydowanie nie chciał żadnych burd "u siebie", wykupił ów pole i nakazał zaorać :)
Dobrze, pora wreszcie zderzyć się z pewną retoryką (kibiców czy dziennikarzy), która odnosi się do samej idei "wielkiej piłki" w małej miejscowości (a tu nawet chodzi o wioskę). Powstała spora krytyka i wiele mitów, które (w mojej percepcji) są wielce krzywdzące. I tak, mówi się że taki klub nie ma racji bytu w miejscowości pokroju Niecieczy - piłka nożna jest dla kibiców (twierdzi się, że nonsensem jest budowa klubu dla garstki fanów). Tą argumentację łatwo podważyć. Przede wszystkim pokażcie mi inny stadion, gdzie zdarza się że przychodzi nawet 3 razy więcej fanów na trybunach niż w rzeczywiści ma dana miejscowość mieszkańców? Ponadto, poczynaniami Słoników fascynuje się nie tylko stricte Nieciecza, ale również okoliczny region (cierpiący zresztą na brak piłki na wysokim poziomie, bo nawet nieodległy 100-tysięczny Tarnów ma słabą drużynę). Dochodzi do tego duma ludzi, że coś dużego i wartościowego można zbudować w swym najbliższym skromnym otoczeniu. Zresztą tak nieprzychylne opinie niektórych są przykładem społecznego wykluczenia małych miejscowości - mieszkającą tam ludność spycha się na margines, deprecjonuje i daje przykład jako coś, co jest nienowoczesne i należy się tego wstydzić. Wiem, że to mocne słowa i może przesadne, ale faktem jest ogólnopolska bariera między miastem a wsią, która irracjonalnie krzywdzi część naszych rodaków. Ja wiem, że duża w tym zasługa globalizacji, ruchów lewicowych i liberalnych, "zachłyśnięcie się plastikowym Zachodem" i to nie miejsce na tego typu refleksje - ale warto i trzeba chociażby to podkreślić. Wracając do głównego nurtu problemu, na stadionie w Niecieczy przychodzi wiele kobiet z dzieciakami i jest atmosfera radosnego pikniku (miła alternatywa dla wyrywanych krzesełek i bójek z policją). Nie myślcie też, że frekwencja w Niecieczy to "czerwona latarnia" całej ligi (przynajmniej nie do końca). W innych sezonach co prawda przychodziło więcej kibiców, lecz rekord rundy jesiennej tego sezonu w Niecieczy (ok. 1 800 widzów na meczach z Widzewem Łódź i Zagłębiem Lubin) to i tak więcej niż zazwyczaj jest fanów na meczach Wisły Płock. Czasem mniej fanów odwiedzało domowe mecze Widzewa Łódź i GKS-u Katowice - to duże miasta, uznane piłkarskie marki i całkiem pojemne stadiony (ok. 10 000 miejsc). Innym zarzutom jest, że Nieciecza "kupuje" sukcesy (nie chodzi o korupcję, tylko o bogatego sponsora) i opinia, że obecna potęga klubu to kaprys milionera. Moi mili, bez pieniędzy (zwłaszcza dzisiaj, ale dawniej było podobnie) nic się nie zbuduje. Myślenie, iż stworzy się świetną piłkę na samym optymizmie to naiwna mrzonka w kapitalistycznej rzeczywistości. Mniemam, że niejedni fani chcieliby takiego bogatego właściciela dla swojego ukochanego klubu. Jeżeli już jesteśmy przy Krzysztofie Witkowskim, czy Słoniki to jego kaprys? Po części tak, ale ja wolę takie kaprysy (służące zwykłym ludziom), niż np. zegarek za jakieś paręnaście tysięcy PLN byłego ministra rządu Tuska czy garaż pełen "wypasionych" limuzyn. Nie umniejszajmy przecież Witkowskiemu jego "bliskości" do rodzinnych stron (kiedyś mieszkał w Warszawie i w Krakowie, ale nie ma lepiej niż w "domu") jakie widać w jego zachowaniu. Z sentymentu pozostawił swój stary zakład (produkuje w nim wyroby niszowe). Sam twierdzi, że posiada klub nie dla sławy czy reklamy (choć z pewnością sukcesy piłkarzy promują jego firmę), ale dla celów wyższych (społecznych). Nawet jeśli teoretycznie kiedyś przeniesie klub do dużego miasta (raczej zagra chociażby jeden sezon w Ekstraklasie pod nazwą Nieciecza) - to Tarnów (jedna z opcji) przecież leży w tym samym regionie.
To tyle. Mam nadzieję, że podobał się wam dzisiejszy post. Być może jeszcze wrócę do piłkarzy z malutkiej Niecieczy - ich awans do ekstraklasowego grona to świetny temat. Miesiąc grudzień to wyjątkowy czas i może uda mi się opublikować w nim jeden bądź dwa artykułu. Zobaczymy czy okażę się płodny w tej materii :) Do "zobaczenia". Czołem! :-)